czwartek, 13 października 2016

320. Japońszczyzna wszędzie, czyli pan i sługa w zalotach (3/4)

Drodzy Czytelnicy!
Wracamy z kolejną częścią przygód lorda Goldena w Przywiślańskim Kraju. W tym odcinku poznamy życie półświatka, dowiemy się, jaki był najmodniejszy styl architektoniczny fin de siècle’u, pójdziemy na randkę w pięknych okolicznościach przyrody, a jego lordowska mość zaprezentuje nam niezgłębione pokłady swego dżentelmeństwa.
Indżojcie!


Analizują: Kura, Babatunde Wolaka i Jasza.


Rozdział XXII


Malarz Krzysztof Wolski wraca do domu pogrążony w marzeniach o baronównie Dalskiej. Tymczasem jego kolega Roman sprowadza do mieszkania prostytutkę, niejaką Darię, “gwiazdę” nowego domu uciech, do którego chadza “cała inteligencja”. Daria jest niezwykle podobna do Adeliny; Krzysztof postanawia namalować również jej portret – jako “Triumf miłości”.
“Jutrzenka miłości”, “Szczyt miłości”, “Triumf miłości”... Da się zauważyć określony schemat.  Następne pewnie będą „Córka miłości”, „Zemsta miłości” i „Miłość w kosmosie”.


Załuski popatrzył z zainteresowaniem na przyjaciela. Zamyślił się, a póżniej odwrócił od niego oczy i roześmiał się.
- Masz przed sobą przyszłość malarzu! – Powiedział nie patrząc mu w oczy. – Powodzenia Lautraic! – Wykrzyknął i poklepał go po plecach.
Faiblik, Lautraic… Widzę tu pewną prawidłowość.  
Paiwną, jeśli już.


Rozdział XXIII
Dzień był prawddziwie letni, upalny. Słońce prażyło. George stał przed Kolumną Zygmunta i zniecierpliwiony czekał na swoją wybrankę.
No to Żorżyk jeszcze poczeka kilkadziesiąt lat, aż Plac Zamkowy stanie się miejscem schadzek, a Kolumna Zygmunta będzie obwieszona randkowiczami.
W 1890 roku kochaś wałęsający się przed siedzibą administracji carskiej i koszar, prędzej by się doczekał kijów od stupajki, niż ślicznej panienki.
Swoją drogą, ciekawostka przyrodnicza: w opku ciągle mowa o Przywiślańskim Kraju, a jakichkolwiek przedstawicieli władzy carskiej, od generała po byle rejestratora kolegialnego, ani widu, ani słychu. Wszyscy pojechali na ryby?


Spóżniała się i zaczynał się złościć. Jak mogła go tak lekceważyć? George miał wiele kobiet i do tej pory na żadną nie czekał. Przeciwnie. To on się spóżniał. Przebierał w kobietach jak w ulęgałkach. Nie narzekał, że któraś go porzucała. To one zabiegały o jego względy.
Seplenienie scerbatego Irlandcyka uwodziło je bez resty.


Nic więc dziwnego, że teraz gdy czekał już pół godziny ogarniała go złość. Musiał czymś odwrócić swoją uwagę.
Nie, wcale nie popatrzył na Wisłę, nie zwrócił uwagi na powozy i przechodniów...


Opuścił głowę i…wpadł w samozachwyt. Zapomniał o złości. Zapomniał, że właściwie zamierzał już iść. Patrzył na siebie i siebie podziwiał.
Albo to słynny człowiek-guma, albo zaintrygował go krawat lub spodnie zaprasowane na kancik.


Wyglądał jak dżentelmen! Miał na sobie jasnopopielaty, letni garnitur, w ręku trzymał laskę, a na głowie miał kapelusz panama, ostatnio najmodniejszy, który ” pożyczył” od swojego pana.
Co zauważył obserwując siebie przez blisko trzydzieści lat, bo dopiero wtedy panamy staną się modne.


Bawił się laską i podjął decyzję. Pójdzie już. Skoro ta służąca go nie chce, znajdzie sobie inną wybrankę.(...) Wtedy…nieoczekiwanie się zatrzymał i…dech mu zaparło. Przed sobą ujrzał cudowne zjawisko! Magda zbliżała się do niego wolnym, majestatycznym krokiem. Wyglądała jak dama. Na sobie miała suknię z modnym, dużym dekoltem w kolorze ciemnej purpury.
Dlatego przyszła spóźniona, bo robiła sobie okłady z buraków. Niczym innym nie wytłumaczę sobie “purpurowego dekoltu”.


Suknia przewiązana była w tali paskiem w kolorze złota. Na głowie miała kapelusz z szerokim rondem, który przypominał modne ” wronie gniazdo” baronowej Dalskiej. George nie mógł oderwać od niej wzroku.
W purpurowej sukni z wielkim dekoltem wyglądała jak dama... ale taka lekkiego prowadzenia.
W dodatku ponownie była to suknia z głową.


Magda podeszła do swojego adoratora.
Dalej rozwija się rozmowa w dialekcie bór-wie-jakim, świetnie opanowanym przez Romusia i Julcię.


- Już jezdem. – Powiedziała uśmiechając się do niego kokieteryjnie.
George chciał ją zrugać. Zawsze podchodził do kobiet z pozycji siły i to mu procentowało.
Damski bokser? Ffffuj!
To by tłumaczyło purpurowy dekolt.


Teraz jednak patrzył urzeczony na swoją wybrankę i nie potrafił się zdobyć na słowa reprymendy.
- Sałowo panienka wygląda! – Był w stanie tylko wyrazić swój podziw.
Znaczy że co, takie ma sadło?


- Ciese się, że się panu podoba. Wydałam całe dwie swoje pensje na ten strój. – Powiedziała z rozbrajającą szczerością.
Chiba od kramaza ze stazyznom, bo za dwie penzyje to tylko u takich psiejuchów słuzonca kieckie moze kupić, łojejciu.


- Nie tseba była. – Uśmiechnął się George. – Mi byś się podobała, gdybyś psysła w fartusku służącej.
A burackami to tsa se było natseć policki, a nie cycki!

Dla Magdy jej towarzysz był dżentelmenem, dla Georga Magda była damą, a przecież dobrze znali maniery panujące u swoich państwa. Dama i dżentelmen wymagali specjalnego traktowania!
Nie było nic bardziej komicznego, niż kuchty próbujące naśladować państwo.


Weszli do zamku. W środku panował półmrok i miły chłod. Przy wejściu Boy [Żeleński?] kazał im założyć specjalne kapcie i zapraszającym gestem skierował ich po schodach.
Jak się wyśmieję, to wrócę.
No co się śmiejesz, może to taki carski zwyczaj, żeby na wizytę w urzędzie zakładać filcowe kapciuchy – to z pewnością pomagało w uzyskaniu wyglądu “lichego i durnowatego”.


Szli trochę śmiesznie i niezdarnie w przydużych kapciach, ale zupełnie ich to nie obchodziło.
... że słoma z trzewików osypuje się na królewskie pawimenty.


Tyle było pięknych widoków! Byli urzeczeni. Magda czuła się jak w jakimś sanktuarium, podziwiała kolejne sale, oglądała wiszące na ścianach obrazy, patrzyła na stojące na konsolach i wykuszach rzeżby i…nie mogła oderwać oczu od tych wspaniałości.
Na widok prycz kozackich nieledwie się popłakała.
Panienka ma nad wyraz bujną imaginację, skoro widzi te wszystkie rzeczy, które… ale o tym za chwilę.


Było jak w bajce i czuła się jak Alicja po drugiej stronie lustra. Magda kiedyś wycierając kurz w bibliteczce wyciągnęła tę książkę. Przejrzała ją i zainteresowana zaczęła czytać.
Bibliteczka – teczka na rodzinną Biblię.
(jedno uznałabym za literówkę, ale ta pisownia jest konsekwentna)


Zafascynowała ją. Chodziła potem po kryjomu do bibliteczki i po trochę czytała książkę, dopóki jej nie skończyła.
Wow, Izabela ma bardzo wykształconą służącą, czytającą w oryginale po angielsku! Pierwsze polskie tłumaczenie "Alicji w krainie czarów" powstało w roku 1910. Nie wiem, kiedy przetłumaczono "Alicję po drugiej stronie lustra", ale nie sądzę, by wcześniej.
Eee tam, George ją ekspresowo nauczył.


Czuła się jak Alicja. Tak bardzo pragnęła jak ta bohaterka zobaczyć inny, cudowny świat. I teraz chodząc z namaszczeniem po Zamku królewskim czuła, że spełniły się jej marzenia. Była w KRAINIE BAŚNI.
Nie, Madziu, właśnie jesteś w koszarach kozackich.
Może to dla niej właśnie kraina baśni? Tylu mężczyzn naraz!


George szedł obok swojej Dulcynei i również był urzeczony i zafascynowany.
Był jednak Anglikiem i ” dżentelmenem”.
Dziękujemy za cudzysłów.
Khę… “George był Irlandczykiem i jak przystało na typowego przedstawiciela tej nacji, nigdy dobrze nie nauczył się języka angielskiego.”


Nie wypadało mu okazywać uczuć. Chodził więc z chłodną angielską flegmą i udawał obojętnego.
Jak rozumiem, Żorżyk to rodzimy Juryś, a nie jakiś tam Irlandczyk, a już całkiem nie angielski dżentelmen.


Otworzyli drzwi sali Senatorskiej.
Spacerując przez królewskie komnaty spodziewali się kolejnej sali kapiącej od złota:


Weszli. Magda zatrzymała się w progu i…dalej ani rusz. Po raz pierwszy w czasie tej wycieczki George ujął ją pod ramię. Poprowadził oniemiałą przez środek sali. Stanęli przed podwyższeniem i przed wspaniałym barokowym tronie [tronem] królewskim.
...który w tym czasie prawdopodobnie znajdował się jeśli nie w Ermitażu, to w którejś z prywatnych siedzib któregoś z gubernatorów Przywiślańskiego Kraju.
Represje popowstaniowe dotknęły Zamek w sposób szczególnie dotkliwy. Niszcząc z rozmysłem wszelkie pamiątki po niepodległym państwie polskim, wywieziono do Petersburga widoki Warszawy Canaletta i czternaście innych obrazów; na polecenie Iwana Paskiewicza rozmontowano Gabinet Marmurowy z galerią portretów królów polskich, część kamienia wykorzystując do przebudowy kościoła popijarskiego na sobór prawosławny; na rozkaz Mikołaja I, Salę Senatorską upamiętnioną jego detronizacją, podzielono stropem na dwie kondygnacje, urządzając w nich pokoje biurowe, podobnie jak w Sali Poselskiej; w Sali Rycerskiej zniszczono plafon i skuto inskrypcję na fryzie. Nie oszczędzono także innych pomieszczeń, dzieląc je na mniejsze, usunięto dawne sztukaterie i podłogi, wywieziono najcenniejsze dzieła sztuki, zastępując je nowymi meblami, sprzętami i obrazami, dostosowując w ten sposób wnętrza do potrzeb i gustów nowych użytkowników. (...)
Gdy Zaleski pisał o Sali Tronowej, zauważył, że „nie jest ona wielka, ale bardzo kształtna i poważna. Obicia z pąsowego aksamitu, suto srebrnymi galonami szyte, posadzka prześliczna, kominki, brązy, kandelabry, świeczniki kryształowe. Tronu naturalnie nie ma, ale są jego stopnie, na których spoczywa portret Mikołaja w jeneralskim polskim mundurze. Były kiedyś także freski Bacciarellego przedstawiające cztery główne zwycięstwa oręża polskiego. Zamalowano je za księcia Paskiewicza na czerwono aby czasem nie nasuwały buntowniczych myśli i ledwie tylko jakiś stary sługa wskaże ci ich dawne miejsce.”


