czwartek, 15 września 2016

318. Lord Golden Retriever, czyli bałwanochwalstwo w XIX-wiecznej Warszawie (1/?)

Drodzy Czytelnicy!
Jak widzieliście, powrót po wakacjach nie był łatwy ;) Na szczęście jesteśmy już z powrotem i mamy dla Was opko rzadkiego gatunku – fanfik do pewnej lektury szkolnej.
Na plus temu opku niewątpliwie można zaliczyć to, że autorka stworzyła galerię postaci, które nie składają się, jak to zwykle w opkach, jedynie z imienia i koloru włosów. Stara się też prowadzić opowieść wielowątkową i pogłębiać charakterystykę bohaterów. Na podziw zasługuje też wytrwałość autorki – opko pisane było przez osiem lat, od 2008 do 2015 roku.
Przenieśmy się więc do Warszawy roku 1890, która właśnie huczy od plotek o przyjeździe niezwykle bogatego angielskiego lorda…


Indżojcie!


Analizują: Kura, Jasza, Dzidka i Babatunde Wolaka




Rozdział 1
Warszawa 1890 roku nie przypominała już Warszawy sprzed dziesięciu lat. W mieście było więcej ludzi, było gwarniejsze, codziennie tętniło życiem.
Dziesięć lat wcześniej codziennie było ciche jak rodzinny grobowiec.


Robotnicy co rano spieszyli się do fabryk, urzednicy do magistratu. Po ulicach jeżdziły tramwaje konne.
No, to i dziesięć lat wcześniej nie była żadna nowość; pierwszy tramwaj konny uruchomiono w Warszawie w 1866.
I robotnicy i urzędnicy też po mieście latali.


Na Krakowskim Przedmieściu nie było już sklepu bławatnego. Królował wielki , czteropietrowy, zbudowany według najnowszych trendów w architekturze dom towarowy. Wielki znajdujący się na nim neon głosił, że właścicielami byli Szlangbaun end Krzeszowski.  
Geistowi nie wyszło z metalem lżejszym od powietrza, więc przerzucił się na elektryczność i wynalazł pierwszy neon na dobre 20 lat przed Claude’em.
A SzlangbauM wykończył Krzeszowskiego.
END? Khę, khę… szyld pisany po polsku i rosyjsku nie powinien głosić po angielsku, że nadszedł end współwłaściciela…
Niby taka poważna firma, a na szyldzie byki!


Codziennie przez niego przelewały się tłumu ludzi: arystokraci w cylindrach i eleganckich salopach
Jakie zberezeństwo pleniło się w tej Warszawie! Arystokraci w damskich ciuszkach!
Nie takie znów zberezeństwo, skoro jednak założyli cylindry.
Gendeeeeeeer!!!


damy, ubrane modnie w szerokich kapeluszach i rękawiczkach na rękach, którym towarzyszyły nieodłączne służące;
Co za czasy, nawet ręce mają swoje własne służące?
Owszem, tzw. podręczne.


oprócz tego zwykle mieszczki, które elegancją starały się dorównać damą,
waletem i królem.


jednak z całego ich wyglądy wylewał się tani blichtr i kicz; ponadto skromnie ubrane subretki i pensjonarki, którym z racji na wiek (ze względu na wiek albo z racji wieku) śmiało spod sukienki widać było kształtny bucik.
Tylko jeden?


restless leg syndrome.jpg


Moda także była inna niż dziesięć lat temu. Królowała secesja, szał na Japonię.
Jeszcze nie.


Wszędzie dało się zauważyć ekstrawaganckie, japońskie esy floresy.
Bo ja wiem, stolicą polskiej secesji był raczej Kraków, no ale oczywiście nie można zakładać, że Warszawa nie wchłaniała najświeższych nowinek.


Suknie były wąskie i bewstydnie dopasowane do ciała. Turniury wyszły z mody, ale damy tak drapowały suknie, że grzesznie odznaczała się u nich tylna część ciała. Dekolty były śmiałe, o mało co gorset się nie odznaczał. Ten zresztą damy ściskały teraz tak mocno, że w tali były wąskie jak osy. Nic dziwnego, że przy najdrobniejszym wzruszeniu mdlały. Kapelusze były szerokie, całe w kwiatach i postronnemy obserwatorowi przypominały…wronie gniazda.
Secesyjne wrony wykazywały się niezwykłym zmysłem estetycznym i też dekorowały swoje gniazda kwiatami.


