czwartek, 18 września 2014

270. Tam i z powrotem z Wołynia pod Kraków, czyli Krzyżak jaskiniowy podwędzany (Burzliwe lata, cz. 3)


Dziś, zamiast zwyczajowego wprowadzenia analizatorów będzie tekst odautorski.

Z wpisu aŁtora na fb: Z cyklu moje życie
Życie I pisanie
Gdy piszę, dotykam zmysłem przestworzy, Jak ptak unoszący na skrzydłach, sięgam po słowa, Lecą do mnie, a myśl je tworzy, Życia na pisaniu, już przeszła połowa. Jak ptak, szybujący ponad kresem mórz, Gonię za słowem, chciałbym piękna dodać światu, Zawsze coś szepce do mnie, poeto twórz, Porównuj swoje słowa do rajskiego kwiatu. Jak ptak, szukam słów na niebie zszarzałym, Gdy słońce zajdzie za pierzaste chmury, Sięgam wzrokiem, zmysłem niebywałym, By wreszcie dostrzec, wiersza kontury. Jak ptak, by przeżyć żeru wypatruje, Tak ja, lecę, gonię za słowami, I choć słowo pod piórem jęczy, popłakuje, Ja ciągle piszę, by zostało z Wami. Taka już moja dola, człowieka. Ciągle coś piszę, potrzeba mnie goni, wiem, że na to słowo, ktoś na świecie czeka, może Ty, może on, a może i Oni?
Kiedy się zaś czyta, co aŁtor natworzył, jęczą nie tylko słowa, ale czytelnicy, a widząc, jak do realiów się twórca przyłożył, czytelnik już nie jęczy, lecz po prostu kwicy.
Srogie piguły milordzie, zaiste.
        

Analizują: Babatunde Wolaka, Jasza i Kura.
(drużyna nam się zmniejsza, to opko jest naprawdę wykańczające)

ROZDZIAŁ III  
Z nastaniem wiosny nadeszła wieść nowa. Wieść o śmierci komtura na zamku w Malborku.
CHYBA WIELKIEGO MISTRZA, KOŁKU.
(Tak tylko dla porządku zaznaczę, że według opkowej chronologii mamy teraz rok 1406, a Wielki Mistrz Konrad von Jungingen zmarł w 1407).
Eeetam, może jakiś komtur (człuchowski, na ten przykład) przyjechał do Marienburga na wezwanie wielkiego mistrza i tam mu się zmarło.

Stary on był i wielu rzeczy nie wiedział, o wyczynach podległych jemu Kżyżaków.
W dodatku “Kżyżaków” uważał za swołocz, która złą opinię robiła Krzyżakom.

Ale najgorsza wieść przyszła trochę później. Wieść, że rządy przejął w swe ręce Zygfryd.
Ulrich von Jungingen też powiedział, że cznia to wszystko???
Wcale mu się nie dziwię.
No właściwie… skoro miał zginąć pod Grunwaldem, to może lepiej było wypchnąć jakiegoś Zygfryda?

Zapowiadało to pogorszenie stosunków, z Polakami i królestwem Wielkiej Brytanii.
Bo do tej pory były takie dobre, że ha! (znaczy, w rzeczywistości chwilowo były niezłe, ale przecież w świecie tego opka trwa ciągła wojna)

Wiadomość tą [tĘ!] podał im człowiek, który zmierzał do króla, by mu to obwieścić.
Im, czyli tej bandzie, która od roku tłucze się po dukcie, bo niby chce do Malborka dojechać?
A bór wi komu. Bandzie Kalesantego, która w międzyczasie wróciła na Wołyń? Cholera wie...

Wkrótce i król dowiedział się o tym. Zasępił się, myśląc o Zygfrydzie. Zdobycie władzy przez tego zbira nie wróżyło nic dobrego.

[Tymczasem na Wołyniu, w grodzie Kalesantego, o względy Dobrawy rywalizują Miłosza i syn Kalesantego, Junosza. Dziewczyna jednak stanowczo wybiera Miłoszę. Ciach]

Mijały dni. Przyszły te coraz cieplejsze i razu jednego przybył do grodu posłaniec od Zbysława. Spotkał się z imć panem Kalesantym i przekazał wieści, że duży oddział ruszył z Malborka. - Kierują się w głąb kraju. Powiedział. - Jeden z kurierów jadących do króla [od Krzyżaków?] z ową wieścią zajechał do Zbysława, gdzie konia zmienił i tę wiadomość mu przekazał.
Uprzejmie doniósł, że ma tajną misję do wykonania.
Co należy zrobić kurierowi, który wszędzie po drodze chlapie ozorem?

A Zbysław mnie natychmiast wysłał. - Odpocznij tedy, najedz się i wracaj do Zbysława.
Macie tam pod ręką kolejną patelnię, żeby aŁtora pogonić do mapy? Żeby nauczył się palcem pokazywać gdzie Marienburg, gdzie Kraków i Wołyń, a gdzie może być Zbysław?
Tu już patelnia nie pomoże, zaczynam rozglądać się za rondlem.

Dobrze, że mnie ostrzegliście. Kalesanty zamyślił się. - Gdzie oni mogą jechać, dokąd? Jaką mają misję do spełnienia? Czyżby do króla, z jakimś żądaniem jechali. To były tylko domysły. Postanowił to sprawdzić.
No przeca tak nie może być, że król będzie sobie samodzielnie jakąś politykę zagraniczną uprawiał bez przyzwolenia imć pana Kalesantego! Trzeba go natychmiast skontrolować!

Kazał przywołać Zembrzuskiego, a gdy ten się pojawił, zaczęła się rozmowa. Imć pan Kalesanty powiedział mu, co usłyszał od posłańca i poprosił o zdanie Zembrzuskiego. - Moim zdaniem nie możemy siedzieć spokojnie.
Odparł Zembrzuski.
Gdyż Wołyń tak bardzo leży na trakcie Malbork - Kraków, że tylko brać szable w dłoń, łuki  w juki, a łupy wziąć w troki!

- Musimy ruszyć, mości panie. Bo może Zygfryd wysłał zbrojnych, by się zemścić. Może do Zbysława jadą, a może do Dokutowicza, a może i do nas. Trzeba wyjechać im naprzeciw i strzec ich bacznie, by nie dać się zaskoczyć.
To mniej więcej jak taktyka bramkarza, który wybiega w przód, by przejąć piłkę, a bramkę zostawia pustą.
Tylko że w tym przypadku piłka jest amorficzna, a bramki są trzy. Obawy Zembrzuskiego składają się z samych “może” i żadnych konkretów. A może Krzyżacy jechali urządzić sobie małą krucjatkę na Krymie?

[Kalesanty i Zembrzuski wyruszają wraz ze zbrojnymi]

Nagle zobaczyli ludzi jakowy[ch]ś, jadących z przeciwnej strony. Byli to ludzie nieznani imć panu Kalesantemu.
Bo Kalesanty znał osobiście wszystkich swoich poddanych i zawsze wiedział, w której chałupie jest panna na wydaniu, a gdzie się dziecko urodziło albo starzy dziadkowie pomarli.
I to jak Wołyń długi i szeroki.

Zatrzymał ich i zagadał. - Dokąd zmierzacie? - Jedziemy panie na południe, podobnież Krzyżacy z północy zmierzają w głąb kraju.
Wiem! Idą na południe, bo chcą dotrzeć do wybrzeży Morza Czarnego, a potem przez Krym, Gruzję, Armenię i Syrię - sru! - do Ziemi Świętej, od tej strony, od której nikt się ich nie spodziewa! Co za chitry plan!

Kalesanty spojrzał jeszcze raz na nich. Widział, że niektórzy z nich są silni, więc zapytał. - A dlaczego przed nimi uchodzicie?
Kalesanty rżnie głupa.

Przed zimą panie, a na początku jej jeszcze, mieszkaliśmy w lesie. Osadę tam mieliśmy.
Osada w lesie, tak? Kalesanty powinien w tejże chwili kazać ich powiesić. Dla własnego bezpieczeństwa.

Zawitali do nas Krzyżacy i wymordowali prawie wszystkich, a osadę ogniem zrównali z ziemią.
No właśnie. Pokazali jak traktować opryszków grasujących po lasach.
Nam tylko udało się przeżyć, gdyż na polowaniu byliśmy, dalej od domu.
Rzezimieszki na polowaniu, jasssne. Kłusowali w pańskim lesie. Już za samo to bandyci powinni wisieć.

Później pobudowaliśmy szałasy i zimę w nich przemieszkaliśmy. Ale teraz doszły nas wieści, że Krzyżacy jadą, to i my panie ruszyliśmy, z obawy o życie.
Przypominam, że znajdujemy się na Wołyniu. Wkleić mapę jeszcze raz?
mapa.jpg

– Rozumiem. - Odezwał się imć pan Kalesanty. Nie chcielibyście odwdzięczyć się Krzyżakom za waszych, którzy poginęli? Spojrzeli z niedowierzaniem.
“Pogięło Was, panie?”.

- Z łuków nieźle strzelacie, prawda? - A prawda, panie. - No to przyłączcie się do nas i w drogę. Po chwili tamci do oddziału przystali.
Co to za banda, ci leśni opryszkowie, którzy znają się na łucznictwie i garną do bitki?
Przypuszczam, że Robin Hood i jego wesoła kompania.
Wołyńscy Tatarzy leśni.