- Tu siadywał nas Najjaśniejsy pan. – Szepnęła Magda.
George wskazał znacznie skromniejszy tron u dołu.
- Tu siadywała jego Najjasniejsa pani! – Powiedział głośno i z naciskiem na Najjaśniejsza Pani.
Chyba w “Pieśni ognia i lodu”, bo królowe polskie siedziały obok małżonka.
Pomijając już to, że Staś żadnej legalnej małżonki nie miał i nikt nie głowił się stawianiem drugiego tronu.


Królowa musiała się cuć bardzo malutka siedząc tak nisko. – Magda wreszcie wydobyła z siebie głos.
Siedziała na ryczce i pyry skubała.


- Znas psysłowie… – Powiedział pewny siebie George chcąc przypodobać się swojej Dulcynei. – My rządzimy światem, a nami kobiety?
Nie wiedziałam, że twórczość Krasickiego jest tak popularna w Irlandii, że aż do przysłów przeszła!
No przecież Wokulski of Golden wpajał w Żorża kulturę polską.

- królowa bardziej sie liczyła niz król. Wsyscy się licyli z jej zdaniem. U nas w Anglii ządzi Królowa. Cały naród niej słucha. – Powiedział chełpliwie.
“Królowa panuje, ale nie rządzi.” A poza tym - Irlandczyk mówi “u nas w Anglii”? Wolfe Tone się w grobie przewraca.


- Jesteście scęśliwym narodem. – Wpadła mu w słowa Magda. – Kobiety są mądre i warto ich słuchać. Ile wojen by nie było, gdyby u nas ządziły kobiety.
Natomiast Jej Wysokość Królowa Wiktoria nie prowadziła żadnych wojen. Żadnych…


Gerge się pochylił nad niżej położonym tronem i ręką strzepnął urojony na nim kurz.
- Prosę! – Zwrócił się do swojej Dulcynei. – Usiądz tu, na miejscu królowej!
Magda się zaczerwieniła. Galanteryjne słowa Georga ją onieśmieliły.
Galanteryjne słowa, czyli np. “guzik, tasiemka, szpulka nici”?
Zaczerwieniła się, bo zrozumiała “Prosię!”


- ale…jak…wy…wypada…ktoś…mo…moze psyjść…- Zaczęła się jąkać.
- Psyjdzie, to zobaczy królową na tronie! – Dodawał jej buńczucznie odwagi George.
Z wrażenia zapomniał zaseplenić (no bo, jak wskazuje przykład “psyjdzie”, to nie żadne mazurzenie - “rz” nie podlega temu zjawisku).


- N…nie wy…wy…pada.
- Usiąć! – Rozkazał.
A dyć pseskoc te muzełalne snury, na słupkach rozpiente, a siednij sie.


Magda pod wpływem tego rozkazu poczuła się malutka. Nie miała siły dłużej oponować. Jej pan i władca zarządał by usiadła, to zrobi to.
Nie, nie śmiejmy się z kuchty, że usiadła na podnóżku, który jest kompletem do tronu, tak samo jak baldachim i pióropusze. Jak mus, to mus, morda w kubeł.


Jako służąca była przyzwyczajona do słuchania rozkazów. Nigdy nie kwestionowała poleceń pani, bo…pani miała zawsze rację. Teraz też nie będzie się sprzeciwiać. Już intuicyjnie czuła, że ten szykowny ” dżentelmen’ był jej panem. Czyżby to…była miłość? Teraz też posłuchała. Usiadła na skraju tronu. Bała się wygodnie rozeprzeć.
– Nie siadać na eksponatach! – ryknęła z kąta pani pilnująca.
I to była Pani, która zawsze może krzyczeć na niesfornych zwiedzających.


Rozdział XXIV


Wokulski czeka w Łazienkach na Adelinę; niestety, autorka nie wspomniała o pomniku Chopina. Wreszcie widzi nadchodzącą baronównę ze służącą.


Panie podeszły do niego. Anetka trzymała się jakieś dwa kroki z dala od nich. Wokulski pochylił głowę i ujął obleczoną w rękawiczkę z delikatnej gazy dłoń baronówny. Pocałował ją i spojrzał wyzywająco w oczy baronówny. Adelina nie poczuła się speszona. Odpowiedziała mu zalotnym uśmiechem. Wokulski także się uśmiechnął i podszedł do służącej baronówny.
Gdybyśmy nie zauważyli, że tu jest baronówna, to powtarzam - Anetka jest służącą baronówny.
- Daję ci dwie godziny czasy. Idż zorganizuj sobie go!
- A nawet go-go!


– Powiedział i wyjął pięć rubli z pugilaresu.
Miał gest, panisko. W 1890 roku robotnik w Warszawie zarabiał dziennie około 50 kopiejek.
Zaraz, zaraz. Z jakiej racji on wydaje polecenia cudzej służącej?


Służąca schowała monety i uśmiechnęła się do ofiarodawcy. Powiedziała mu jednak przekornie:
- Ja nie mogę opuszczać swojej panienki!
- Panience nic się nie stanie! Będzie pod dobrą opieką ! – Roześmiał się Wokulski.
Jako mysz pod opieką kota.


- Panience nie wypada przebywać sam na sam z mężczyzną. – Oponowała Anetka.
- W Anglii wypada!
Łże jak pies.


(...)


Adelina i Wokulski zostali sami. Była wprawdzie niedziela, ale o tej porze w Parku Łazienkowskim nie było ludzi. W kościołach trwały msze.


- Zgodziłam się z panem spotkać, lordzie Golden – Zaczęła uśmiechając się zalotnie.
Ta też niezła kłamczucha. Sama go liścikiem zwabiła w te krzaki.


Wokulski porwał jej rękę i pociągnął za sobą. Biegł w kierunku pałacyku. Adelina oniemiała, żaden warszawski dżentelmem nie zachowywał się względem niej tak…bezpośrednio. Co za arogant! Posłusznie biegła za nim. Przelecieli kilka sal w pałacyku. Wreszcie znależli się w sypialni króla Stasia.
Po drodze nie było nikogo. Nikt nawet nie poprosił o bilety, ani nie kazał zakładać filcowych łapci.
Pałac na Wodzie w 1817 roku stał się własnością rządu carskiego; w jednym ze skrzydeł urządzono cerkiew i wątpię, by pozostała część była przeznaczona do swobodnego zwiedzania.


Tu Wokulski się zatrzymał. Adelina żdziwiona patrzyła na łoże królewskie.
Tymczasem, jakiś carski urzędnik kitłaszący się w pościeli, ze zdziwieniem patrzył na dwoje natrętów.


- Król był taki mały? – Zapytała z głupia frant.
Nie, był takim ekscentrykiem, że spał po przekątnej. Kto bogatemu zabroni.


- Nie wiem, ale rzeczywiście tu sypiał. – Roześmiał się Wokulski i posadził dającą się bezwolnie manipulować Adelinę na królewskim łożu. Sam usiadł obok niej. Zabawę miał wprost przednią!
Skurczyflak, na pierwszej randce od razu prowadzi panienkę do łóżka – a potem będzie narzekał, że łatwa?


- Teraz możesz mi powiedzieć to co chciałaś! – Przeszedł na ton poufały.
Liczy na to, ze usłyszy “weź mnie, teraz!”?!


- Chcę podziękować za to, że tak pięknie broniłeś mojego honoru. – Powiedziała.
Wokulski roześmiał się.
- Uprzedzam cię, że nie poprzestaję na byle czym. – Powiedział i popatrzył jej w oczy. O, jakże błyszczały!
Adelina zaczerwieniła się. Była jednak silna i nie pokaże temu arogantowi, że ją zawstydził.
- Nie wiem, czego ode mnie żądasz! – Powiedziała z wyszukaną dumą podnosząc podbródek. – Uprzedzam, że jestem silna i nie pozwolę się nawet pocałować.
Wokulski ujął jej brodę w swoje dwie dłonie i przyciągnął do swojej twarzy. Adelina przymknęła oczy. Wokulski roześmiał się i…puścił ją.
- Nie, nie pocałuję cię! – Powiedział kategorycznie i roześmiał się. – Choć widzę bardzo chcesz, żeby cię pocałował.
Adelina była zła. Żaden mężczyzna nie zachował się względem niej tak…tak…beszczelnie. [mówi się: nieszczelnie] Nie daruje mu.
Czy Wy też widzicie tu Retta i Scarlett, w tej scenie, kiedy Rett przywiózł jej zielony kapelusz?


- Nie jesteś dżentelmenem! – Powiedziała starając się by było to obelgą, ale nie bardzo wyszło.
Wokulski śmiał się aż mu łzy kapały z oczu. Jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawił jak teraz.
- Zgoda. – Powiedział. – Nigdy jednak nie mówiłem, że jestem dżentelmenem. Zresztą nie lubię dżentelmenów. Ty chyba też? – Spojrzał jej głęboko w oczy.
Zostałem angielskim lordem, by szerzyć bunt i anarchię!

Adelina była wściekła. Nie da się mu jednak pogrążyć. Pokaże na co ją stać.
- Myślałam, że jesteś angielskim dżentelmenem. A ty jesteś po prostu polskim chamem. – Powiedziała siląc się na obojętność. Nie bardzo jednak wyszło.
Dama rzekła tak do chama.


Wokulski oniemiał. Odsunął się od niej i zaczął jej się bacznie przyglądać.


- Gdybyś była mężczyzną…- Zaczął, ale po dłuższej chwili znowu się roześmiał. – Powinnaś być całowana codziennie i to przez znawcę. – Dokończył.
Ale nie jesteś mężczyzną, więc na mnie nie licz.


- I tym znawcą jesteś zapewnie ty? – Zapytała z ironią, bo intuicja kazała jej wyczuć, że zyskała przewagę.
Wokulski przybliżył się do niej. Adelina wysunęła twarz i odruchowo przymknęła oczy.
- Nie będę fałszywie skromny i nie zaprzeczę. – Powiedział chełpliwie. – Jestem znawcą i…pocałuję cię. Ale jeszcze nie teraz. Sam wybiorę moment. Troszkę cierpliwości! – Znowu się roześmiał.
– Powinna się pani zacząć całować, i to z kimś, kto się na tym rozumie. (...)
– I wydaje się panu zapewne, że to pan jest do tego odpowiedni? – zapytała z sarkazmem, z trudem powstrzymując złość.
– O, tak, gdybym miał ochotę – rzekł niedbale: – Mówią, że świetnie całuję. (...) Kiedyś pocałuję panią, i pewien jestem, że bardzo się to pani spodoba. Nie teraz jednak, i proszę, aby nie była pani zbyt niecierpliwa.
(Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem)

Z sąsiedniej sali dobiegł ich tupot nóg. Ludzie wyszli z koscioła i wylegli na spacer. Już są w pałacu.
Byli tu od dłuższej chwili, bo w jednym ze skrzydeł pałacu była cerkiew. Aż dziw, że nie słyszeli śpiewów.


Za chwilę zjawią się i w tej sali.
- Dość tego odpoczynku! – Orzekł kategorycznie Wokulski. – Zwiedzimy sobie resztę pałacu.
(...)
Adelina się rozprostowała [tak ją Wokulski wymiętosił?] [wypaczył!] i poprawiła suknię.


(...)


” Oj, jaką wspaniałą żoną będzie ta dziewczyna.” – Pomyślił [bo wyśnił. Na jawie by pomyślał] i przyśpieszył kroku, by się baronówną zrównać. Pochylili się razem nad jakimś eksponatem. Wokulski zaczął opowiadać Baronównie historię miłości króla Stasia do carycy Katarzyny. Adelina udawała, że słucha. Drgnęła, gdy powiedział wprost, że Caryca Katarzyna urodziła dziecko nic nie znaczącemu Stolnikowi Litewskiemu. Skromnie spusciła oczy, ale…zachłannie słuchała. Wokulski już miał przednią zabawę.
Prawda, nieprawda, ale brzmi efektownie!