Cały ten zgiełk miasta schyłku dziewiętnastego wieku nie dochodził, do położonej zaciśnie bogatej willi barona Dalskiego.
Został zablokowany przez nadprogramowy przecinek. Oraz coś tam jeszcze chyba zaciśnięto, ale nie jestem pewna.
Drogę do willi zaciśnięto, dlatego zgiełk i nie dochodził.


Willę od ulicy odgradzał gęsty żywopłot grabów, dzięki nim nie dochodził do mieszkańców kurz asfaltu.
Prędzej kurz z drewnianej kostki brukowej albo z kocich łbów; asfaltowanie warszawskich ulic na szeroką skalę zaczęło się dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym.
Ciekawe, czy z willi barona Dalskiego widać było Pałac Kultury i Nauki? ;)
Nie było. Stacja metra zasłaniała.


We wnątrz willi było cicho i przytulnie.
Wnątrz – przykład formy męskiej, jaką radykalni patriarchaliści zastępowali rzeczowniki rodzaju żeńskiego i nijakiego.


Była niedziela i służba miała wychodne.
Służba miewała wychodne przeważnie w jakiś dzień powszedni, zwykle nawet nie na cały dzień, a tylko po południu. Ktoś przecież musiał ugotować niedzielny obiad i podać do stołu!
(i przecież nie cała naraz)


Nic nie mąciło ciszy, no może nic.
A może jednak nic.
Jacyś nihiliści tu grasowali.


W poobiednim saloniku siedziały dwie damu.
A między nimi trzy emu.
Co to jest salonik poobiedni? Taki z leżankami i dobrą wentylacją?


Jedna to była pani domu, poznać to było łatwo po dystyngowanych i przerafinowanych manierach.
Jasne.


Dama ta zajmowała sama całą kanapę, rozpostarła wokół siebie modną pąsową i bardziej niż trzeba wyzywającą suknię. Z całej jej postaci biła duma i jeszcze raz duma. Z pobłażliwą ironią przyglądała się swojej towarzyszce.
Druga dama przycupnęła skromnie na brzeżku krzesła. ktoś kto ją obserwował, łatwo dostrzegł, że żle się tu czuła, z całego jej zachowania emanowała jakaś nerwowość. Dama ta nie była pierwszej młodości, ale była bardzo ładna, choć strój, w który była ubrana, wymownie tuszował jej urodę. Miała na sobie szarą suknie, poszerzaną wedle mody sprzed dziesięciu lat.
Skoro już ją poszerzała, to nie mogła dostosować jej do wymogów mody aktualnej?


Suknia była zapięta pod szyję i tylko wytrawny męski podrywacz mógł wypatrzeć, że pod gorsetem rysowały się niezwykle kształtne piersi.
Wytrawni podrywacze byli przyzwyczajeni – suknie codzienne, w przeciwieństwie do balowych, zawsze były zapięte pod samą szyję, a nawet z wysokimi kołnierzykami.


Pyszne, gęste złociste włosy miała upięte w staromodny kok. W ogóle z całej postaci tej damy emanowało staropanieństwo, nic dziwnego , że jej towarzyszka nie mogła powstrzymać ironicznego uśmiechu
Obie damy były pochłonięte pasjonującą dyskusją. Rozmawiały o sprawie, która od miesiąca bulwersowała wszystkie salony Warszawy. Przedmiotem ich zagorzałej dyskusji był zapowiedziany przyjazd…ANGIELSKIEGO LORDA.
Ojej, o mujeju!


- Wszystkie domy aż się prześcigają w przygotowaniach do powitania tego cudzoziemca. – Powiedziała powoli baronowa Dalska upiwszy dwa łyki kawy.
- Tak. Tak. Warszawa aż wre z emocji. – Przytaknęła młodsza dama bez zainteresowania sprawą.
Serio, w 1890 roku przyjazd do Warszawy przedstawiciela angielskiej arystokracji był czymś aż tak niezwykłym, że połowa mieszkańców miała kisiel w majtach?