Nie było takich upałów, więc jazda nie była tak męcząca, to też drogę pokonywali dość prędko. Wiedzieli, że Krzyżacy powinni jechać koło grodu Zbysława, jeżeli do króla polskiego zmierzali. I tam właśnie, imć pan Kalesanty zamierzał dotrzeć. - Jeśli zorientujemy się, że Krzyżacy do króla jadą, tedy przepuścimy ich. Jednak, gdyby na rozkaz Zygfryda zamierzali napaść na gród jakowyś, z zemsty za rok poprzedni, gdy uchodzili w popłochu, musimy wtedy stawić im czoła.
Bo nikogo innego król nie ma do obrony, jeno nas.
A politykę międzynarodową i strategię wojskową kształtują fochy koniuchów (knechtów).

W drodze, gdy przejeżdżali przez las, podziwiał imć pan Kalesanty piękne drzewa, które tego roku naprawdę cudnie wyglądały. Dęby i buki stały przy drogach, które mijali.
Drogi mijali bokiem, żeby Krzyżacy nie zasadzili się na ich oddział?
Cóż za szczwany plan.

A świerki i sosny też im pięknością dorównywały.
Oooo, opis przyrody!

Nagle z myśli tych wyrwał go tętent konia. Skoczyli z Zembrzuskim, nadsłuchując. Po chwili zobaczyli jeźdźca, który ich chorągiew zobaczywszy, zatrzymał się przy nich. - Dobrze, że waści spotykam. Jadę od Zbysława. Krzyżacy na gród nie tak odległy od naszego napadli. Wszystko z dymem puścili. Nie znam szczegółów, miałem jeno to waści przekazać, abyście, co rychlej dążyli do grodu. Krzyżacy na razie ku nam nie idą, bo grabią gród, na który napadli.
A Zbysław to już naprawdę nie miał nikogo bliżej, by zwrócić się o pomoc, tylko Kalesantego z Wołynia? Toż zanim posłaniec tam dojedzie, będzie dawno po ptokach!
Z mapy wynika, że tak szacunkowo dzieli ich jakieś 500 kilometrów. I kraj spustoszony jak po eboli, skoro Zbysław ratunku musi szukać na Wołyniu, zamiast wśród najbliższych sąsiadów.
Może wszystkich ma poobrażanych.

- A co to za gród? Spytał Zembrzuski. - Michałów panie. Gród, co prawda mały, ale ludzie w nim zacni.
Bo gdyby to szelmy były, to by ich nie żal było.

- W drogę! Rozkazał imć pan Kalesanty. Wszyscy po chwili na koniach siedzieli. W dwa dni i noce, w wielkim pośpiechu dojeżdżali do grodu Zbysława.
Czyli robili ponad 200 km dziennie. Konno. Już to widzę.
Czy ktoś pamięta z pierwszej części analizy, że Kalesanty to dziadyga, który musi jeździć karetą? Nie wspomnę że wojsko, pokonujące 200 kilometrów w tydzień budziło strach i grozę swoją szybkością.
Ani chybi dawniej kilometry były mniejsze.

Po kij od mietły w ogóle był aŁtorowi ten Wołyń?! Kalesanty jest herbu Działosza, jakieś 50 km od Trzyciąża leży miejscowość Działoszyce, nie można było go tam osadzić?!
Ale Wołyń brzmi staropolsko.
I tak patriotycznie.

Ku nim wyjechali rycerze od Zbysława i wszyscy znaleźli się za palisadami w grodzie. - Teraz waść musimy pomyśleć, co dalej robić. Odezwał się imć pan Kalesanty do Zbysława.
Usiedli w kółeczku aby pomyśleć i już:
Uradzili, aby kilku ludzi pojechało śledzić Krzyżaków, czy aby do Dokutowicza nie jadą.
Tak, kurde, bo Krzyżacy nie mają żadnych ważniejszych wrogów w Polsce, tylko Kalesanty, Zbysław i Dokutowicz.
Będą ich śledzić i śledzić, zamiast od razu skoczyć do Dokutowicza i ostrzec go zawczasu.

[Kalesanty spotyka zbiegów ocalałych ze spalonego przez Krzyżaków Michałowa; napastnicy porwali też pana na grodzie, imieniem… jak? Oczywiście, Michał.]

Kiedy imć Kalesanty dowiedział się o tym, że Krzyżacy uszli w lasy, rzekł. - Chyba chcą przeczekać, aby to nie im przypisano ten gwałt. Nie wiedzieli, że niektórym udało się uratować, gdyż zbiegli w porę do lasu. To chytry plan, wymyślony przez Zygfryda.
Zaiste, chytreńki był Zygfryd bardzo, pozwalając umknąć napadniętym.
Mamy sytuację patową - w lesie siedzą zarówno Krzyżacy, jak i pogorzelcy. Za chwilę w las wjedzie Kalesanty z Zembrzuskim i z oddziałem. Już się cieszę!
A potem przyjdzie leśniczy i pogoni wszystkich w czortu.

Tylko, dlaczego polecił spalić właśnie ten gród? Tego Kalesanty, ni Zembrzuski nie mogli zrozumieć. - Trzeba by wysłać jednego, co by nie wzbudzając podejrzeń zakradł się do nich, jeśli ich znajdzie.
A jak nie znajdzie, to niech chociaż grzybów nazbiera, zawszeć to jakiś pożytek.

Musimy wiedzieć gdzie oni są, gdzie chcą przeczekać. - Na pewno od grodu odjechali daleko. Powiedział Zembrzuski, jak gdyby głośno myśląc. - Tak. Więc, zaraz jeden z rycerzy ruszy do spalonego grodu, ominie go lasem i pojedzie na północ, szukając śladów.
I nie dziwimy się, że WTEM:
Wyjechał i po dniu jazdy znalazł ślad kopyt końskich.
A na podkowach wybite było ZYG-FRYD, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto tamtędy przejeżdżał.

- Muszą być tu blisko. Pomyślał. Pojechał znów w stronę krzyżówki. Tymczasem Krzyżacy, naprawdę byli niedaleko. Cały czas jadąc lasem dojechał do gęstwiny. Zaraz za nią byli Krzyżacy, zalegli tu obozem, warty wystawiając. Dowodził nimi Elwin, bliski przyjaciel Zygfryda.
Angielczyk jakowyś, ani chybi!
A zwiadowca wiedział o tym, bo? Czy Elwin na trakcie rozsypywał swoje wizytówki z nadrukiem “Elwin, ziomal Zygfryda”?
Zygfryd oznaczył go w albumie na fejsie.

Zalecił ciszę i tak zamierzał kilka dni przeczekać.
Rozkaz był jednoznaczny - Cisza w eterze! Zakneblowali konie, żeby nie rżały, sami w krzaczorach legli nieruchomo.  

Jedzenia mieli dość, gdyż wszystko to, co się wydarzyło było zaplanowane.
Ej, Baba, miałeś rację, że komtur wręczył im grubą księgę z instrukcjami na każdą okazję...

Zygfryd już dawno miał w planie spalić Michałów. A sposobności do tej pory nie miał. Teraz przyszła pora i zlecił jej wykonanie Elwinowi. Leżeli i czekali na dalszy rozwój sytuacji. Tymczasem Polak zbliżył się do nich.
Ciekawe, czy on zasłuży sobie jednak na własne imię, czy tak do końca występować będzie jako “Polak”...
Zembrzuski też jest bezimienny i daje sobie radę.
Ale nazwisko ma.

Z daleka widział gęstwinę, wiec postanowił. - Jeśli się uda obejdę ją. Ale teraz zsiadł z konia i ukrył się.
Jeśli z daleka widział gęstwinę, to znaczy że stał w szczerym polu.
W takim razie widocznie ukrył się za koniem.

Był jednym z najlepszych zwiadowców u Zembrzuskiego i najbardziej doświadczonym.
Aaaa, już wiem, jak każdy porządny agent nie miał imienia, tylko dwa zera i cyferkę.
Ten to miał 004 - Licencję na zakradanie.

[Krzyżacy jak na złość siedzą w milczeniu, ale w końcu zwiadowcy udaje się podsłuchać ich plany i wraca do swoich, wraz z dwoma zdobycznymi końmi po knechtach, których zabił. Plany Krzyżaków są takie, że zamierzają kilka dni przeczekać w lesie, a potem wracać do Malborka. Kalesanty postanawia ich zaatakować.]
Wybrali się harcerze na biwak.

Zbliżali się do miejsca obozowania Krzyżaków. - Musimy objechać zarośla, które są przed nami. Zatem bardzo ostrożnie i w pełnej ciszy objeżdżali.
Ciekawe, w jakiej odległości. To znaczy - na jakim dystansie Krzyżak ślepnie, głuchnie i do niczego się nie nadaje?

- Tu zostaniemy, by rano podejść do nich. Dalsza jazda jest niebezpieczna. Zsiedli w ciszy z koni i czekali. Przyszła noc i niebo gwiaździste widzieli, a prawo moralne mieli w sobie, a i to, że przeciwnik blisko. Czekali na moment dogodny, który da im przewagę.
Wreszcie nad ranem, gdy świt ledwie wstał ruszyli, bez koni.
Ale zbroje na sobie mając.