Rozdział XXV


Izabela, będąc na cmentarzu, widzi, że na grobie Rzeckiego stawiany jest pomnik (elegancki, marmurowy, ale nadal z napisem “Stary Subiekt”... nic o tym, że dobry obywatel, dzielny żołnierz, uczestnik Wiosny Ludów?). Rozmawia też z Wokulskim, który osobiście pilnuje wykonania zlecenia.
Ciekawe, jaką to estymą panna Izabela darzyła zdziwaczałego ekspedienta, że na stare lata odkurza jego mogiłkę?
Kanoniczna Izabela, nawet jeśli dostrzegała istnienie Rzeckiego, to niekoniecznie miała pojęcie o przyjaźni łączącej go z Wokulskim. Dla niej był – ot, po prostu, starym subiektem, nikim ważnym.


Rozdział XXVI


Wokulski spotyka barona Dalskiego – nie ojca Adeliny, tylko jego starszego brata, znanego nam z “Lalki”. Ten zabiera go do swojego ulubionego domu schadzek, prowadzonego przez niejaką madame Tussot.
Znaną w Londynie jako Marie Tussaud. Ale to nie była burdelmama.


Weszli do zadymionego przez dym cygar i papierosów pomieszczenia. Wokulski rozejrzał się zainteresowany i od razu poznał, gdzie byli.
– Aaa! Już wiem, gdzie jestem! Weźcie mnie stąd!


- ” To w takich miejscach bywa teraz baron Dalski.” – Pomyślał i uśmiechnął się z politowaniem. Wszędzie gdzie się rozejrzał, na sofach, fotelach, krzesłach siedzieli mężczyżni, różni mężczyżni.
(...)
Dziewczęta przymilały się do męzczyzn, niektóre siedziały im na kolanach. Wokulski odgadł, gdzie przybyli i na jego twarzy arbiter elaigantiarum ukazał się wyraz niesmaku.
Faiblik, Lautraic, elaigantiarum… Nie, jedno uznałabym za chęć użycia “pierwotnej formy” słowa, drugie za literówkę, ale trzeci raz – to już nie może być przypadek! Autorka zdaje się uważać “e” w słowach obcego pochodzenia za niepoprawne?
Odrobinę to pretainsjonalne.


Zaiste Baron Dalski po zawodzie miłośnym i rozczarowaniu się do żony bardzo nisko musiał upaść, skoro odwiedział takie miejsca. Wokulski rozejrzał się z pogardą i…w kącie zauwarzył coś, co przykuło jego uwagę.
Wrzucił To do kociołka i zaczął warzyć eliksir ortograficzny.


Na krześle siedział malarz, którego poznał w domu barona Dalskiego. Artysta malował. Na krześle w pozie wyuzdanej siedziała modelka. Dziewczyna niezwykle się wyróżniała na tle obecnych tu panienek. Była bardzo ładna i jako jedyna w tym miejscu była kompletnie ubrana. Miała na sobie jaskrawo różową suknię, zdradzającą jej profesję, ale jednak była ubrana.
Aha, czyli Krzysio Wolski wybrał się do burdelu, żeby malować prostytutki – ubrane. Taki Toulouse-Lautrec na miarę naszej polskiej pruderii.


Wokulskiego uderzyło jej dziwne podobieństwo do…baronówny Adeliny Dalskiej.
- Kto to jest? – Zapytał Wokulski w powietrze, ale Dalski usłyszał.
- Piękna, nieprawdaż? – Powiedział.
- Piękna i nie pasuje do tego miejsca. – Odpowiedział smutno Wokulski.
- Poniekąd to moja córka, o ile jej matka dochowała mi wierności. Na imię ma Daria. – Rzekł obojętnie Dalski.
Teraz Wokulski był żdziwiony.
My też.
Owszem, różni tacy warszawscy “baronowie” chodzili do burdeli, bo w mieście było tych przybytków wiele, ale żeby pamiętać o  każdej prostytutce? I jeszcze ten myk “o ile jej matka dochowała mi wierności”. Dziwne. Żdżiwne.


- Twoja córka? Jakże możesz się godzić, by twoja córka pracowała w takim miejscu? – Zapytał z oburzeniem.
- A co ja mam do tego? – Zapytał ze żdziwieniem Dalski. – To moja naturalna córka.
Tę syntetyczną trzymam w domu.


(...)
- Nigdy nie posadziłbym cię o romans. – Powiedział.
Nie wiem, jak się sadza romanse, ale wiem, że nie szuka się ich raczej w burdelu.


– ale powinieneś zadbać by krew z twojej krwi nie zeszła na złą drogę.
Dalski roześmiał się.
Piętrowe frazeologizmy zawsze poprawiały mu nastrój.


- Zeszła na zlą drogę? – Śmiał się aż łzy mu kapały. – Jest podobna do matki.
Taka sama z niej wszetecznica.


Osiemnaście lat temu jej matka była najbardziej wziętą i najładniejszą kurtyzaną Warszawy. Zakochałem się w  niej. Chciałem nawet do godności małżonki podnieść do czasu kiedy zauważyłem, że dzień po naszej nocy wychodzi od niej inny ” dżentelmen”.
Eeee… a czego się spodziewał po kurtyzanie?
Zwłaszcza “najbardziej wziętej”.


Zresztą…hrabiny nie są wcale lepsze od kurtyzan. – Dodał z goryczą. – Wolę brać z życia, ile wlezie i zaliczać panienki nie licząc się z konsekwencjami.
Takimi konsekwencjami, jak ta panna wychowywana w zamtuzie, którą uznajesz za swoją córkę.


A w takich przybytkach jest najłatwiej i bez zobowiązań.
Co najwyżej syfilis można złapać.


Wokulski przypomniał sobie przeszłość i…zrozumiał Dalskiego. Jeszcze raz popatrzył na malarza i jego modelkę. Chciał coś powiedzieć, ale przerwało mu wejście starszej damy w eleganckiej, pąsowej sukni i kapeluszu typu ” wronie gniazdo”. Była bardzo niepodobna do obecnych tu kobiet [ale miała dużo wspólnego z Magdą Żorżyka] i przypomniała mu…baronową Dalską.
Burdelmama podobna do baronowej, jej córka do Adeliny, co tu się…? Jakiś rodzinny biznes?
A Łęcka zbiera kasę na panienki upadłe. Interes się kręci.


(...)
- To Daria. – Szybko pośpieszyła z wyjaśnieniami. – Moja perła! – Powiedziała z dumą . – Jest najpiękniejsza ze wszystkich moich dziewcząt i…nie dla wszystkich. – Powiedziała grożnie, ale spojrzała przy tym wymownie na lorda Goldena.
Groźnie, to powinna popatrzeć na Dalskiego.


- I niech tak zostanie. – Skonkludował z angielską flegmą [w gardle] Wokulski i na jego twarzy znowu pojawił się wyraz niesmaku.
Ma refluks po prapolskim bigosie.
(...)


Westchnął ciężko i zajął się rozmową z właścicielką. Przynajmniej była bezpieczna, była w tym wieku, że nie będzie mu robić awansów.
Znaczy, robienie awansów Wokulskiemu było niebezpieczne?


Musiał zaś czekać na Dalskiego. Dalski go tu przyprowadził i grzeczność wymagała, by razem z nim wyszedł. Wokulski był lordem Goldenem w każdym calu.
Doprawdy, ma jakieś dziwne pojęcie grzeczności.
Tylko co chwilę zirytowany tłukł pięścią w drzwi za którymi zniknął Dalski z panienką, i wołał  żeby się pospieszyli.


Rozdział XXVII
Od akcji toczącej się w czerwcu, nagle śmigamy do sierpnia 1890 roku.


Dzień był upalny, prawdziwie sierpniowy, nie było ani najmniejszego podmuchu wiatru. W taki to dzień Wokulski odwiedził barona Dalskiego. Gospodarza nie zastał w domu, przyjęła go baronowa. Siedzieli teraz na jednym z tarasów olbrzymiej i bardzo brzydkiej architektonicznie willi Baronowstwa Dalskich. Siedzieli w wyplatanych fotelach i przy małym stoliczku z rafii. Duchota była taka, że ciężko oddychać. Najstarsi mieszkańcy Przywiślańskiego Kraju nie pamiętali takich upałów w sierpniu. Nagłówki gazet głosiły, że klimat się zmienia, że następuje ocieplenie.
Niektórzy przebąkiwali nawet o efekcie cieplarnianym, o dziurze ozonowej i że trzeba zainstalować klimatyzację.
Tak, w 1890 roku…


Trwożliwi ludzie mówili, że nadchodzi koniec świata i biegli do kościoła, by złożyć rachunek sumienia z grzechów. Jednego jednak wszyscy byli pewni, przyszły upały rodem z Afryki. Wokulski z baronową Dalską siedzieli na tarasie i popijali mrożoną oranżadę. Obok stała mała dziewczynka, córka kucharki i wielkim wachlarzem ocieniała siedzących. To dawało trochę lepiej oddychać.
Błagam... To nie jest amerykańskie Południe, to nie ganek Tary!
Dzięki takim zapożyczeniom można prześledzić, co aŁtorka właśnie czytała.


(...)
- Spotkałem wczoraj swojego dawnego przyjaciela, pani szwagra. – Powiedział.
- O kogo ci chodzi, lordzie Golden? – Zapytała od niechcenia baronowa zupełnie nie przejęta tym, co powiedział Wokulski.
Wokulski popatrzył żdziwiony na swoją rozmówczynię, ale zaraz wyjaśnił, o co mu chodziło.
- Widziałem barona Dalskiego.
Baronowa skryła twarz za wachlarzem, póżniej powachlowała się, a potem powiedziała bardzo powoli, ale bez odrobiny zainteresowania.
- A… o niego chodzi.Ale to już nie baron.
Wobec tego niewart jest nawet odrobiny mojej uwagi!
Tu kilka słów wyjaśnienia: tytuł szlachecki to nie medalik z blaszki, który można sprzedać lub oddać czy jakoś inaczej się go pozbyć. To tytuł dziedziczny, a więc obaj synowie Starego Barona Dalskiego byli baronami. Od urodzenia. Obaj.
I temu drugiemu bratu podwójny tytuł barona był potrzebny jak grzybica stóp.


Wokulski dowiaduje się, że starszy baron Dalski jest umierający – ma raka wątroby.


- „A więc w takich mękach ma kończyć człowiek, któremu życie przez cały czas rzucało kłody pod nogi. Boże, jaki jesteś niesprawiedliwy!” – Pomyślał. Głośno zaś powiedział z nostalgią.
- Chyba nadchodzi nasz czas…Nasze pokolenie się wykrusza…
OIDP, baron Dalski był sporo starszy od Wokulskiego, więc jakie “nasze pokolenie”?


Baronowa nie była przyzwyczajona do inteligentnej rozmowy na temat sensu życia, [tam zaraz inteligentnej rozmowy, po prostu narzekania]  powidziała więc szybko, co jej przyszło do głowy.
- Lordzie Golden, to ciebie nie dotyczy. Ty jesteś pełen werwy i sił witalnych. Niejeden młody może ci zazdrościć temperamentu. Kobiety szaleją za tobą.
Nie masz raka wątroby jak mój szwagier niecnota.


Wokulski roześmiał się, bo szybko odgadł, czego dotyczy to stwierdzenie.
- Na szczęście, nie umiera nie pozostawiwszy nic po sobie. – Powiedział, gdy spoważniał. – Ma córkę.
Teraz baronowa okazała żdziwienie.
- Jaką córkę? – Zapytała mnąc nerwowo wachlarz.
- Nieślu…bną…- Zająkał się Wokulski zaniepokojony tym, że się wygadał.
Gdyż baronowa Dalska nie potrafi rozumem ogarnąć ilości ślubnych potomków szwagra?
Umysłowa degeneracja arystokracji wydaje się być niepokojącą.