Szli ostrożnie. A plan był taki. Dotrzeć do koni krzyżackich i rozpędzić je. To miało zrobić kilku chłopów z grodu Michała. Dopiero teraz, ludzie pilnujący koni Polaków, mieli je podprowadzić. Był to Maćków, Miłosza, Dobrawa i Dobrosław, oraz jeszcze szesnastu ludzi ze spalonego grodu. Taki był plan. Szli powoli i z rozwagą.
Genialny plan! Zresztą jak każdy.

Zwiadowca z daleka wskazał miejsce, gdzie konie stały. Poszedł z nimi w stronę koni, a reszta pod wodzą Zembrzuskiego chwilę czekała. Gdy usłyszeli krótką walkę przy koniach i rżenie wystraszonych koni, ruszyli.
A o synonimach to aŁtor słyszał…?

Zaskoczeni Krzyżacy skoczyli na nogi, ale Polacy już mieli przewagę i z wielkim impetem natarli, bijąc Krzyżaków.
Po mordach! Po tych strasznych krzyżackich mordach!

Świt wstał dopiero, ale doskonale było widać wszystko w około. Padali jeden po drugim, gdyż w popłochu i panice nie stanowili takiej siły.
Oczywiście - padali Krzyżacy. Żaden z nich nawet kolczatki nie założył.
Padłeś - powstań! Powerade.

Dopiero po jakimś czasie, gdy padały komendy, [Krzyżacy padali i komendy padały; na koniec Janek Wiśniewski padł] zbili się wokół siebie i zaczęli bronić zajadle. Wtedy ruszył Maćków, z Miłoszą, a i pozostali, za nimi wjechali na Krzyżaków, z koni ich atakując.
Za broń mając swawolne przecinki.

Nie mając szans, zakonni i ich dowódca Elwin, zrozumiał, że uciekać nie mają, na czym, rzekł do jednego ze swoich.
- Może uciekniemy na przecinkach? Jest ich tu mrowie!

- Wykończ tego z grodu, a my tu jeszcze opór stawimy.
Tak se stawimy opór, nie będziemy się przemęczać.

Knecht ruszył w kierunku, gdzie Michał był związany. Maćków zobaczył oddalającego się Krzyżaka i ruszył koniem w jego kierunku, objeżdżając pozostałych. I w samą porę znalazł się z tyłu za Krzyżakami, gdyż zakonnik już podniósł rękę ze sztyletem, aby zadać cios. Maćków strzałę wypuścił, która o chwilę wcześniej, gdy Krzyżak uderzył, doszła celu.
A Pisak myśl ze swej głowy wypuścił, która przez chwilę brzęczała niemrawo w powietrzu, a potem padła i zdechła, celu nie dochodząc.

Sztylet wbił się w ziemię, obok Michała. Obejrzał się Maćków. Nikogo przy nim nie było. Zsiadł z konia i przeciął więzy Michałowi, po czym razem konia dosiedli [jednego, jak templariusze] i ruszyli w kierunku walczących.

Michał, gdy znalazł się na ziemi, bo z konia zeskoczył, podniósł miecz i tarczę.
Bo tak akurat na ziemi leżały.

Wpadł w środek walczących. W prawo i lewo zadawał ciosy. Maćków również, przyłączył się do walki. Zdzielił mieczem, który w jego ręku zawitał, [ryknął “accio gladius!”] pierwszego Krzyżaka od góry.

Ten nawet nie zdążył zastawić się tarczą. I już z drugim walczył, objeżdżając go koniem.
Jeździł wkoło niego i jeździł, coraz szybciej, aż temu zakręciło się w głowie od obracania się w kółko i runął na ziemię.

Elwin odskoczył, widząc, że tylko kilku jego ludzi zostało. Strach zajrzał mu w oczy. Korzystając z chwili, gdy nie był atakowany, rzucił miecz i ręce do góry uniósł. Zobaczywszy to Zembrzuski, krzyknął. - Wstrzymać walkę! Zaraz zrobiło się cicho.
Wcześniej też zbyt głośno nie było, skoro usłyszano rozkaz Zembrzuskiego. I oczywiście  - Krzyżacy też usłyszeli, zrozumieli i wykonali to polecenie…

Kilku Krzyżaków, którzy zostali przy życiu również miecze rzuciło i tak ta walka została zakończona zwycięstwem Polaków. Chwilę stali, nim ochłonął Zembrzuski, bo i jemu w tej walce tchu brakowało. Gdy uspokoił oddech, krzyknął. - Odrzućcie oręż!
Z refleksem u niego nietęgo, przecież już rzucili.

Postanowili nakłonić Krzyżaków do przyznania się, że to oni spalili gród i wysłać z nimi ludzi do Krakowa.
Nakłonić, hm… Rozumiem, że już szykują rozpalone żelaza i inne narzędzia perswazji?

Gdy ludzie uprzątnęli pobojowisko, wezwali Elwina. Przyprowadził go Dobrosław. Miał ręce związane. Nawet płaszcza na sobie nie miał, a i zbroi.
Ok, rozumiem, że Dobrosław - pachołek od koni - nie ma płaszcza ani zbroi, ale dlaczego go związali?
Żeby nie dłubał w nosie.

- Jak musiał się tęgo bronić, że nie poległ. Pomyślał Zembrzuski. – Siadaj. Powiedział, a zwiadowca tłumaczył. - Niektórzy z twoich po polsku mówią, a dlaczego ty nie? - Niektórzy z waszych też po naszemu mówią, a dlaczego nie ty, panie? To tak, jak ja. Odpowiedział wymijająco. – Cwany. Pomyślał Zembrzuski.
Nie masz cwaniaka nad Krzyżaka!
Zwróćcie uwagę: “po naszemu”. Autor chyba nigdzie nie stwierdza otwarcie, że Krzyżacy mówią po niemiecku. No więc używają oni języka staropruskiego, czy może raczej “język krzyżacki” to coś na kształt “języka Niemieckiej Republiki Demokratycznej”?

Ale po chwili znów strach ujrzał w oczach Krzyżaka. - Dlaczego gród spaliłeś? Z czyjego polecenia. Krzyżak odpowiedział. - Nie ja go spaliłem. Nie wiem, o czym mówisz, panie. Wtedy dostrzegł Michała siedzącego obok.
- Nie ty go spaliłeś? Zwiadowca przetłumaczył. - To, co robił u ciebie ten człowiek. - Nie znam go i on u nas nie mógł być. Pierwszy raz go na oczy widzę.
...A gdy cię złapią za rękę, mów, że to nie twoja ręka. (Młode wilki)

Jechaliśmy do Krakowa, z posłaniem do króla, a wy nas na śnie [nie każdy błąd gramatyczny jest archaizacją, nie każdy...] napadliście.
Powiemy o tym królowi.
- Już jesteście u pani!

Zembrzuski spojrzał na niego i krew trysnęła mu do głowy.
Bardzo ładny opis udaru mózgu.
- Nie znasz tego człowieka! Krzyczał, wskazując na Michała. – Nie. Odpowiedział Elwin. - Kłamiesz i za to zawiśniesz na gałęzi. Po chwili już Maćków powróz szykował. Robił to bardzo powoli, gdyż wiedział, że to dla wystraszenia Krzyżaka.
Mrożące krew w żyłach slow motion! Niemniej nadal uważam, że rozpalone żelazo byłoby skuteczniejsze, a w dodatku bardziej w klimacie epoki.
Powieszenie było jednak hańbiącym i niehonorowym rodzajem śmierci.

Zembrzuski nigdy, jak tylko razem z nim walczył nie zrobił czegoś takiego. Więc i teraz z pewnością też nie.
To tylko taka broń psychologiczna. Gdyż jak wszyscy wiemy, nasi nigdy i nikogo nie skrzywdzili.

Choć po raz pierwszy nie wiedział i nie był pewny, czy Zembrzuski tak zdenerwowany nie mówi tego naprawdę. Elwin widząc pętlę na drzewie załamał się, a widać to było. Po chwili, rzekł. - Jak powiem prawdę, puścicie mnie wolno, oddając konia?
Damy wolność, konia… Damy ci też suchy prowiant na drogę, wszystko co chcesz.  

- Nie mogę ci tego obiecać, ale będziesz żył nadal. Życie twoje, teraz w twoich rękach. Krzyżak głowę zwiesił, jakby mając mało czasu, myślał. Ale Zembrzuski, odezwał się. - Mów, albo lina czeka. Maćków ruszył do Krzyżaka. Ten zrozumiał, że to koniec, więc rzekł. - Rozkaz wykonywałem i nie mogę być za to ukarany.
Pewne wykręty są uniwersalne.

- A czyj to rozkaz? Spytał Zembrzuski. - Komtura z Malborka. Nie wiem dlaczego, ale to on kazał gród spalić. - Dowiemy się, dlaczego? Od Michała, może on będzie wiedział.
Znudziło się Michałowi mieszkanie na zadupiu to wymyślił sobie, że gdyby tak gród spalić, a mieszkańców wszystkich wyrżnąć, to mógłby żyć jak chce. Krzyżacy do tego nadają się jak znalazł.