Rozmawiał przecież z damą. – Sam mi ją pokazał.
Baronowa odetchnęła z ulgą.
- To nie jest ważne! – Powiedziała i znowu skryła twarz za wachlarzem.
Wie, co mówi. Nieślubne bachorzęta nie miały prawa do spadku ani do tytułów. Oczywiście, wysoko postawiony ojciec mógł łapówkami załatwić swojej nieślubnej progeniturze jakąś synekurę, ale wiemy, że Dalski ani myśli wyciągnąć swojej córki z zamtuza.


- Baron to dobry człowiek i człowiek honoru. Na pewno zabezpieczy swoją córkę. – Powiedział Wokulski pewnie, ale nie patrzył na baronową.
Eeee… Nie?


Tym razem baronowa nie wytrzymała. Zapomniała, że jest damą, nie potrafiła się już dłużej ukrywać i wybuchnęła śmiechem.
- Zabezpieczy? Przecież on nic nie ma. Wszystko przepisał na mojego męża. Przepija tylko swoje dożywocie. – Mówiła pośród śmiechu.
Wokulski chciał coś powiedzieć, ale umilkł. Spojrzał na baronową, a na jego twarzy arbitra elegancji nie potrafił się ukryć wyraz niesmaku. Odwrócił głowę.
Prawdziwy angielski dżentelmen po pierwsze, nie wywlekałby krępujących tematów i wstydliwych tajemnic podczas towarzyskiej pogawędki, a po drugie – nawet drgnieniem powieki nie dałby poznać, że coś mu się nie podoba w jego gospodarzach.


Baronowa także umilkła. W jej głowie, na tyle szybko jak mogły, przeleciały myśli. Przestała się śmiać i ukryła twarz za wachlarzem. Kiedy spojrzała na Lorda Goldena była już spokojna i opanowana niczym rzymska mater dolorosa.
Matka boleściwa?!  Skąd się to aŁtorce wzięło?
“Cokolwiek powiesz po łacinie, brzmi mądrze.”

Rozdział XXVIII


Wokulski idzie wziąć udział w kweście na “upadłe dziewczęta”.


Wszedł do kościoła Świętego Krzyża. Mszy nie było, ale kościół był pełen ludzi.
W Wielki Piątek, gdy odbywała się znana z “Lalki” kwesta na sierotki, tłum przychodził oglądać Grób Pański. Co ci ludzie robią teraz pomiędzy mszami, to nie wiem. Chyba przyszli się ochłodzić…


Przed oczami Wokulskiego paradował cały przekrój społeczeństwa.
Przespacerował się również przekrój skał osadowych.


(...)


Wokulski wypaczył stolik [a to wandal!] i znajome panie.
Też je wypaczył? Wygiął je na wilgotno?
Ubrana w bogatą suknię i takiż kapelusz, wachlująca się wachlarzem
ekstrawagancko byłoby wachlować się onucą,
hrabina Karolowa i Izabela Łęcka w swojej nieodłącznej, staromodnej budce na głowie i szarej sukni, nie mającej nic wspólnego z modą.


Wokulski podszedł do stolika i przed panną Łęcką położył czek.
- Witam Lordzie Golden – Powiedziała z przesadną uprzejmością hrabina Karolowa i uśmiech okrasił jej twarz, kiedy ujrzała sumę na czeku.
- Witam miłe panie. – Odpowiedział z taką samą uprzejmością Wokulski. – Jak idzie kwesta?
Hrabina uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem.
- Położę tu na wierzchu pański czek, lordzie Golden. – Powiedziała. – Niech się wstydzą ci panowie, którzy wolą wydawać pieniądze w Monte Carlo!
–  Pozwolisz, że ułożę twoje imperiały na wierzchu, dla zawstydzenia tych panów, którzy wolą wydawać pieniądze na szampana… [Bolesław Prus, Lalka]


– Dodała z naciskiem. – Belu, czy widzisz, jaką sumą zaszczycił nas lord Golden? – Zapytała towarzyszki patrząc na nią porozumiewawczo.
Patrz, Belciu, znowu się nuworysz popisuje!


Wokulski poczuł się nie mile dotknięty.
Zły dotyk boli...


Przypomniały mu się inne czasy. Wielkanoc. Taka sama kwesta i…słowa panny Łęckiej, które mówiła do hrabiny Karolowej po angielsku i których on wcale nie rozumiał.
No więc powiedz Stasiu, po jaką zarazę przywlokłeś się na “taką samą kwestę” tylko po to, aby zwrócić na siebie uwagę Izabeli?


Podniósł głowę i popatrzył Na Izabelę. Na jego twarzy wykwitła oznaka cynizmu.
Taki wielki, świecący, czerwony pryszcz?


(...)
- Thank you, mister Wokulski. – Powiedziała spuściwszy oczy, ale podała mu rękę.
Mam deja vu… – pomyślał Wokulski. – Znowu kościół, kwesta, znów rozmowy po angielsku…


Wokulski uścisnął tę rękę, ale…jej nie pocałował.
- Dla mnie to nic wielkiego. – Powiedział również po angielsku. – Zrobiłem to dla dziewcząt, na rzecz, których kwestujecie.
Ciekawe, jak wyglądał rozdział tych pieniędzy. Gdy panie kwestowały na rzecz sierotek, wiadomo było, że objęły patronatem sierociniec. Skoro teraz zbierają na kurtyzany, czy to znaczy, że troszczą się o dom uciech cielesnych?
Nie, tam dalej jest mowa o “ochronce”. Już mniejsza o nazewnictwo, rozumiem, że chodzi o jakiś zakład, gdzie byłe prostytutki uczą się jakiegoś zawodu i mogą wyjść na prostą. Ale poczekajmy chwilkę...


Izabela się zarómieniła.
Ze wstydó.
Przez “ó”, bo się wymienia na “romans”.


Dwuznaczna wypowiedż lorda Goldena niemile ją dotknęła. Uznała jednak, że musi nadal dżwigać swój krzyż. Zasłużyła sobie na traktowanie takie, jak zachowuje się wobec niej Wokulski i pokornie schyliła głowę.
Njerozumię. Jeśli wstydzi się wzmianek o upadłych dziewczętach, to po jaką cholerę bierze udział w kweście na ich rzecz? I jakie “traktowanie” przez Wokulskiego? Powinien był powiedzieć “upadłe dziewczęta nic mnie nie obchodzą, zrobiłem to tylko dla pani”?


(...)
- Taki datek to dla mnie nic wielkiego. – Powiedział. – Niech pani hrabina przyśle mi jutro adres tej ochronki, zobaczę, co jeszcze da się zrobić dla tych biednych dziewcząt.
Może obejmę niektóre osobistym patronatem… Tylko takie młodsze i ładniejsze!


(...)
Przeszedł przez kościół i zaczął przyglądać się ludziom. Zaintersowała go jedna para. On gentelmen w kapeluszu panama ona elegancka dama. Klęczeli przy bocznym ołtarzu ramię przy ramieniu, nawet niby nieświadomie stykali się ramionami i modlili się. Wokulski usiadł w konfesjonale i [zaczął spowiadać?!] przyjrzał im się uważnie. Dojrzał ich uduchowione w tej chwili twarze. Na ich twarzach kwitło modlitewne skupienie i…nieskrywana miłość jednego do drugiego.
- ” Toż to mój George i Magda Izabeli Łęckiej.” – Pomyślał niepomiernie żdziwiony Wokulski.
A George paraduje w moim kapeluszu!!! Ja mu dam, hultajowi jednemu!!!


George jako Irlandczyk był katolikiem, ale z tego, co do tej pory go poznał, nie przejawiał zbyt wielkiej wiary. Do kościoła nigdy nie chodził, niedziele spędzał w pubie przy piwie, a z ludzi wierzących się naśmiewał.
No to już wiemy, dlaczego wolał wyjechać z Irlandii.


Wychodząc z kościoła, Wokulski spotyka jeszcze Ochockiego.
I mamy rozmowę dwóch eleganckich dżentelmenów.
Ochocki uścisnął mu przyjażnie dłoń.


- Ożeniłem się. Jestem teraz statecznym profesorem Uniwersytetu, godnym mężem i dobrym ojcem. – Mówił trochę chęłpliwie.
I bardzo skromnym człowiekiem, przy okazji.
A co u ciebie?
- A u mnie wszystko po staremu. – Uśmiechnął się życzliwie Wokulski. – Tylko pieniędzy mam milion razy więcej.
I tak oto z angielskiego dżentelmena na każdym kroku wychodzi swojski, przaśny Janusz.
Dżentelmenel po prostu.


– A ta piękna dama to twoja żona? – Zapytał.
– Ona? Nie…
Ochocki spojrzał z nieukrywaną miłością na żonę.
- Nie poznajesz jej? – Teraz on się uśmiechnął. – To dawna panna Felicja Janocka.
- Wygląda ciągle tak samo młodo jak kiedyś. – Komplement Wokulskiego był szczerze [ironiczny]. – Ale widzę, że jako mąż nie próżnujesz?
(Tu poklepał Felkę po sterczącym brzuchu).
- Bóg dał nam czworo dzieci, a teraz znowu…- Mówił chełpliwie Ochocki.
Przypomnijmy katarynkowe sformułowania, tak ulubione przez aŁtorkę:  dżentelmen, elegancja, wytworność, dama...


Tak, tak. Mamy uwierzyć, że obaj byli wytwornymi dżentelmenami w towarzystwie damy.


- Zauważyłem. – Mruknął domyślnie Wokulski. – Ale co ty teraz porabiasz? – Zapytał. – Dalej jesteś beztroskim próżniakiem?
- Ależ skąd? – Obruszył się urażony Ochocki. Przecież ten Wokulski wcale mnie nie słucha! – Pracuję ciężko. Jestem profesorem Uniwersytetu. Mój zespół ma nawet na koncie jakiś wynalazek.
Jakiś tam, sam nawet nie wiem, jaki.
Ważne, że kasa na konto wpłynęła.

Widok “dawnej panny Felicji Janockiej” przypomina Wokulskiemu o jej siostrze Ewelinie, która obecnie, rozwiedziona z Dalskim, żyje samotnie w Zasławiu. Postanawia ją odwiedzić.  


Rozdział XXIX


Izabela Łęcka rozmyśla o tym, że musi “nieść swój krzyż”. Odwiedza ją hrabina Karolowa, która ponownie usiłuje namówić ją do zmiany stylu życia i przekonuje, że kiedy Wokulskiemu minie zauroczenie Adeliną, ona będzie najlepszą partią.


Rozdział XXX


Bla, bla, Wokulski i Izabela ponownie spotykają się na cmentarzu, przy grobie Rzeckiego. Wokulski dziękuje Łęckiej za opiekę nad grobem.


Rozdział XXXI


Powóz zatrzymał się przed willą barona Dalskiego. Wokulski wysiadł i skierował się do ozdobnego wejścia.


Willa Barona Dalskiego była typową budowlą fin de sieclu, zbudowaną w stylu secesji. Baron Dalski miał jeszcze pałac w starym stylu na przedmieściu Warszawy, ale kiedy pięć lat temu rozpoczął się boom na budowle w stylu japońskim
dzięki czemu w Warszawie zaroiło się od pawilonów z bambusu i papieru.
Oto jedna z willi na Mokotowie:


a tu typowa kamienica z osiedla robotniczego na Woli:


/ dużą rolę w tej modzie odegrała bardzo popularna opera Pucciniego Madama Butterfley/
która wystawiona będzie dopiero za czternaście lat.
To jest moc Prawdziwej Sztuki: jeszcze nie istnieje, a już wyznacza trendy!
Ależ to nie Madama Butterfly, tylko jakaś Butterfley. Pewnie wersja demo, to i dostępna była wcześniej.


i ludzie masowo zaczęli budować domy w tym stylu,
oto bardzo modne w tym czasie osiedle na Skarpie Warszawskiej:


baron Dalski także postanowił nie być gorszy i wybudował swoją willę, do której przeprowadził się z pałacu na przedmieściu.
Baron nie żałował pieniędzy na swój dom. Jego willa była wzorem stylu secesji w Warszawie, jedyna i niepowtarzalna. Kiedy ktoś wspomniał o willi barona Dalskiego, od razu było wiadomo, o który dom chodzi.
Dobra, powiedzmy, że postawił sobie coś w rodzaju tej willi. Gdzie tu japońszczyzna?


Willa była bardzo dokładnie wycyzelowana, cała w ozdobnie wyrzeżbionych ornamentach winnej latorosli.
Typowej dla sztuki japońskiej, aha...
W wykuszach uśmiechały się rzeżby aniołków.
Albo demonów. Kto je tam wie.


Takie same rzeżby zdobiły drzwi wejściowe. Jednym słowem dom barona Dalskiego nie przypominał innych domów arystokracji, był przykładem złego gustu i dorobkiewiczostwa.
Więc tak… Dalski wybudował willę w najmodniejszym stylu, ale paskudną. I zupełnie nie w tym stylu.
To jakiś wyższy poziom fędesjeklowości.


Nic dziwnego baron budował go krótko po otrzymaniu tytułu od brata i chciał wszystkim pokazać, że także coś znaczy w stolicy. Nie jest już tylko młodszym synem młodszego arystokraty.
Tu jest Polska, tu nie obowiązywało prawo primogenitury, młodsi synowie mieli takie samo prawo do dziedziczenia tytułu i majątku, co najstarszy.

Wokulski powoli podchodził do wejścia i przyglądał się domostwu. Na jego twarzy arbitra elegancji odbił się wyraz niesmaku.
Odbijał się on zawsze, ilekroć przybywał do tego domu. Wokulski był angielskim arystokratą o korzeniach wywodzących się z ziemiaństwa polskiego.
To brzmi jak praca domowa z polskiego...


Dobry smak miał więc w genach.
Znów – pojęcie, jakie zostanie wprowadzone do języka za około 15 lat. Zgodnie z epoką, należałoby raczej napisać “we krwi”. To uwagi co do litery, ale co do ducha – to akurat autorka trafiła, bo w tym okresie ścierały się różne koncepcje na temat mechanizmów dziedziczenia, a niektóre zakładały również dziedziczenie cech nabytych :)


To połączenie zaś kazało mu się krzywić na ten przykład dorobkiewiczostwa i brzydoty, jakim przykładem była willa barona Dalskiego.
Hmmm… swoją drogą ciekawe na czym się dorobił.


W zasadzie nie powinien tu bywać. Kiedy jednak przypominał sobie wiośnianą twarz i wdzięczną postać baronówny Dalskiej zapominał o jej wulgarnych rodzicach i brzydkim domu i…bywał częstym gościem w willi barona Dalskiego. Czasami nachodziły go jednak refleksje.
Chciałbym być taki, jak ten lodzermensch Borowiecki, z nienapisanej jeszcze powieści tego tam… dróżnika czy rogatkowego.


- ” Jaki los jest przewrotny!” – Myślał sobie.
Kiedyś on był izolowany i przyjmowany z łaski przez warszawską arystokrację, bo za wysokie były progi na kupca Stanisława Wokulskiego nogi. Przedstawicielka tej arystokracji, Izabela Łęcka traktowała go jak swojego psa pokojowego. Dziś on gardził dorobkiewiczostwem barona Dalskiego.
Khę, a kimże sam jesteś, Stasiu, jeśli nie dorobkiewiczem?


-” Izabela Łęcka.” – Westchnął i jeszcze raz z pogardą spojrzał na brzydki budynek. Potem zaś wszedł do środka. Olbrzymi hol wcale nie różnił się od fasady willi. Uginał się od ozdób, a ściany uginały się od portretów prawdziwych i fikcyjnych przodków.  
I tak wszystko się uginało, a czasoprzestrzeń się zaginała.


(...)
- To pan, lordzie Golden! – Doszedł, go srebrzysty głos [potykając się o przecinki], który tak zawsze podziwiał, kiedy oglądał scenę pozowania.
Otrząsnął się, wrócił do rzeczywistości, spojrzał na drzwi od salonu, bo stamtąd dochodził głos i…zaniemówił. W drzwiach stanęło zjawisko!!!
I nie był to upiór dzienny.


Adelina ubrana była w prostą, domową, białą suknię. Jej czarne, hebanowe włosy zaplecione były w dwa warkocze i rezolutnie opadały jej na plecy.
Re-zo-lu-tnie… Natomiast grzywka z całą erudycją sterczała na boki.
Była to bowiem dzielna grzywka.


(...)
- Rodziców nie ma w domu. – Powiedziała. – Musisz się zadowolić moim towarzystwem. – Uśmiechnęła się wdzięcznie.
Khę, tak, dziewiętnastowieczna panna z dobrego domu, przyjmująca adoratora pod nieobecność rodziców, czy jakiejkolwiek przyzwoitki. Już to widzę.

- Czy wiesz, że twoi rodzice chcą nas połączyć? Cała Warszawa nas swata! – Powiedział chełpliwie z miną pewnego siebie uwodziciela.
Adelina zamigotała rzęsami [posypanymi brokatem] i spuściła wzrok. Póżniej go jednak podniosła i spojrzała mu odważnie w oczy.
- Pewnyś siebie? – Powiedziała. – A nawet nie wiesz, czy ja bym ciebie chciała.
Wokulskiego ubawił ten przejaw kokieterii.
“Pewny siebie” to za mało powiedziane. To jest po prostu beton.


- Myślę, że w tej spawie twoje zdanie najmniej się liczy! – Powiedział śmiejąc się.
- Liczy się! Liczy! – Krzyknęła pomieszana Adelina.
- Myślę, że nikt cię nie będzie pytał o zdanie! – Dalej śmiał się Wokulski.
Rozumiesz, opinia publiczna nas wyswatała, ty już tu nie masz nic do gadania!


Adelina uspokoiła się. popatrzyła mu prosto w oczy i
- A ja ciebie nie chcę! – Powiedziała twardo.
Wokulski chwycił rękami jej brodę i przybliżył jej twarz ku sobie.
- Chcesz! Chcesz! – Bawił się bardzo dobrze. – Tak jak chcesz bym cię w tej chwili pocałował.
A ty wiesz najlepiej, czego ona chce. *wywraca oczami*
Wokulski pokazuje się tu jako wyznawca tego obrzydliwego poglądu, że kiedy kobieta mówi “nie” to myśli “tak” – i mogę to tłumaczyć tylko tym, że podczas swych wędrówek po świecie wpadł w łapy jakiegoś doktora Frankensteina, który podmienił mu mózg… A jeśli to ma być wzorowane na relacjach Retta Butlera i Scarlett, to sorry, ale autorka czegoś w nich nie zrozumiała.


Adelina zmieszała się tym, że tak łatwo wyczuł jej pragnienia. Był bezczelny i kpił z niej. Była wściekła i pozostawało jej tylko wyrwać się z jego ramion. Szarpnęła się, ale…trzymał ją mocno.
- Hola, hola, panienko! – Wyszeptał je do ucha. – Jestem dobrym wędkarzem i nie puszczam tak łatwo swojej ryby.
Ryby nie mamy, ale mamy lamę!



- Nie cierpię cię! – Była w stanie tylko wykrzyczeć mu w twarz. – Nie jesteś dżentelmenem! – Krzyczała.
Wokulski roześmiał się.
- Cicho! – Położył jej rękę na ustach. – Bo zaraz wejdzie służąca i stracisz reputację.
Straci reputację w oczach służącej i Anetka nie będzie już chciała chodzić z nią do parku.


A propos dżentelmenów. Ty chyba nie lubisz dżentelmenów?
- Ty…! – Szarpnęła się Adelina, ale tylko tyle zdołała krzyknąć, bo przykrył jej usta swoimi.
Adelina była żdziwiona. Ten angielski lord był odważny i…był znawcą w całowaniu.
Co ze swojej strony potrafiła docenić jako uznana ekspertka.


Nikt jej jeszcze tak nie całował.
Miała przecież bogate doświadczenie.


Wydawało jej się do tej pory, że malarz Wolski był mistrzem w całowaniu, ale przy pocałunku lorda Goldena pocałunek Krzysztofa przygasł. Adelina chciała się wyrwać Wokulskiemu, chciała mu dać w twarz, ale…nie potrafiła. Otworzyła usta i zaczęła oddawać mu pocałunki. W pokoju zapachniało namiętnością i…kiedy baronówna już padała na kanapę, Lord Golden przerwał pocałunek i oddalił się od niej.
Chrząkając z zażenowaniem i starając się usiąść tak, by połą surduta przykryć namiot w spodniach.


(...)
Adelina się otrząsnęła.
- Sądzisz, że twój pocałunek sprawił mi przyjemność? – Zapytała twardo.
- Ja nie sądzę, ja to wiem. – Znowu się roześmiał. – Powinnaś być całowana codziennie przez znawcę.
- I sądzisz, że to ty jesteś tym znawcą? – prychnęła mu w twarz.
- Przez skromność nie zaprzeczę. – Spoważniał w jednej chwili. – Mam duże doświadczenie i chętnie ci trochę go udzielę.
Zaraz, moment, czy myśmy tego już nie czytali parę rozdziałów wcześniej?!


Wokulski żegna się i wychodzi, a ponieważ Adelina rozbudziła w nim żądze, wpada na pewien pomysł...


Przypomniał sobie obietnicę, jaką dał pani Felicji Ochockiej w Dzień Wstąpienia Najświętszej Marii Panny.
Wstąpienia gdzie? Na plotki do świętej Magdaleny? A może jednak chodziło o święto Wniebowzięcia?
Wstąpienia do św. Elżbiety. Czyli Nawiedzenia.


Uśmiechnął się. Zrealizuje swój plan. Lord Golden jest po to, by sprawiać przyjemność wszystkim kobietom.
Golden, mężczyzna obdarzony szczodrze
Wszystkim niewiastom pragnął robić dobrze*.
Pannom i wdowom, mężatkom, rozwódkom,
Ładnym i brzydkim, i starym, i młódkom.


A kiedy w domu o wieczornej porze
Padał, wycieńczon, na szerokie łoże,
Ledwie już dysząc, bo tak się spracował –
Wierny go Żorżyk dzielnie zastępował.

*) początek ściągnęłam od Murazora :)


W sumie “Lord Golden” brzmi trochę jak pseudonim artystyczny aktora porno.


Rozdział XXXII


Wokulski jedzie do Zasławia, gdzie w opuszczonym, zaniedbanym pałacu mieszka Ewelina Dalska, niewierna żona barona Dalskiego. Jak się okazuje – i wbrew temu, co sama autorka pisała na początku – nie uzyskali rozwodu, mąż ją porzucił, a ona sama udaje wdowę, gdyż “Zawsze lepiej uchodzić wśród ludzi za wdowę niż za kobietę porzuconą przez męża”. Wokulski postanawia zostać na kilka dni i dobrze się zabawić…


Nie będzie wspominał! Co było minęło i nie ma co do tego wracać. Liczy się dzień dzisiejszy, a ten dzień dzisiejszy, to on – bogaty lord angielski, u którego stóp leży cały świat i który może mieć każdą kobietę, jakiej tylko zapragnie. Niech rośnie jego sława pogromcy niewieścich serc! Izabela Łęcka to dzisiaj tylko nieładna stara panna, na którą nie ma co patrzeć. Jest tyle pięknych kobiet…
(…)
Wokulski słuchał paplaniny gospodyni i uśmiechał się tajemniczo do niej. Czuł, że spędzi miłe dni w Zasławiu.
Właściwie dlaczego Ewelina tam mieszka?
Nieboszczka prezesowa, oprócz drobnej części, cały swój majątek zapisała na cele dobroczynne. Szpitale, domy podrzutków, szkółki, sklepy wiejskie et caetera…” (Lalka)
Ewelina, podobnie jak Izabela, też jest ruiną człowieka, więc osiedliła się w takim anturażu. W wolne noce chodzi i wyje w krużgankach.