A, czy też z rozkazu wybiłeś ludzi bezbronnych, kobiety i dzieci?
Nie, to już z własnej inicjatywy! Dostanę premię?

Krzyżak zwiesił głowę. Zembrzuski przyjrzał mu się dokładnie. Był to człowiek zapewne z wysokiego rodu, gdyż rysy na twarzy na to wskazywały.
Bo w wysokich rodach nie było brzydali, a wszyscy mieli wysokie, szlachetnie sklepione czółka, zupełnie niespotykane u plebejuszy.

Nie miał więcej niż trzydzieści lat, a na palcu pierścień widniał, z herbem w kamieniu. - Szkoda, że musisz tak młodo umierać, bo prawdy nie powiedziałeś.
E tam, młodo. W tamtych czasach trzydziestka to już był poważny wiek średni, a jak kogoś wcześnie ożenili, to i wnuków mógł już doczekać.

[Michał] W gniewie chciał zwołać ludzi okolicznych i tak jadąc, a zabierać ludzi po drodze, dotrzeć do Malborka, by się rozprawić z Zygfrydem. Ale na szczęście prędko ochłonął i porzucił pomysł niedorzeczny.
Nooo, Jagiełło raczej by go nie pobłogosławił za wszczynanie prywatnej wojenki. Choć z drugiej strony, ta dupa wołowa przedstawiona w opku może i nawet by się nie zorientowała...
Z drugiej strony… gdyby pod murami Marienburga stanęła zbierana po drodze hołota, to Krzyżacy wyzdychaliby ze śmiechu.  

- Zatem do króla, zgodził się. Gdy go jeszcze raz Kalesanty przekonywał. Kalesanty liczył się ze słowem Michała, gdyż był on ze starego szlacheckiego rodu.
Korzenie tego rodu sięgały pewnie końca XIV wieku.

Ojciec jego w większym grodzie panował, a ten wybudował, gdy Michał rodzinę założył, syna się spodziewając.
Dziś można dać kasę synowi na nowy domek, niech się pobuduje za obórką, ale nie mam siły tłumaczyć, że w Średniowieczu to tak nie działało.

Pomyśleli, niech Krzyżacy na własne oczy zobaczą, co zrobili. Wiedział, że w walce to inaczej wygląda, a inaczej, gdy patrzy się spokojnie, po czasie.
No i patrz! Patrz, coś narobił! I co, wstyd ci teraz?

Polacy, jak postanowili, jechali na dwór do króla, przedtem puściwszy dwóch przed siebie, aby jechali bez przerwy, by króla wcześniej powiadomić. Mieli zmieniać konie, gdy zajdzie potrzeba, w kasztelach polskich po drodze [tylko w polskich!], aby jak najszybciej król wiedział, że oni z Krzyżakami pojmanymi, na dwór zmierzają.

Reszta nie spieszyła się zbytnio, konie oszczędzając.
Gwiżdżąc sobie przy tym luzacką melodyjkę:

Jechali przez kraj piękny, podziwiali pola obrosłe zielenią przepiękną, jak i drzewa przecudne, stare, mające rozłożyste konary. Od wielu, wielu lat, patrzące na tę ziemię. A niektóre z drzew takie, że kilku rycerzy by ich nie objęło. Takie potężne.
Mhmmm. W piętnastym wieku bory, lasy i drzewa potężne robiły kolosalne wrażenie na podróżnych.
Chyba rzeczywiście gdzieś tam się musiały załapać baobaby.

Gdy tak jechali zamyśleni, zobaczyli stado przelatujących kaczek. Jeszcze była ta chmara dość daleko, ale zbliżały się w ich stronę. - Na jeziora dążą. Odezwał się Zbysław. Tam, gdzie najwięcej grodów krzyżackich stoi.
Gdzie oni, do murwy przędzy, są?! Na Mazurach?!
Przypuszczam, że raczej na haju.

[Drużyna jedzie dalej; w nocy Elwin próbuje uciec, ale mu się nie udaje, potem próbuje również przekupić drogim pierścieniem pilnującego go Dobrosława. Następnie oddział natyka się na osadę w lasach (tu mamy wskazówkę geograficzną: osada leży gdzieś nad rzeką Nidzicą)]
To znaczy, że nadal kręcą się w kółko po Małopolsce.

Drużyna spotyka kupców z wozem.

Trzeba sprawdzić wóz. - Przeszukajcie, jeno dokładnie, a dobrze patrzcie, czy oręża nie wiozą. Jeśli inne towary, niech jadą wolno.
Kupcy uderzyli w lament, gdyż akurat byli to płatnerze, miecznicy i wytwórcy kusz ;)
Co za pech! Pierwsze wozy kupieckie na szlaku od dwóch lat!

Staniemy u króla, to królowi powiemy, jaką krzywdę doznałeś od Krzyżaków. Rzekł Zbysław. - A i od nas bezpośrednio dowie się król o śmierci Mścisława.
Tymczasem aŁtora dopadła skleroza opkowa, bo przecież już rok wcześniej, bezpośrednio po tamtej potyczce, “Zembrzuski wysłał jednego ze swoich, by powrócił do Krakowa i przekazał wiadomość o śmierci Mścisława i jego rycerzy.”
Widocznie posłaniec zabłądził. Albo wjechał w bagno.

Zboczyli nieco i wjechali na inny trakt. - Dłuższa to droga. Powiedział imć Kalesanty do Zembrzuskiego. - Ale do grodu na termin nie jedziemy przecież. A i nasz jeździec, już pewnie się do króla zbliża, a kto wie, może król powiadomiony.
Więc tym bardziej nie ma się co spieszyć, ojtam król, król poczeka.

Kalesanty przejeżdża przez osadę, chłopstwo ma maślane oczy z zachwytu i skokowego wzrostu patriotyzmu.
- Co waści sprowadza w te strony? Rzekł siwy starzec. Stał on na czele osady. - Do Krakowa dążymy, na zamek. Odparł Kalesanty.
- Widzę, że macie panie i wrogów ze sobą. - Ano mamy. Do króla z nimi jedziemy. - Dobrze, że związani, bo gdy ręce tylko wolne mają, mordują, palą i inne gwałty czynią.
Uważajcie, bo te inne, to i ze związanymi rękami dadzą radę.

Zembrzuski popatrzył na ludzi, którzy kosze z wikliny pletli. - Poręczne kosze robicie. Odrzekł. - Ano robimy. Rzekę Nidzicę mamy nie daleko, a i przy niej wiklina rośnie. Tedy się jej używa do pracy. Później jeździmy z koszami od grodu do grodu i wymieniamy na inne towary, które nam są potrzebne.
Bo gospodarki towarowo-pieniężnej jeszcze wówczas nie znano i bór wie po co Jagiełło wprowadzał swoje reformy monetarne.

W rzece ryby łapiemy, bo rzeka rybna panie. Powiedział starzec. Wtem do rozmowy wtrącił się imć pan Kalesanty. - A czy to wasi ludzie, na jesieni mój gród odwiedzili? Pamiętam, że jakowyś ludzie też u nas byli z koszami. Moi bardzo te kosze chwalili, że mocne i poręczne.
Taaaak, oczywiście, w poszukiwaniu nowych rynków zbytu wyplatacze koszy z Małopolski zawędrowali aż na Wołyń.

Jeden z kmieci, imieniem Cytko, kręci się wciąż przy zbrojnych, zagaduje a to Miłoszę, a to Dobrawę… Okazuje się, że ma ochotę dołączyć się do drużyny.
I PszęPaństwa, oto jak wygląda pobór do rycerstwa polskiego:

Wtedy to doszedł do niego ten starszy z osady, wraz z Zembrzuskim, a zaraz potem, Cytko. Skłonił się przed imć Kalesantym i zaczął w te słowa. - Panie, weźcie mnie ze sobą do Krakowa. Moich najbliższych Krzyżacy usiekli, gdy osadę palili. Jam z innymi zdążył uciec. Teraz nic mnie tu nie trzyma, a zrozumiałem, że aby swoich pomścić muszę pilnie uczyć się władać orężem.
Bo kiedy nauczyłem się już władać szydełkiem i czółenkiem do frywolitek, stwierdziłem, ze chyba jednak nie o to chodzi.

Trzy roki temu, dwóch z naszych też zabrali przejeżdżający tędy rycerze. Ja wtedy słaby byłem, bo młodszy, panie. Ale dziś sami widzicie. Może mości król mnie zrozumie, ale przedtem waści o zrozumienie proszę. - Aleś gaduła. Odezwał się Kalesanty. - Ale przekonująco mówisz. Konia masz? - Nie mam panie. Ale jeździć konno umiem. Rzekł Cytko.
Trenowałem na wołach do orki, a potem taką wiklinową makietę sobie wyplotłem, o!