Straszy, oj straszy całkiem nieźle
Chowa się w różne framugi,
Chodzi po zamku w jedwabnym gieźle,
A pysk ma okropnie długi!


Uszy ma takie wielkie jak kapcie,
A oczka całkiem maciupcie, całkiem maciupcie
Więc, mości książę, wy to coś złapcie
Albo w ogóle coś zróbcie, albo coś zróbcie!
[Andrzej Waligórski Ballada o Kniaziu Dreptaku]


Zamierzał się rozerwać i…nic nie brać poważnie. Był przecież angielskim lordem, za którym szalały kobiety na całym świecie. A teraz uważał, że Polki wcale nie były inne.
Ależ on jest konsekwentnie opisywany! Zawsze jako buc, zawsze jako angielski, flegmatyczny lord.


Rozdział XXXIII


Wokulski przyjrzał się ruiną Zasławskiego Zamku.
Ruina miała zainstalowane najnowocześniejsze urządzenia optyczne.


Czas odcisnął już na nich swoje piętno. Z ruin niewiele już zostało. Wybuch zrobił swoje. Tylko wieża się zachowała. Resztę porastał już las. Był młody, gęsty i splątany, dopiero co wyrósł z powijaków.
Po dziesięciu latach?


Wokulski i pani Ewelina wybrali się na piknik.


Pogoda była wprost wymarzona. Słońce jeszcze mocno przygrzewało, na niebie nie było ani jednej chmurki, a nawet niegrożnego obłoczka.
(...)
Wokulski patrzył na to, co zostało z ruin i westchnął.
_” Ależ byłem wtedy głupi!” – Pomyślał z uśmiechem.
I do tej pory ci Stasiu nie przeszło.


(...)
Wokulski zrobił głęboki wdech. Poczuł skurcz w dole brzucha. Uśmiechnął się. Natura domaga się swoich praw.
– Pani wybaczy na moment... pójdę odcedzić kartofelki!


Jest przecież mężczyzną w sile wieku o…bujnym temperamencie.
Kiedyś, kiedyś - może wtedy na Syberii.


Ewelina usiadła na mchu i wygładziła swoją suknię zakrywając zgrabne łydki, które się odsłoniły, kiedy siadała. Spojrzała na Wokulskiego i zapłoniła się. On jednak nie dostrzegł jej dziewiczego rumieńca, dostrzegł jednak jej zgrabne łydki.
- ” To nie dziewica, to kobieta…dojrzała!” – Pomyślał i rozpalił ognisko.
A gdy konar nie chciał zapłonąć, użył Braveranu.
Łydki zaś, gdyby ktoś nie zauważył, były zgrabne.


(...)
Skra oderwała się od ogniska i spadła na suknię okrywającą nogi Eweliny.
Wokulski sięgnął i zaczął ją ręką gasić. Materiał się odwinął i ukazał zgrabne nóżki aż po kolana. Wokulski…mimowolnie sięgnął głębiej.
O, Pana Tadeusza też zaliczyła!


Ewelina syknęła i padła na kolana. Nie była w stanie się bronić, a wiedziała, że Wokulski robi żle. Boże, jak długo żyła w celibacie!!!


Majestatyczny Lord Golden popatrzył w jej oczy i…wyprostował suknię.
Lord na ruinach Zasławka
Poczuł, że w dole zastawka.
Ale że nosił spódnice
wyraził spod nich swą szpicę.
I rzekł: Jedzie pani do Włocławka.


- Przepraszam, ogień płata różne figle. To się już jednak nie powtórzy. – Powiedział.
Ewelina podłożyła sobie ręce pod głowę.
- Niech się powtórzy! – Krzyknęła. – Chcę, żeby się powtórzyło!


Wokulski opadł na nią. Jego usta sięgnęły jej i ich usta splotły się w namiętnym pocałunku. Jednocześnie jego ręka odgarnęła ponownie spódnicę, a póżniej sięgnęła wyżej…i wyżej…i wyżej.
Wyszła dekoltem, wspięła się na najbliższą sosnę i złapała przelatującego właśnie ptaka. Będzie na obiad.


Ewelina jęknęła…
Niepodsycany ogień powoli dogasał…


Kiedy wracali z pikniku elegancki Lord Golden miał pogniecioną koszulę a Ewelina z Janockich Dalska mech we włosach. Nikt ich jednak nie widział.
Nie do końca prawda, gdyż służąca stała w drzwiach. Ale nie uprzedzajmy wypadków...


Wokulski był szczęśliwy. Przekroczył Rubikon i czuł ulgę.
Ciekawy eufemizm na spuszczenie pary z kotła.
Albo Ewelina była wyjątkowo chuda i kości zostały rzucone.


Najlepiej zagrał na nosie pewnej starej pannie w niemodnej sukni. Teraz z przyjemnością będzie sobie folgował.
Znaczy… do tej pory powstrzymywała go myśl o Łęckiej? Dlaczego?
Wygląda na to, że na myśl o niej wszystko mu opadało, ręce też.


Ewelina była szczęśliwa. Pierwszy od lat mężczyzna, który się nią zainteresował. Może coś z tego będzie? I…nie chodziło jej o pieniądze Lorda Goldena.
To brzmi, jakby oczekiwała od niego zapłaty za usługę…


Zbliżali się do Zasławskiego Pałacu. Stojąca w drzwiach służąca wołała ich na obiad.
Tja, może jeszcze waliła w patelnię?
Z uwagami typu: “długo jeszcze każecie na siebie czekać? Wszystko stygnie! I jak wy wyglądacie! Natychmiast umyć się i siadać do stołu!”


Rozdział XXXIV


Wokulski w nocy nie może zasnąć, więc odwiedza Ewelinę w jej sypialni.


Zbliżyła swoją twarz do twarzy Wokulskiego i wyszeptała namiętnie:
- Kochaj mnie, Kochaj, a potem niech wali się świat!
Wokulskiego owionął jej gorący oddech, jej zapach pomieszany z delikatną wonią różanego mydła i…zakręciło mu się w głowie. Stracił poczucie rzeczywistości. Chwycił ją mocno w objęcia i upadł na nią. Zaczął ją całować, wszędzie. Znaczył pocałunkami każdy zakamarek jej ciała. Całował oczy, uszy, nos, usta. Póżniej szedł niżej. Przyszła kolej na piersi pępek.
Naga Ewelina wyglądała jak kubistyczne malowidło. Pępek na piersiach, sutki – bór wie gdzie, lepiej nie szukać...


Kiedy Lord Golden odnalazł jej kobiecość [po długich poszukiwaniach z kilofem i latarką], Ewelina jęknęła [z ulgi, z nudów?] i rozchyliła nogi. On zapamiętał się, ale i…dla niego było to nie do wytrzymania. Wrócił do całowania jej twarzy, a ciało niżej oddał do popisu innej swojej części.
Powiedzmy sobie wprost - części niesfornej.


Jego męskość napierała. Kobiecość Eweliny rozchyliła się niczym wspaniały kwiat w pełnym rozkwicie wiosny i…przyjęła go. Otoczyła go nogami.
Kobiecość miała nogi?
Cieszmy się, że nie zęby.


- Tak! Tak! – Nie wytrzymała i krzyknęła w ekstazie.
Przed nimi…rozbłysnęło tysiąc barw tęczy.
Siedem.


Rozdział XXXV


Wokulski odwiedza grób prezesowej Zasławskiej i szykuje się do wyjazdu. Ewelina Dalska snuje marzenia, nie wiedząc, że ten opuszcza ją na zawsze.


Rozdział XXXVI


Izabelę po raz kolejny odwiedza hrabina Karolowa i znów próbuje ją namówić, żeby zaczęła dbać o siebie, ubierać się modnie i próbowała złapać lorda Goldena. Izabela po raz kolejny stanowczo odmawia, mówiąc, że nie będzie konkurowała z osiemnastolatką, jest już stara i zostało jej tylko nieść swój krzyż.


Rozdział XXXVII


Wokulski odwiedza barona Dalskiego (znów – nie ojca Adeliny, a jego starszego brata), ten nie ma pretensji o uwiedzenie żony (“przez służbę wiadomości szybko się rozchodzą”), za to proponuje wspólną wizytę w burdelu u madame Toussot. Wokulski ponownie spotyka tam Darię – nieślubną córkę Dalskiego, oraz malującego ją Krzysztofa. Widok Darii i jej podobieństwo do Adeliny wzbudza w nim wyrzuty sumienia, wychodzi nie skorzystawszy z usług i postanawia, że od jutra zacznie się oficjalnie starać o rękę panny.


Rozdział XXXVIII


Wokulski przychodzi z wizytą do Dalskich; czekając w salonie widzi, jak na tarasie Adelina całuje się z malarzem.


- Lordzie Golden, dowiedziałam się, że przez kilka dni nie było pana w Warszawie? – Zapytała baronowa przymilnym głosem, spojrzeniem jednak bacznie obserwując lorda Goldena.
Dobrze, że spojrzeniem, a nie na przykład węchem.
Czyli zazwyczaj nie patrzyła na rozmówcę?


Wokulski jednak nie był zupełnie zdetonowany jej podejrzliwym spojrzeniem.
- Tak. – Powiedział jak niby nigdy nic. – Bawiłem kilka dni w Zasławiu u baronwej Eweliny Dalskiej.
- Ygg…yggg…ygg…- Baronowa chrząknęła znacząco,
– Yog Sothoth! Cthulhu fhtagn! – wycharczała wreszcie, wijąc się w konwulsjach.


a póżniej uśmiechnęła się przymilnie i – Ta pani nie jest baronową.
Jest. Poprzez małżeństwo z baronem Dalskim.


Baronową Dalską jestem ja. – Powiedziała słodko, ale Wokulski nie był głupi. Wyczuł, ile jadu kryło się w tym na pozór obojętnym stwierdzeniu.
(...)
– Nie wie pan panie Wokulski, ile nasza rodzina przez nią wycierpiała. Ta pani mogła zagrozić naszej opinii. Przez nią moja Adelina mogłaby nie znależć dobrej partii…
Aha, czyli baronowa jest zdania, że złe prowadzenie szwagierki mogłoby zagrozić szansom matrymonialnym jej córki. Zapamiętajmy, dobrze?


Wokulski skierował wzrok ku tarasowi. Adelina siedziała pozując i tłumiła ziewanie. Lord Golden przez dłuższą chwilę obserwował piękną baronównę, a póżniej popatrzył na baronową i powiedział:
- Ja myślę, że opinii panny Adeliny Dalskiej nic nie może zaszkodzić!
Ładnie to zabrzmiało, nieco przekornie.


- Ależ lordzie Golden! – Baronowa aż podniosła głos zdziwiona. – Długo pana nie było w Warszawie. Przywiślański Kraj to nie Anglia. Pan nie wie, jacy ludzie tu są …purytańscy!
A samo określenie “purytański” to niby skąd pochodzi? Z Zululandu?
Ledwo Adelinka wyjdzie sama na spacer i kogoś tam pocałuje, to od razu biorą ją na języki!