- To konia dostaniesz od tego imć pana.
Kalesanty ma gest, nie da się ukryć!
Rycerz o dochodzie rocznym 100 grzywien przyjeżdżał zwykle na koniu wartym 10 grzywien. http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%84_w_%C5%9Bredniowieczu
1 grzywna to ok. 200 gram srebra. Z tego wynika, że koń był wart tyle, co dwa kilogramy kruszcu, a rząd koński też swoje kosztował.
Och, może dał mu jakąś juczną chabetę. Albo zdobycznego konia po ubitym Krzyżaku.
W końcu oni tną Krzyżaków na kąski w ilościach hurtowych, więc jakieś konie powinny od czasu do czasu pozostać.
W pierwszym odcinku zdobyli cały tabunek po 50-osobowym oddziale.

Wtedy starzec powiedział do imć Kalesantego. - Dobry to chłopak, będzie nam go brakowało, ale u nas nie nauczy się orężem władać. Niech, więc jedzie, a chwały orężem, rycerstwu polskiemu przynosi.
Rycerze od Zembrzuskiego nie strzymali i ryknęli śmiechem, aż przestraszone ptactwo zerwało się z drzew.

- Idź z Miłoszą i Dobrawą, i niech on powie ludziom, co koni pilnują, aby pozwolili ci luźnego wybrać. A ty od tej chwili, za niego odpowiadasz. Ma być czysty i macie stanowić jedność.
Znaczy, centaurem chcą go zrobić?

Musisz wiedzieć, że dobry koń w walce, to bardzo dużo.
Co tam miecz i koń bojowy! Herb mu jeszcze dać i szlachectwo. Cytko herbu Cysta brzmiałoby dobrze.

Tymczasem Junosza, syn Kalesantego, spotyka w osadzie piękną dziewczynę imieniem Miłka i zakochuje się od pierwszego wejrzenia, w związku z czym Kalesanty usiłuje przeprowadzić z nim poważną rozmowę.

- Tato, o czym tu mówić, też młody byłeś. Obiecałem jej, że gdy tylko misję wypełnimy, przyjadę po nią.
Chociaż nie wszystko jej powie,
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie...

Kalesanty nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się i ścisnął rękę, za którą trzymał Junoszę.
Kulawość tego zdania budzi cokolwiek niepokojące wizualizacje.

Gdy w puszczę się zagłębili, dostrzegli paśniki dla zwierząt. Puste bez karmy o tej porze roku, ale po zimie zostały.
- Tereny łowieckie króla. Odezwał się Zembrzuski. - Zimą tu zwierzynę dokarmiają, aby się w ostępach trzymała.
Bardzo współczesna ta gospodarka leśna w XV wieku…
Btw, szukając informacji o dokarmianiu zwierzyny w dawnych wiekach - bo może, a nuż? - znalazłam taką ciekawą prezentację, z której jednak wynika, że pierwszy nakaz dokarmiania zwierzyny w Polsce pochodził z 1700 roku i dotyczył żubrów w Puszczy Białowieskiej.

Rzeczywiście puszcza była bardzo urodzajna w zwierza. Sami to widzieli. To sarny, to dziki, przed końmi w boki uchodziły, w popłochu wielkim.
A i piękno rogi jeleń, też się ukazał.
Ukazał piękno swych rogów.

Tak dojechali do jeziorka będącego w puszczy. Tylko z jednej strony nie było porośnięte szuwarami. - Cudowny widok. Powiedział imć pan Kalesanty. - Jak tu pospieszyć do Krakowa. Spojrzał na jeńców. Jak tu pośpieszyć, gdy takie widoki dokoła.
Ależ nie krępujcie się, zatrzymajcie na popas, podziwiajcie widoki… O, tu rzeczka płynie, może się wykąpiecie? Król nie zając, z Wawelu nigdzie nie ucieknie!

[Towarzystwo zatrzymuje się na noc; Michał nie może spać, więc włóczy się po nocy. Nie wiem, jak Wy - ale ja widzę go w długiej, nocnej koszuli...]

A ten prosto drogą szedł, aby później nią powrócić. Nie wiedział jeszcze, że czterech Krzyżaków z Krakowa wracając, gdzie z poselstwem u króla polskiego byli, stoi teraz przyczajonych przy drodze. Oni wiedzieli, i zakon wiedział, że Elwin w niewoli, bo długo wieści od niego nie przychodziły.
Komtórki nie odbierał, na skajpie się nie pojawiał, więc Wielki Mistrz (przepraszam: komtur z Malborka) szybciutko zadzwonił do posłów: “Słuchajcie, chłopaki, jak będziecie wracać, to załatwcie jeszcze taką jedną małą robótkę po drodze, ok?”.
Serio, jak właściwie aŁtor wyobraża sobie przepływ informacji pomiędzy Malborkiem, poselstwem w Krakowie i oddziałem Elwina? A może wszyscy byli połączeni siecią palantirów?
No i dogłębnie idiotyczny pomysł, że posłowie będą zajmować się zbójcerzowaniem przy drogach…
AŁtor po prostu nie ma koncepcji, co innego mogliby robić Krzyżacy. A choćby i się modlić… W ogóle dziwnie laickie to średniowiecze.

Tylko nie wiedzieli, gdzie on przebywa i kto go pojmał. Teraz, przed wieczorem, zobaczyli go związanego i trzech Krzyżaków jadących pod eskortą. Postanowili zaczekać do nocy. Teraz przypadek im pomógł. Michał szedł zamyślony. A oni widząc, że ktoś idzie, przyczaili się. Jeden z nich miał płaszcz w ręku, a trzech miało wyskoczyć, złapać go, płaszcz na głowę naciągnąć i związać.
Chytreńkie. Już widzę zamieszanie, gdy trzech kolesi wyrywa płaszcz z rąk czwartego. I to wszystko po ciemku, znienacka i chyłkiem.  

Udało się to im w jednej chwili, gdyż Michał szedł zamyślony i nic przed sobą nie widział. Dopiero, gdy go złapali ocknął się, ale było już za późno.
Jak u Disneya, Drodzy Państwo, jak u Disneya.

Szarpał się chwilę, ale gdy ciemno na dobre się zrobiło wokół niego i poczuł jakiś materiał na głowie, przestał się miotać.
Doszedł do wniosku, że cznia to wszystko.
Co najwyżej zastanawiał się tylko, co to za materiał.

Ściągnęli go z drogi i posadzili przy drzewie, ręce do tyłu związawszy. Dopiero, gdy mu ręce wiązali zobaczyli, że nie ma oręża. Zdziwili się, ale jeden z nich powiedział. - Gdy patrzyłem, czy oręża nie ma, na palcu zawadziłem o pierścień.
Czym zawadziłeś, patrząc czy ma oręż?
Rzucił okiem.

Pewnie to ktoś ważniejszy, szczęście przy nas. Wymienimy go za naszych, a choćby za Elwina. - Ale gdy go wymienisz, jak umkniemy? Przecież oni za nami zaraz ruszą i wtedy albo zginiemy, albo nas złapią. - Nie złapią, bo gdy nam oddadzą Elwina, ruszamy ostro przed siebie. Ja poprowadzę. Nie daleko stąd jest stara jaskinia ukryta w zaroślach. Jest wejście zamaskowane pod ziemią.
A jak już się schowacie, to nie zapomnijcie rozpiąć pajęczyny.
Czekajcie… stara jaskinia (a czy są nowe? Mam na myśli te świeższe niż z mezozoiku) jest w zaroślach, ale wejście do niej pod ziemią. Dziwne.

Kiedyś, gdy też uciekałem, przypadkowo natknąłem się na nie. Wtedy ta jaskinia uratowała mi życie i teraz też nam je uratuje. Elwin to z zacnego rodu rycerz. Chwała na nas spadnie. Tedy jeden z nas pojedzie do nich rano, gdy już się zorientują, że nie ma tego wśród swoich. - Jeśli pojadę, to ja z nimi wymianę omówię. - Tedy ty pojedziesz, tak będzie najlepiej. Odpowiedział drugi knecht. - Umówię wymianę na trakcie. Staniemy na odległość strzału z kuszy, a oni będą szli. Elwin w naszą stronę, a ten w ich.
Wow, całkiem jak wymiana jeńców w “Śmierć nadejdzie jutro”.
Najlepiej na moście Glienicke.

Gdyby, co, w każdej chwili możemy go ubić.
Można, ale po co???

A gdy Elwin dojdzie do nas, koń będzie gotowy i w kilka chwil odskoczymy, a potem wjedziemy do jaskini.
I tak Krzyżacy stali się pionierami speleologii konnej.
Nie zapominaj o podziemnym wejściu. Obawiam się, że to nie rumaki były, ale krety.
No co? Do jazdy po lasach mieli krzyżówkę konia z wiewiórką, a do jazdy po jaskiniach - z kretem!

Mamy cztery konie luźne. Jeden Elwina, a trzy pogonimy przed siebie, aby tętent było słychać, co by oni za nimi pognali. My w jaskini przeczekamy dzień i ruszymy nocą.
No jak się dobrze złożyło, że akurat mają jakieś niepotrzebne konie, których mogą się pozbyć!

Tymczasem ranek przyszedł i było jasne, że coś się wydarzyć musi.
Jaka powieść, taki thriller. Jaka narracja, takie napięcie.

Do biwaku zuchów wołyńskich zbliża się półnagi Krzyżak (pod płaszczem ma tylko czarne spodnie, koszulę i buty) z propozycją nie do odrzucenia - wymianę Michała za Elwina.

Zembrzuski zrozumiał, że aby odzyskać Michała, Elwin może umknąć.
Średniowieczne, międzykulturowe ojajoj, z zakonnikiem w roli głównej.
No wiesz, różne rzeczy mówiło się o zakonnikach… choć raczej o templariuszach.

Kazał Krzyżakowi zaczekać, bo chciał usłyszeć, co imć pan Kalesanty i Zbysław powiedzą. A Kalesanty powiedział. - Skoro ich oddamy, bez winowajców, a z samym poszkodowanym przed królem staniemy. Dobre i to, takie moje zdanie. Poparł je Zbysław i obaj zobaczyli błysk w oczach Zembrzuskiego. Wiedzieli, że innej rady nie ma, ale wiedzieli także, że Zembrzuski tak łatwo nie rozstanie się z Elwinem.
Od pierwszego wejrzenia przypadli sobie do gustu.
Bo śliczny był!

Bla bla bla, wymiana jeńców dochodzi do skutku, chociaż, bór jeden wie po co, Krzyżacy zabijają trzech knechtów, których Zembrzuski wydał im wraz z Elwinem.

Elwin z kompanami dochodził do swoich. Spojrzał, a oni łuki podnieśli. Znieruchomiał. Różne myśli przemknęły mu przez głowę
Zdziwiło go, że do tej pory Krzyżacy konsekwentnie lecieli stereotypem, według którego ci dobrzy strzelają z łuków, a ci źli z kusz, a teraz nagle im się zebrało na ocieplanie wizerunku.

i po chwili zobaczył, że on jeden żyje z czwórki i już mu konia podstawiają.
I pomknęli z piskiem opon… e, znaczy, z tętentem kopyt.

Krzyżacy wjechali do jaskini i z bijącym sercem [jednym na wszystkich] czekali. - Wiedziałem, że tu jest, cudna jama.
Brzmi to jak kryptoreklama zamtuzu dla wybrednych.

Odparł Krzyżak, który plan ucieczki obmyślił, widząc zdziwienie Elwina. A ten cichutko dodał.
Ile jest dwa a dwa? - Siedem.

- Gdy uda się ta ucieczka, wynagrodzę was osobiście. Ten, który wymyślił plan położył palec na ustach i rozmowa, choć cicha skończyła się.
Kolejny bezimienny. Imaginacya aŁtora strasznie zawodzi...

Polacy ruszają w pogoń za Mniemanymi Krzyżakami, ale ci zniknęli, jakby ich podziemna jaskinia pochłonęła.
Dobrze, że akurat z nimi był Miłosza z Dobrawą i chłopak z osady, który się teraz odezwał. - Panie, tutaj niedaleko jest pieczara ukryta w zaroślach.

Opowiadali o niej w osadzie, że niedźwiedzia potężnego, gdy król na polowaniu ranił, tenże zaszywszy się w gęstwinie, zniknął.
Król zniknął niedźwiedzia? Niedźwiedź zniknął króla?
Królowa zafortepianiła słonia.

O wszystkim dowiedział się imć pan Kalesanty, który bardzo zniecierpliwiony czekał. Gdy usłyszał wszystko rzekł. - Od miejsca, gdzie Krzyżacy przejęli Elwina, a tych trzech zabili, ruszymy jeszcze raz. Jeden obok drugiego. Jest nas wielu, więc przed zmrokiem teren przeczeszemy. Gdyby ktoś znalazł pieczarę, zaskrzeczy jak sroka. Rzekł i ruszyli.
Wrzask sroki z pewnością wypłoszy Krzyżaków z jamy, bo co jak co, ale te ptaszyska lasów unikają jak mogą.

Niedługo byli przy Krzyżakach, którzy ze strzałami w sobie leżeli rozrzuceni.
A babcia na darmo ostrzegała: “Helmutku, nie można strzał połykać, bo się porozrzucasz!”

Nie jechali długo, gdy na raz rozległ się skrzekot sroki, tak jak było umówione. Każdy, kto usłyszał konia
Ihahaaaa! To nie sroka, ale srokacz!
zatrzymał i wnet skrzekot się powtórzył. Usłyszeli to również i Krzyżacy i konie swe przeprowadzili w głąb pieczary.
Przerąbane z tymi ptasimi odgłosami w charakterze sygnału. Niech tylko coś ćwierknie albo zaskrzeczy, a ci już się miotają, bo myślą, że to znak.

Do końca, jednak nie dalej, bo bloki kamienne nie pozwalały.
Logiczne, że doszli do końca, skoro dalej była już ściana. Nie mówimy o portalu do innego świata, prawda?

Stali w milczeniu i każdy końską mordę rękami trzymał.
No i faktycznie, cisza w eterze.

Zembrzuski natychmiast pojechał w miejsce, gdzie znów głos sroki się odezwał.
Podjechał do drzewa i wlazł  na nie.

Po chwili, wszyscy rycerze polscy byli w pobliżu pieczary.
Dziwili się nieco, co za złe przeniosło ich do tego lasu, lecz znak krzyża pobożnie uczyniwszy, by czarta odpędzić, sformowali szyk i ruszyli do ataku na Elwinowe niedobitki. I tak rozegrała się bitwa, znana w historii jako Bitwa w Zielonym Lesie.

Zembrzuski podjechał osłonięty ścianą kamienną do wyjścia i krzyknął. Wiedział, że ten jeden mówi po polsku.
Ten jeden kto? Troll jaskiniowy?

- Wychodzić! Rozległo się wokoło i nic tylko cisza temu odpowiedziała.
A echo poparło ciszę gestem zgiętej ręki.

Wrócił i nakazał drzewa i igliwia suchego przynieść.
Zaraz wszystko było gotowe i ogień buchnął, bladym płomieniem i natychmiast dym poszedł do jaskini, która musiała mieć w sobie jakąś nikłą szczelinę, bo dym gęsty ciągnął w pieczarę.
Znaczy - cug był jak ta lala.

Po chwili usłyszeli kaszel, no a później konie rżące. - Wychodzić! Odezwał się Zembrzuski. - Oręż rzucać, a wychodzić! Pierwsze wyskoczyły konie.
Czy konie mnie słyszą? Ano, słyszą, słyszą...

Były przestraszone. Ale ludzie nie wychodzili. - Podłożyć zielonego. Krzyknął Zembrzuski.
- Dlaczego zawsze ja?! - Krzyknął zielony.
- Bo dobrze się podkładasz. - Odkrzyknął Zembrzuski.

Długim drągiem podepchnęli zielone i dym jeszcze gęstszy zaczął wypełniać pieczarę. Wtedy wyleciała koszula biała, a po niej cztery miecze i kusze.
Myśleli, nieboraki, że w saunie są, to się rozebrali.

Po chwili wyszło czterech Krzyżaków w płaszczach, które były osmalone od dymu. – Gdzie zakładnik.
Krzyknęła reszta koszul.
Krzyknął Zembrzuski. - Życie sobie odebrał, panie.
Wiecie, co mi przypominają te dialogi? Jak przy oglądaniu filmu napisy się na moment zatną i lecą już potem niezsynchronizowane z kwestiami wypowiadanymi przez postaci.

Zembrzuski spojrzał i zobaczył u tego, który pertraktował, sygnet Elwina na palcu. Przeczekali, aż dym zrzednie i wskoczyli do pieczary. Elwin miał głęboką ranę od miecza i nie żył. Zembrzuski spojrzał na Krzyżaków. - Skąd ten sygnet masz? - To mój, panie. - Łżesz, ty go zabiłeś, bo i jako ostatni z pieczary wyszedłeś. Nie jesteście lepsi od niego, swoich ubiliście.
Nosz kurka, nie rozumiem.
Mieli zadanie: odbić jeńców. Trzech ciurów ubili, diabli wiedzą po co, ale ok, przyjmijmy, że zależało im tylko na rycerzu. A teraz zaciukali i jego - dlaczego???
Na cześć Imperatywu Narracyjnego aŁtor zabija wszystkich jeńców, aby pokazać jacy Krzyżacy są źli. Nie ma innego pomysłu fabularnego.

Krzyżacy głowy opuścili.
Ze wstydu.

Wiedzieli, że to koniec. Jeden a nich nie wytrzymał i krzyczał. - To przez niego. Wskazał na tego z sygnetem. - Jechaliśmy od króla polskiego, gdyż ze skargą u niego byliśmy. W drodze was zobaczył. On namówił nas, aby tego naszego odbić. My chcieliśmy jechać nie zaczepiając was. To on nas namówił, to on kazał strzelać do swoich. Krzyżak rąbnął go pięścią, a po chwili już był związany. Tego uderzonego polali wodą, a kiedy doszedł do siebie, imć pan Kalesanty, rzekł do niego. - Wiem, że prawdę mówisz i za to wolno pójdziesz do swoich.
Już widzicie jak się to załatwia? Krzyżacy swoich mordują, nasi jeńców wypuszczają, a król nadal nie ma pojęcia kto pustoszy kraj.

Im coś wymyślisz, aby ci uwierzyli.
- Idź myśleć, chłopcze. I znikaj mi sprzed oczu.
A tych trzech z nami pojedzie i gdy przed królem Polski się przyznają, też wolni odjadą. - Nie powiemy nic, bo tak, czy tak, śmierć nas czeka. - A ty, co powiesz? Odezwał się Zembrzuski do tego z sygnetem.