Wokulski posmutniał. Spuści głowę i długo milczał. O czymś albo o kimś myślał. Po dłuższej chwili podniósł głowę, spojrzał baronowej Dalskiej w oczy i powiedział: – Wiem, jacy tutejsi ludzie są purytańscy i to w najgorszym rozumieniu tego słowa.
Baronowa nie była głupia i miała intuicję. Szybko się domyśliła, o kim mówił Wokulski. Przestraszyła się, że szanse jej Adeliny mogą zmaleć.
- Adelina to słodkie i niewinne stworzenie. – Powiedziała. – Dopiero co weszła w życie i zupełnie go nie zna. Nawet nie wie pan, jak mogą na nią podziałać złe ludzkie języki.
I wie pan, ta jej kuzynka z domu uciech taka jest do Adeliny podobna, że aż wstyd!


Wokulski znowu popatrzył ku tarasowi.
- Nic w moich oczach nie zaszkodzi niewinności panny Adeliny. – Powiedział nie odrywając oczu od tarasu.
Może się całować z kim chce, ojtam, ojtam!


Adelina kończy pozowanie i wraca do towarzystwa.


Barona uznała, że oboje są nieśmiali, postanowiła ich ośmielić.
Jak widzimy, ówczesne emancypantki też odnosiły sukcesy we wprowadzaniu żeńskich nazw (zamiast odmężowskiego “-owa”): barona, ministra…


Pamiętacie, Czytelnicy tę panią w zamtuzie? Wówczas przywiodła na myśl Wokulskiemu baronową Dalską. Teraz zachowanie baronowej D. przypomina obyczaje burdelmamy.


-” Czas wreszcie, żeby lord Golden się zadeklarował!” – Pomyślała z nieukrywaną złością. Głośno zaś powiedziała słodko ja miód.
Taaak, znamy te panie, u których głosik słodki jak miód, a w oczach wściekła, nieukrywana furia.


– Ależ moje dzieci, siedżcie tu i rozmawiajcie sobie. Ja stara nie będę wam przeszkadzać. – I podniosła się z kanapy.
- ” Nie jestem twoim dzieckiem i na szczęście jestem za stary, by nim być!” – Pomyślał Wokulski. Podniósł się jednak z kurtuazją i jak dżentelmen pocałował baronową w rękę. Ta wyszła z salonu zostawiając Wokulskiego sam na sam z Adeliną.


Rozdział XXXIX


Adelina popatrzyła żdziwiona na Lorda Goldena i odsunęła się od niego. Wokulski uśmiechnął się, podniósł ze stolika filiżankę i upił łyk kawy, która zdążyła już ostygnąć. Adelinie ta chwila pozwoliła odetchnąć.  Nabrała olbrzymi haust powietrza w usta, a następnie odetchnęła pełną piersią. Teraz była dumna z siebie, wydawało jej się, że znowu kontrolowała sytuację.
Głęboki oddech to jej supermoc?
Wszystko zależy od higieny jamy ustnej.


Wokulski opróżnił filiżankę i ze stoickim spokojem i iście angielską flegmą odłożył filiżankę na talerzyk.
Jeszcze raz usłyszę o angielskiej flegmie, a sama zacznę charchać!


Następnie popatrzył na Adelinę.
- Boisz się mnie? – Zapytał i uśmiechnął się bezczelnie. Ten uśmiech dodał mu tyle uroku, że Adelina znowu poczuła, że traci grunt pod nogami.
- Nie boję się ciebie. – Odpowiedziała dumnie, ale wiedziała, że ciężko jej będzie zachować tę dumę.
Wokulski obrócił się w jej stronę, położył jej ręce na ramionach i mocno ścisnął.
- Drżysz? – Zapytał okrutnie.
A to sadysta!


Adelina poczuła, że jego ręce ją parzą, a twarz oblewa war. Już nie mogła nad sobą zapanować.
- Jesteś strasznie pewny siebie ty stary satyrze! – Żeby odzyskać własną równowagę usiłowała go obrazić. Nie wyszło jej jednak.
(...)
- Nie jesteś dżentelmenem ty…ty Neronie! – Wykrzyknęła z naciskiem, bo mimo wszystko nie mogła zachować opanowania.
Wokulski znowu się śmiał.
- Neronie? – Zapytał bezczelnie. – Jeszcze lepiej. Jaki jeszcze wymyślisz oryginalny epitet dla mnie?
Samo “Neronie” nie jest epitetem. Byłoby, gdyby dodała przymiotnik, na przykład “lubieżny”.


Objął ją i pocałował. Adelina usiłowała zacisnąć usta, ale wymusił na niej, że je otworzyła. Jego język był natarczywy. Wtargnął do jej ust. Wymuszał pocałunki. Adelinie zakręciło się w głowie. Nikt jej jeszcze tak nie całował, nawet….Krzysztof Wolski. W świadomości błysnęło jej, że dama tak nie postępuje, że powinna spoliczkować Lorda Goldena.  Niestety, jej świadomość była teraz daleko od niej. bezwiednie oddawała pocałunek.
Świadomość oddawała pocałunek, podświadomość już ściągała majtki...


Wokulski odsunął się od niej i przyjrzał się jej.
- Podobało się? – Zapytał bezczelnie.  Zanim zdążyła odpowiedzieć chwycił ją znowu i…ponownie utonęli w namiętności pocałunku. Adelinę jednak rozdrażniła jego bezczelność. Przypomniały jej się wszystkie nauki matki.
I całe życie przeleciało jej przed oczami. “Nie garb się!”, “nie pokazuj palcem”, “widelec trzymamy w lewej ręce, nóż w prawej!”


- ” Jak ja się zachowuję? ” – Pomyślała i postanowiła naprawić swój błąd. Odepchnęła Wokulskiego energicznie, a następnie wymierzyła mu siarczysty policzek.
- Jak śmiesz? – Wysyczała.
Lordowi Goldenowi policzek z tak pięknej rączki wydał się najpiękniejszą pieszczotą. Znowu się roześmiał.
- Nie podobało się? – Zapytał, a jego ton nic nie stracił z bezczelności.
- Nie jesteś dżentelmenem! – Powiedziała z naciskiem Adelina i wydawało jej się, że jest to największe okrucieństwo, jakie może usłyszeć mężczyzna.
Już parę razy mu to powiedziała i wie, że to straszne wyzwisko nie robi na nim wrażenia, więc…?


Wokulski nadal się śmiał.
- Nie, nie jestem. – Powiedział ze stoickim spokojem pośród śmiechu. – Sama powiedziałaś, że jestem Neronem. Całuję jak Neron.
Ogniście!


Tego już było dość. W Adelinie wzburzyła się wzburzona miłość własna.
- Myślisz, że jesteś mistrzem w całowaniu? – Wypaliła bez namysłu. – Daleko ci do mistrzów chełpliwy głupcze!
Wokulski drgnął. Zagrała w nim urażona miłość własna. Jeżeli Adelina chciała go obrazić, to osiągnęła skutek, a nawet…osiągnęła więcej niż zamierzała.
Kryj się kto może, będzie atomowy foch!


Wokulski chwycił ją za ramiona i tak mocno ścisnął, że aż ją zabolało.
- Puść! Boli! – Krzyknęła.
- Ma cię boleć. – Powiedział okrutnie i Adelina zamilkła, nie znalazła odpowiedzi. – Chcę, żeby cię bolało. jestem mistrzem w całowaniu i…nikt do tej pory cię tak nie całował.
Potwierdź, bo jak dam w pysk...!


Nawet ten głupi malarz…-
Przegrał wojnę głupi malarz, i tyle.


Pochylił się do jej ucha i wysyczał jej to wprost do ucha.
A także na ucho prosto w jej ucho.
(...)


- Twoja matka jest głupia zostawiając cię samą ze mną. – Mówił spokojnie. – Nie wyobrażała sobie nawet, co się może stać. Myślała, że ci się oświadczę. A ja gdybym chciał mógłbym cię tu zniewolić za jej błogosławieństwem, a ty nie miałabyś siły mi się oprzeć. Masz rację! Nie jestem dżentelmenem! Jestem Neronem!
Zabij się, zabij! Pchnij się nożem, ale już przestań ględzić.
Podpal coś może, bo nudno.
Willa taka brzydka.


– Adelina zadrżała. – Ale wobec ciebie mam inne plany. – Adelina złapała się na myśli, że czeka na nieuniknione.
- Chcesz, żebym została twoją…niewolnicą i myślisz, że się zgodzę? – Mimo wszystko ciężko jej było ukryć strach.
- Widzę, że bardzo tego chcesz!!! – Znowu nachylił jej się do ucha. Potem się wyprostował i powiedział z angielską flegmą.
Ściekającą z kącików ust. Już się nie dziwię, że nikt tak nie całował jak on.


- Nie. Proszę cię o rękę.
Oflegmię ją od paznokci po nadgarstek!


Adelina drgnęła żdziwiona i nie znalazła odpowiedzi.
Lord Golden tymczasem kontynuował.
- Od dzisiaj uważaj się za moją narzeczoną.
Khę… nie słyszałam, żeby ktoś tu powiedział “zgadzam się”!


Nikt cię już nie ma prawa tak całować prócz mnie. A teraz wezwij swoją matkę i powiedz jej nowinę, na którą oczekiwała.
Zawezwij ją natychmiast przed moje jaśnie lordowskie oblicze!


– Zakończył Wokulski przemowę. Rozparł się wygodnie na kanapie i zapalił cygaro. Zaciągnął się cygarem.
- Jaki chcesz pierścionek? – Zapytał spokojnie.
– Och, z diamentem!... i Rett, żeby kamień był bardzo duży!


W sumie nie wiem, czy moje skojarzenia z “Przeminęło z wiatrem” są w tym momencie słuszne – raczej z jakimś romansidłem o pokornej niewolnicy i jej bucowatym panu...


Teraz jako prezent zaręczynowy da pierścionek przypominający plaster na odciski
Oryginalny pomysł, nie powiem.


i…jest pewny, narzeczona go nie zgubi. Te zaręczyny skończą się ślubem…Zagasił niedopałek w popielniczce i spojrzał ku drzwiom do salonu. Wchodziła Adelina z matką. Po uśmiechu, jakim go baronowa obdarzyła, wyczuł, że już wie o wszystkim i jest bardzo kontenta. I on uśmiechnął się do wchodzących dam.


Z brzydkiej, japońskiej willi pozdrawiają: Kura pokornie niosąca swój krzyż analizatorki, Jasza z filcowymi kapciami i Babatunde Wolaka przy wypaczonym stoliku.
Maskotek ma tytuł barona i cieszy się jak nawiedzony.

25 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Chciałbym być taki, jak ten lodzermensch Borowiecki, z nienapisanej jeszcze powieści tego tam… dróżnika czy rogatkowego.

Wyjdę może na debila, ale nie wiem, o co chodzi

Groszkowa pisze...

” To nie dziewica, to kobieta…dojrzała!” – Pomyślał i rozpalił ognisko.
A gdy konar nie chciał zapłonąć, użył Braveranu.


Kwiknęłam soczyście! Analiza miodna, już drżę na myśl o ostatniej części :D

kura z biura pisze...

@Anonimowy: o Karola Borowieckiego z "Ziemi Obiecanej" Reymonta. Reymont przez kilka lat pracował na jakimś niskim stanowisku na kolei.
Nie wiem, czemu Jasza usunął dalszą część komcia, gdzie było, że Borowiecki, zwiedzając pałac Müllera, bogatego łódzkiego fabrykanta, też w duchu drwił z jego bezguścia.

Samara Adrianna Felcenloben pisze...

Co ja czytam?

Ela TBG pisze...

Odcinek kwikaśny. Toż nawet Soames Forsyte i Michael Corleone razem wzięci są bardziej znośni niż ta niekanoniczna podróba Wokulskiego. Poza tym, totalnie nie widzę Stacha, który uwodzi wszystko, co się rusza, i to jeszcze w taki sposób.
Swoją drogą, dojdziecie do ślubu Izabeli?

Mal pisze...

Wasze komentarze zrobiły mi dzień, ale te sceny między Wokulskim a Adeliną są... Borze, no po prostu odrażające. Co za przemocowy buc.

Vespera Verril pisze...

Poprzednie części opka były jakoś strawne, ale ta już dobiła do standardowego poziomu ałtoreczek. Szczególnie dobry był ten opis zwiedzania zamku królewskiego, z waszymi komentarzami to arcydzieło. Jestem w pracy i niestety nie mogłam śmiać się zbyt głośno, ale obiecuję, w domu przeczytam jeszcze raz tak, jak należy.

Anonimowy pisze...

Totalnie widzę, jak George i Magda szwendają się carskim urzędnikom między biurkami. Scena z Adeliną, łóżkiem i zaspanym Rosjaninem zrobiła mi dzień. :D

A co do japońskich kamieniczek w Warszawie - pisałam już na fejsie, teraz powtórzę: ludzie, ludzie, oni się wzorują na Pawilonie Ryczącego Jelenia vel Rokumeikanie.

http://c8.alamy.com/comp/FG9BAN/exterior-of-rokumeikan-building-c-1833-designed-by-josiah-conder-1852-FG9BAN.jpg

Ot właśnie. Stoi to-to w Tokio, więc jest niewątpliwie japońskie, a że akurat cała Japonia budowała się po zachodniemu? Oj tam, oj tam, Dalski-niedouk nie zauważył. I dlatego Wokulski ciągle chodzi z niesmakiem na twarzy (a swoją drogą, autorka ma żałośnie ubogie słownictwo).

Hasz

Anonimowy pisze...

A, i chyba wiem, czemu warszawski Toulouse-Lautrec maluje ubraną kurtyzanę. Bo ten obraz:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/1/18/Henri_de_Toulouse-Lautrec_005.jpg

Ela TBG pisze...

A tak poza tym, czy tylko dla mnie to wymienianie śliny przez osiemnastolatkę i niemal sześćdziesięcioletniego faceta jest obrzydliwe? Rhett był starszy od Scarlett o siedemnaście lat, a nie około czterdzieści.

Anonimowy pisze...

O rany, dawno się tak nie ubawiłam.

Dziwna parodia Rhetta Butlera przebranego za Wokulskiego udającego (nieudolnie) angielskiego lorda.

A jeżeli chodzi o te gadki o Neronie... "Quo Vadis" ciągle jest w lekturze?

Dziwny jest ten Wokulski jako super znawca kobiet i "uwodziciel" (chociaż te jego uwodzicielskie techniki raczej się kwalifikują jako molestowanie seksualne). Wokulski z "Lalki" do czasu miłości do panny Izabeli kobiet raczej unikał, skupiał się na interesach, a ożenił się z rozsądku.

I bardzo zabawne, że kiedy zawrzały w nim hormony, mając od ręką pełen wybór domów publicznych, a w jednym nawet prostytutkę uderzająco podobną do obiektu pożądania (mało sympatyczne, ale w XIX wieku korzystanie z usług prostytutki przypominającej damę serca uważano czasami za dobry sposób radzenia sobie z nadmiarem ehem, uczuć)... zbiera się i jedzie do Zasławia, do żyjącej w odosobnieniu kobiety, która przecież wcale go nie zapraszała i nie musi go przymować, i udaje się z nią na piknik... Wytrwałe te hormony miał, nie ma co. Poza tym mowy nie ma, żeby samotna kobieta pozwoliła mu przenocować.

A panny Izabeli nikt by na kwestę wielkotygodniową nie zapraszał.
http://www.czasemancypantek.pl/w-spoleczenstwie/dobroczynosc/127-kwesta-wielkotygodniowa

Scena z Adeliną tak żałosna, że brak słów. I to nawet pomijając kompletną niezgodność z obyczajami epoki, w której i staranie się o rękę, i oświadczyny wyglądały zupełnie inaczej, a młodej pary nie zostawiano samej do dnia ślubu:
http://www.czasemancypantek.pl/w-salonie/etykieta/121-konkury
http://www.czasemancypantek.pl/w-salonie/etykieta/124-oswiadczyny
http://www.czasemancypantek.pl/w-salonie/etykieta/134-narzeczenstwo

Ale i tak najzabawniejsze są sceny ze zwiedzaniem zamku królewskiego i Pałacu na Wodzie. Oraz to, że Wokulski nie poznaje w "eleganckiej" parze służących. Z koncepcji, że służba, nawet gdyby dorwała się do odpowiednich strojów (mało prawdopodobne), mogłaby choćby z daleka zostać wzięta za "eleganckich państwa" uśmiałaby się cała XIX-wieczna Warszawa, chyba z Rzeckim włącznie.

Kazik pisze...

"Przy wejściu Boy [Żeleński?] kazał im założyć specjalne kapcie i zapraszającym gestem skierował ich po schodach."
Autentycznie mnie zatkało. Wiele już się działo w analizowanych tekstach, wiele już się przewinęło rzeczy głupich, groteskowych, obrzydliwych, niecelowo śmiesznych, ale po raz pierwszy przy czytaniu analizy przez dobre pół minuty zawiesiłam się na jednym zdaniu i wzroku nie mogłam od niego oderwać. Absurdalność tej sceny jest za-chwy-ca-ją-ca.

Arrrrrrrrrrgh! Jedno, że niemal wszyscy w tym opku to buce (co często nie jest w przypadku literatury zarzutem - patrz fantastyczna "Ziemia Obiecana", gdzie w burakach i cynicznych gadach można przebierać jak w katalogu Duluxa), ale jakie NUDNE to buce! Gdzie w ogóle zmierza ta akcja? Czy Fochulski (odmawiam nazywania tej podróby Wokulskim) ma jakiś cel, jakaś grubsza intryga się szykuje, czy będzie się tak bujał po cudzych domach, obrażał gospodarzy i żuł flegmę?

Nie mogę już słuchać, jak to Izabela musi dźwigać swój krzyż, niech ta kobieta go w końcu odłoży i sobie odsapnie. Musieli jej nieźle pojechać po psychice w tym zakonie, bo nie chce mi się wierzyć, by kanoniczna Izabela tak się zafiksowała na zranieniu Wokulskiego i biczowała się latami z tego powodu. Prędzej ją sobie wyobrażam z wypielęgnowaną urazą do niedoszłego męża, który głupią zazdrością o takie tam sobie flirtowanki z kuzynem przypieczętował jej bankructwo.

Analiza cudna, tekst cudny, wasze teksty cudne. Cieszę się, że będzie jeszcze jedna część. Przykłady polskiej architektury inspirowanej Japonią, Januszowe Gentelmenele, "zarómienić" przez "ó" bo "romans", obcałowywanie się na łóżku zaspanego urzędnika carskiego - to i jeszcze więcej zrobiło mi wieczór.

Z wyrazami szacunku
Kazik

Anonimowy pisze...

No,stara się dziecko i czyta,co trzeba docenić,ale epoki nie czuje.Epoka ot nie tylko fikuśne kiecki,ale i zachowania no,przyzwoitki choćby.Służący zwiedzający mnie dobili -po co to w ogóle było? A sceny erotyczne..no,tego, zasłonę trzeba spuścić...50 twarzy Wokulskiego.O,proszę,nie wiedziałam że Reymont pracował na kolei.
Jeszcze jedna część?! Wy ...nie jesteście dżentelmenami!Wy Nerony!




Chomik

Sha pisze...

Otarlam lze smiechu nad Fochulskim! Czy jako przyklad udzialu fana w tworzeniu analizy wejdzie to okreslenie do nastepnej czesci? Prosze!

Karo Luna pisze...

Wokulski jest... Fuj.

Nefariel pisze...

"Już intuicyjnie czuła, że ten szykowny ” dżentelmen’ był jej panem. Czyżby to…była miłość?"
I na tym fragmencie zakończyłam lekturę. Rzygam dalej niż widzę, nawet z komentarzami nie dam rady. :x

Anonimowy pisze...

Niech ktoś zabije Wokulskiego, proszę. Niech się zakrztusi tą flegmą albo co. Grrr

Aadrianka pisze...

Jeśli Daria jest tak luksusową kurtyzaną, że byle kto nawet spojrzeć na nią nie może, to jakim cudem sprowadza ją do nędznej izdebki ubogi dziennikarzyna?
Rozczuliłaby mnie wizja podniesienia matki Darii do godności małżonki, gdyby nie byłby to koncept słowo w słowo zerżnięty z Sienkiewicza. Zresztą "Bóg dał nam czworo dzieci, a teraz znowu" to też prawie co do słowa wypowiedź Ketlinga.

Anonimowy pisze...

No jak to co to bylo, ktos musial wystapic jako Ketling i Krzysia z 'Pana Wolodyjowskiego'...

Anonimowy pisze...

A pff, i to ma być ten Wokulski, który ciężką pracą i prostym, uczciwym podejściem do życia zaskarbił sobie tyle sympatii czytelników? Toż to zupełnie inna postać! Nie odnajduję w niej nic z bohatera "Lalki". Do pewnego momentu było to nawet zabawne, bo widzę próbę stworzenia lekkiego romansiku w klasycznym stylu, ale Wokulski jest tu kompletnie zniszczony, nie budzi zainteresowania, jego poczynania nie mają sensu większego ponad "bo mi się tak uwidziało". Przykro. I współczuję Adelinie, ona musi solidnie nie ogarniać rzeczywistości, by nawet nie zająknąć się matce, że przyszły mąż jest prostakiem i chamem, który prawdopodobnie będzie ją bił.
Dziękuję za analizę, bez niej nie dotarłabym tak daleko w czytaniu tego opka.

Anonimowy pisze...

Hm, coś gdzieś się pochowali wszyscy ci komentatorzy spod pierwszej części, którzy tak bardzo chwalili, że opko miłe i sympatyczne, nie nadaje się do analizy, a w ogóle to trzeba pochwalić ałtorkę za zainteresowanie lekturami i historią.

Mało nie zeszłam przy opisie zwiedzania obu "zabytków". Może nie jest to poziom "pałacu Kultury podczas okupacji", ale prawie. Te sceny chyba najlepiej pokazują, jak bardzo ałtorka interesuje się historią - nawet nie przeczytała hasła o Zamku Królewskim w Wikipedii, tylko od razu opisuje wspomnienia z własnej wycieczki szkolnej. Co też w ogóle mogło być w tej Wikipedii do czytania, przecież to logiczne, że w Zamku od śmierci króla mogło być tylko muzeum z portierem każącym zakładać kapcie :D

"Była w KRAINIE BAŚNI.
Nie, Madziu, właśnie jesteś w koszarach kozackich."

ROTFL

"A dyć pseskoc te muzełalne snury, na słupkach rozpiente, a siednij sie."

ROTFL x 2, cała ta wycieczka Żorżyka i Magdy to arcydzieło (Wasze, nie ałtorki). A pseudo Żorżyk też bardzo na miejscu, bo ten bubek - który napierw woła "ożenię się z panienką", potem postanawia znaleźć sobie inną tylko dlatego, że dziewczyna się spóźniła, potem rezygnuje, bo laska jednak ładnie wygląda, a potem natychmiast uznaje się za jej pana i władcę i wydaje jej rozkazy - jest tylko trochę mniej odrażający od kumpla Alexa. O Fochulskim (dobre!) z angielską flegmą na twarzy już w ogóle nie wspomnę, bo to taka menda, że brzydziłabym się na niego nawet napluć.

Anonimowy pisze...

Na Wasze seksy zawsze!

Chomik

Anonimowy pisze...

Trzymamy za słowo! (skacze, wymachuje pomponami i skanduje: CHCE-MY SE-KSÓW!CHCE-MY SE-KSÓW!)

Anonimowy pisze...

Seksy na Halloween. Brzmi obiecująco. :D

Hasz

Ela TBG pisze...

Ale do Wokulskiego wrócicie? Opko takie kwikaśne...