- Już powiedziałem. Warknął. Zembrzuski doszedł do niego i sygnet Elwina zdjął mu z palca. - Jako dowód, bo herb jest na kamieniu, pojedzie do króla. Ty mu życie odebrałeś i od ciebie oczekuję, że wyznasz prawdę, bo inaczej z lochów nie wyjdziesz do końca życia. Wszyscy stali dokoła i przyglądali się Krzyżakom.
Kiwali głowami i cmokali z podziwem, pociągali ich też za brody by sprawdzić, czy nie sztuczne, bo takich cudaków pierwszy raz widzieli.

Z wątpliwości pozostała jedna, czy zdążą jeszcze w tym miesiącu powrócić do domu, bo miał się on ku końcowi.
W tym miesiącu? Jak w tym stuleciu wrócicie, to będzie dobrze.

Z wart zeszli ludzie Zbysława. – Odpocznijcie. Rzekł Zembrzuski. A widząc ich zdziwienie dodał. - Nie ruszamy jeszcze, mgła nad lasem, a i w polach. Tedy przeczekamy.
I po jaką zarazę warty wystawiać, skoro biwak jest ukryty we mgle?

Wojowie zadowoleni przylgnęli do ziemi i po chwili, każdy z nich miał oczy zamknięte.
I smaczne chrapanie wypełniło pola, lasy, łąki i nieużytki.

Kilku nie spało. Zembrzuski kazał im ognie napalić i zrobić gorącą strawę. - Trzeba tę mgłę wykorzystać.
Gdyż we mgle nie widać ognisk i nie czuć zapachu gotowanego jedzenia.
Próbowali robić z mgły zupę mleczną.

Pwiedział. Po chwili ogień już sutym płomieniem płonął i warzyła się strawa. Gdy mgła opadła, ogień zasypano. Każdy z rycerzy był dzisiaj gotów do Krakowa wjechać.
Wystarczyło tylko otrzepać się z liści i już.

Zaraz po jedzeniu, ruszyli. Najbardziej przeżywał to Cytko. Myślał o tym, by król zechciał go przyjąć do swoich rycerzy.
Marzyć zawsze można… Przypomnijmy, Cytko jest kmieciem z osady w lasach, więc co najwyżej któryś z rycerzy mógłby go przyjąć za pachołka.

Teraz dopiero słońce przebiło się przez chmury. Poczuli, że Kraków już blisko. Jechali czas jakiś, by zobaczyć gród w całej swej potędze. Stał przed ich oczyma i robił duże wrażenie.
I mówił: Jestem piękny i mam wspaniałe mury!

Po chwili zobaczyli jeźdźca, który zbliżał się do nich. Był to jeździec wysłany do króla.
Wołyńskie zuchy jadą DO Krakowa i jeździec też. I się do siebie zbliżają.

Podjechał i pozdrowił wszystkich, a do imć Kalesantego, rzekł. - Król już wczoraj waści oczekiwał. Kłopotał się, że nie przyjeżdżacie panie. - Mów, czy dzisiaj nas przyjmie. - Przyjmie panie, bo kazał siebie powiadomić natychmiast, gdy tylko przyjedziecie do grodu. W czasie tej rozmowy przejechali przez bramę grodu i stanęli na dziedzińcu przed gospodą.
Zamek w międzyczasie odstawiono na wzgórze, gdzie jego miejsce.

Cicho tu teraz było, nie tak jak wtedy, gdy sejmik się odbywał.
Po zakończeniu sejmiku Kraków opustoszał, pozamykano kramy i gospody, a mieszkańcy, zaciskając pasa, czekali z utęsknieniem rozpoczęcia kolejnego sezonu turystycznego.

Weszli do gospody i zobaczyli kilku ludzi stanu szlacheckiego przy kuflach siedzących
I znów widzimy, jak NIE należy używać inwersji (chociaż właściwie to zdanie byłoby do przeżycia, gdyby miało w sobie przecinek). Wygląda na to, że kufle siedziały.
Nie proś aŁtora o przecinki, bo dostaniesz...

- Witam waści. Rzekł imć Kalesanty. - Zapraszamy do kompani. Usłyszał w odpowiedzi. - Rad jestem z zaproszenia, mości panowie, ale do króla mi spieszno, a i z tego, co wiem, król zniecierpliwiony nas oczekuje.
- Ja tu tylko na szybkie śniadanko.

Poza tym jeńców krzyżackich mamy i pilno mi, by ich do lochów wtrącić. No, chyba, że mury ich przestraszą i mówić będą.
Bo jak ściana znienacka krzyknie BUUU! to się Krzyżak normalnie zesra ze strachu.
No właśnie w średniowiecznym Krakowie ściana karczmy miała największe szanse kogoś przestraszyć, bo dochodziły zza niej odgłosy z izby tortur.
A wszyscy myśleli, że to kac tak dręczy birbantów.

To powiedziawszy, rzekł do Zembrzuskiego. - Daj trzech ludzi, co by ich pilnowali. Tu wskazał na jeńców. - A my, mości panowie, do króla. Rzekł do Zbysława i Michała.
Król od tygodnia czeka i niecierpliwie z nogi na nogę przestępuje.

Zembrzuski, spojrzał, a przy nim już stał Dobrosław. - Blisko jesteś, więc za jeńców odpowiadasz.
Ale blisko kogo, czego?
Blisko mówiącego. Na kogo wypadnie, na tego bęc.

Zobaczył, że imć pan Kalesanty ze Zbysławem i Michałem zdążają do zamku.
Słowo “Wawel” nie było w stanie przejść aŁtorowi przez klawiaturę.
Sądząc po opisie, to i nie był Wawel, tylko co najwyżej Wąwel.

Poszli i ogromnymi schodami weszli do zamku, gdzie poprowadzono wszystkich do ogromnej sali, na której [na sali, tak jak na dachu?] stał stół złocony [zwyczajnie, jak to u króla], a w oknach ciężkie czerwone sukno wisiało.
Z kutasikami.
Z opisu komnaty wynika, że to raczej nowobogacki salonik utrzymany w stylu “jak Janukowycz wyobraża sobie siedzibę Carringtona”, a nie wawelski, piętnastowieczny gotyk.

Jak wiemy, Jagiełło bardzo lubił słowiki, ale że margaretki też, to coś nowego...
Koło stołu fotele złocieniem zdobione
Widzicie te złocienie zdobiące FOTELE? To musiało być pięęękne, że strach.
Kolczatka to nie kolczuga, a złocień to nie złotogłów, panie aŁtorze.
A że fotele wymyślono jakieś dwieście lat później, to inna sprawa. Wcześniej były reprezentacyjne trony - strasznie niewygodne i wyściełane krzesła.
Bardzo wiele rzeczy w tym opku jest “dwieście lat później”... Cieszmy się, że aŁtor nie sprezentował Jagielle Zelaznego Tronu.

i lichtarze wokół ze świecami, które teraz się nie paliły.

Dość długo czekali. Wreszcie król wszedł. Koło niego usiadło kilku ludzi za stołem, [jakieś randomy, kogo obchodzi, czy to był może sekretarz królewski, a może jakiś inny dostojnik, a może król po prostu przed chwilą grał w karty i zabrał towarzystwo, żeby dokończyć partyjkę podczas przyjmowania interesantów] a król przyjrzał się wszystkim i odezwał się tymi słowy. - Rad jestem, że waści widzę w grodzie. Martwiłem się, co by w drodze wam się coś nie stało.
Poczciwy ten Jagiełło do szpiku kości, nawet słówkiem im nie wypomni, że majestat królewski obrażając, zwlekali w drodze potwornie.

Tu spojrzał na swoich. - A teraz, czym prędzej mówcie, bom ciekaw, z czym przybywacie.
Imć Kalesanty opowiedział wszystko. Król zmarszczył brwi i głowę opuścił. Zdawało się, że zsunie się z fotela [wszyscy z zapartym tchem czekali, aż król zwali się pod złocony stół], bo pochylił się, ale nadal w bezruchu siedział.
Ta wiadomość była dla króla niespodziewana jak cios.

Jednak podniósł głowę po chwili i rzekł. - Oni na skargi do mnie przyjeżdżają, że waści napadacie na nich, a tymczasem sami gwałt czynią.
I tak już od lat, od lat.
Krzyżacki samogwałt od dawna był zmorą Korony.

Na to Kalesanty, odrzekł. - Niech, choć jeden swój spalony kasztel pokażą. Wiosna przed nami dopiero przechodzi, a już mamy gród Michała spalony przez nich.
A co to będzie na jesień!

Mamy świadków, że osadę spalili. A ile jeszcze spalą? – Wiem. Rzekł król.
Siedemdziesiąt trzy.

- Skarżą się, abym uważał, że to oni są prześladowani. Widzę, że i Krzyżaków ze sobą przywieźliście. - Mam tu sygnet mości królu. Tego, co kazał Michałów spalić. Kalesanty podał go królowi. Król przypatrzył się sygnetowi. Zmarszczył brwi i powiedział. - Znam ten herb na sygnecie widniejący, kiedyś ród zacny, ale widzę, że i on mordować zaczął.
Morderczy herb? Pewnie jakieś świństwa na nim były wyobrażone.

Kalesanty mówił dalej. - Ten oto. Wskazał na Krzyżaka.
Nie no! Oni na audiencję u króla przywlekli jeńców, na te komnaty królewskie?
Król już się przyzwyczaił, że Kalesanty i spółka wszędzie ciągają ze sobą Krzyżaków.

- Elwina zabił i sygnet jego sobie przywłaszczył. Król przyjrzał się uważnie i rzekł.
- Ty byłeś w grodzie ze skargą i w drodze do swoich podłości narobiłeś.
Gdyby był w drodze do cudzych podłości, to by nie narobił?

Co masz do powiedzenia? Krzyżak głowę zwiesił. - Do lochu z nim. Rozkazał król. - Posprzeczali się na naszych oczach. Jeden z nich w chwili słabości, przyznał się do wszystkiego i ich obciążył, tedy go wolno puściłem.
I świadka się pozbyłem...

Dlatego pewny jestem ich winy. Rzekł imć pan Kalesanty. - Później ich osądzimy. Powiedział król.
- Oczywiście. Odpowiedzieli analizatorzy.

Teraz zwrócił się do Michała. - Gród swój odbuduj, ale tak, by był jeszcze potężniejszy. Aby wiedzieli, że paląc, sobie też szkody przynoszą.
Bo ogólnie palenie szkodzi.
A nawet zabija.

Pomoc otrzymasz. Rad jestem, że trudziliście się jazdą, by mi przekazać wieści.
Bo moje służby wywiadowcze nic, jeno złota żądają, coraz więcej i więcej, jakoby na tworzenie siatki… ale efektów żadnych nie ma, więc chyba w zamtuzach z dziewkami wszetecznymi to złoto przepuszczają!
Wywiad jak wywiad, ale gdzie się podziewają jacyś, nie wiem, starostowie czy inni urzędnicy lokalni?
Nabrali wody w usta, w myśl zasady “po co Władka denerwować, niech się Władek cieszy”.

Cały czas myślę, aby ukrócić ich samowolę. Ale wierzcie mi, że przyjdzie taki dzień, że uderzymy. Po czym wstał i chciał wyjść, ale imć Kalesanty zatrzymał króla słowami.
Nie zważając na to, że król właśnie zakończył audiencję.

- Prośbę jeszcze jedną mam, najjaśniejszy panie. Choć to nie moja prośba, ale chcę ją królu przedstawić. - Mów waść! Kalesanty rzekł. - Chłopaka mam u siebie z osady, którą w drodze mijaliśmy.
Sierota on, bo właściwie tę osadę też Krzyżacy splądrowali i później spalili. On świadek.
Teraz pilno mu, by się uczyć władania orężem. Chciałem go do siebie, ale on wysoko mierzy. Prosi, abyś Najjaśniejszy Panie zgodę wyraził, aby z twoimi rycerzami, ostał.
Jako koniuch.

- Gdzie on. Odezwał się król. Rozejrzał się. Dopiero teraz rozpoznał, że wśród pilnujących jeńców jest białogłowa. Zdziwił się i spytał. - Oddajesz mi waść chłopaka, a sam walczysz, białogłowy mając u siebie. Uśmiechnął się, a i Dobrawa się uśmiechnęła.
Nie kłaniając się Majestatowi, tylko tak stoi hardo i zęby szczerzy.

A imć Kalesanty, rzekł. - Dzielna ona, mości królu, a tu jej wybranek stoi. Wskazał na Miłosze. A ten oto Maćków, rycerz, jakich mało.
Cud, że nie przedstawił Władka tej zgrai pastuchów, rybaków i chłopów.

A tamtego młokosa zostawiłem ze swoimi. Król, rzekł. - Niech tedy na zamek przyjdzie, a powie, z czym przychodzi. Ja rozkażę, aby go wyuczono na rycerza, gdy będzie pilnował dobrze miecza.
No to już wiemy. Skoro ma pilnować miecza, to znaczy, że nie będzie niczym innym, jak pachołkiem.

[Kalesanty i reszta wracają do gospody]

Zaraz po tym, weszło do gospody kilkunastu ludzi. Podeszli do imć pana Kalesantego, a jeden z nich powiedział. - Cieślami jesteśmy. Mości król [ten chłystek!] nas przysłał, co byśmy pomogli w odbudowie grodu spalonego przez Krzyżaków.
Nie wiem dlaczego Jego Najjaśniejsza Miłość pleno titulo nie prowadzi też ajencji biura ubezpieczeniowego.

Wstał Michał i rzekł. - Usiądźcie. Rad jestem, że was widzę, wszak to mnie będziecie pomagać. Szybko król działa. Tam gdzie może, to i pomoc niesie. Pracy przed wami i mną nie mało.
Nie dużo, nie mało, tak w sam raz.

Ale tak jak król powiedział, gród jeszcze większy i potężniejszy zbudujemy.
Tak od razu, w miesiąc! Ciekawe tylko dla kogo, skoro wszystkich mieszkańców grodu Krzyżacy wybili.
Ściągnie się osadników z innej części kraju. Stara, sprawdzona metoda.

Jeńcy krzyżaccy zostali u króla, by tam ich osądzono. Wyjechali z Krakowa pospiesznie, gdyż im było tęskno do wołyńskich okolic.
Tych jeńców skazano na zsyłkę na Wołyń?

Do tych widoków, do tych pól przepięknych [haftowanych żytem] i do tych lasów dorodnych, no i do swoich. A Michał też śpieszył, aby, czym prędzej gród budować. A i Junosza chciał szybciej do czarnowłosej wrócić, tak jak jej przyrzekł. Król, oprócz tego, że cieślom nakazał pomóc w odbudowie grodu, to jeszcze narzędzia potrzebne do budowy, zlecił dać. Jechały teraz przytroczone do wierzchowca, który szedł z tyłu trzymany przez jednego, z ludzi Zbysława.
Chyba nie wytłumaczyli królowi dokładnie, że chodzi o odbudowę całego spalonego grodu, a nie o mały remoncik.
Niby można przytroczyć piłę do konia, ale czy nie lepiej narzędzia załadować na wóz?

Gdy imć pan Kalesanty rano oczy otworzył, zobaczył słowiki w górze nad sobą, które radośnie śpiewały.
- Muszę odstawić te zioła, jakie mi medyk zalecił, albo brać ich połowę.

To wzbijały się w górę, to opadały. Zobaczył, że najgłośniej śpiewają, gdy zatrzymują się w miejscu trzepocząc skrzydełkami. - To dziwne, tyle lat żyję, a jeszczem tego nie widział.
Niech pożyje jeszcze trochę, to usłyszy i kukułkę w zimie.
Zza krzaka wychyliło się widmo szekspirowskie i jęknęło:

Słowik to, a nie skowronek się zrywa
I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.

Dopiero dziś to zobaczyłem. Coś to pewnie oznacza?
Ałtoro… tfu, Kalesantemu zwidziało się chyba takie coś:
A co to oznacza? Zapewne totalną zmianę zwyczajów godowych słowików, bo do tej pory wyśpiewywały swoje pieśni nocami, ukryte wśród gałęzi. Ale o to niech się już ornitolodzy martwią.

Później, gdy jego syn Junosza poprosił, aby mu zezwolił do dziewczyny jechać, pomyślał. - To może, dlatego tak słowiki mi śpiewały, obwieszczając syna miłość. Wziął chłopaka za ramię i poszli przed siebie. - Nie możesz żyć bez niej? - Nie tato. Odpowiedział Junosza.
-Tato?! - zaperzył się Kalesanty. - Tato?! Kto cię tak nauczył zwracać się do pana ojca, bezczelny smarkaczu?! Sto bizunów na kobiercu!!!

- Tyś szlachcic, a ona chłopka. - Nie poradzę nic na to ojcze. - A co matka na to powie, pomyślałeś? Co ona powie, gdy pozna prawdę? - Mama ma dobre serce i zrozumie. Pozwól ojcze. Kalesanty zamyślił się i szedł w milczeniu przed siebie.
Właściwie, z czego ja robię problem? - pomyślał. - Niech chłopak dziewkę bierze, skoro wyszumieć się musi, a jak ta urodzi bękarta, to da jej się krowinę albo i dwie. A potem godnie młodego ożenim, córka sąsiada akurat do lat sposobnych dochodzi…

Chłopak z niecierpliwością czekał. - Sam nie pojedziesz, widzisz jak na drogach.
Ślisko, wyboje i niekończące się remonty.

- Pozwól ojcze, że pojadę. Sam przemknę niepostrzeżenie, i z nią do domu wrócę. Zgodę dostał, bo w tym miejscu i Kalesanty był miękki, tak jak twardy w innych kwestiach.
Na przykład w kwestii wyciągania zeznań z pojmanych Krzyżaków.

Ze szlaku Wołyń - Kraków - Marienburg pozdrawiają Was: Jasza słuchający słowików o świcie, Babatunde warzący zupę mgielną i ukryta w jaskini Kura

oraz Maskotek w wianku ze złocieni.