Baronowa przyjrzała się swojej towarzyszce. Zmierzyła ją od stóp do głowy wzrokiem i poweselała. Znowu upiła łyk kawy.
- Taki angielski arystokrata to dobry kąsek na mężą dla córek naszego bon mondu. –
- Kąsęk na mężą dla bo mą - powiedziała po francusku.
*czyta powyższe ustami ściągniętymi w dziubek, akcentując ostatnią sylabę i czując się bardzo światowo*


(tymczasem warszawski bon monde znany był z rzucania celnych beau mots)


Powiedziała.
- Tak. Tak. – Przytaknęła znowu jej towarzyszka i nic więcej nie miała do dodania.
Rzeczywiście “były pochłonięte pasjonującą dyskusją”...


- Jest bardzo bogaty. Podobno ma takie miliony, że nasze warszawskie rekiny nawet się do niego nie umywają.
Takie rekiny jak Połaniecki? Serio?


– Baronowa znowu bacznie przyjrzała się towarzyszce.
Tak jakby odgadnęła myśli przyjaciółki.


- Tak. Tak. – Skinęła glową. – mógłby mnie pociągać, ale jest podobno nie najmłodszy. – Uśmiechnęła się z wyrazem pewnej goryczy.


Baronowa zdradza się z planami, żeby bogatego angielskiego lorda złapać na męża dla swej córki, osiemnastoletniej Adeliny.


Baronowa znowu uważnie przyjrzała się przyjaciółce i rozpogodziła się. Panna Łęcka w jej bogatym i wykwintnie urządzonym domu wyglądała jak szara myszka. Z racji swojego wieku i szarej, niemodnej sukni nie liczyła się jako konkurencja.
Chodziła bowiem ciągle w jednej i tej samej sukni. Po jakimś czasie samo to wystarczało, by zniechęcić ewentualnych konkurentów.


Baronowa znowu się roześmiała.
- Zapomnij o lordzie! – powiedziała pobłażliwie. Z racji swojej pozycji towarzyskiej i posiadania najpiękniejszej córki w Stolicy stać ją było na taki gest. – Chcesz wyjść za mąż? Nie dziwię ci się. Brat mojego męża jest wciąż wolny.
Izabela spuściła głowę. Wpatrując się w posadzkę, na której malarz z przepychem przedstawił uprowadzenie Europy,
Przyjmijmy, że Izabela Ł. wisi na drążku do góry nogami i wszystko jej się kiełbasi. Malarze takie sceny malowali na sufitach, a nie na podłodze.
Na suficie za to znajdował się dywan.


coś w sobie ważyła. W końcu podniosła głowę i uśmiechnęła się.
Brat barona Dalskiego był zakałą rodziny. Psuł rodzinie opinię i bez przerwy przynosił wstyd. kiedyś przeżył smutną tragedię miłosną.
Ci, którzy mają za sobą wesołe tragedie, z reguły sprawiają mniej problemów.


Ożenił się z bezwartościową kobietą, która wyszła za niego dla pieniędzy. Zaraz po ślubie zaczęła go zdradzać. Potem przeżył koszmar rozwodu, który trwał pięć lat. Żona usiłowała mu wmówić, że był niezdolny do skonsumowania małżeństwa i ograbić go z majątku.
A on uwierzył jak dziecko, że nigdy między nimi nie doszło do zbliżenia.


Rozwód orzeczono, sprawę wygrał, ale… po tym całkowicie się zmienił. Do tej pory się nie ożenił powtórnie.
Czyli przez pięć lat raptem; mówimy przecież o wydarzeniach znanych nam z “Lalki”.


Scedował tytuł barona na młodszego brata [który też był baronem] i używał życia.
A co, tytuł jakoś mu w tym przeszkadzał?
Plątał mu się pod nogami.


Codziennie wesołe towarzystwo, hulanki, alkohol. Mimo że skończył już siedemdziesiąt osiem lat jest stałym bywalcem warszawskich domów uciech. Takie życie mu w pełni odpowiada.
Panienki lekkich obyczajów też były zadowolone, bo baron mógł już tylko popatrzeć, ale płacił jak za pełną usługę ;)


- Nie szukam męża! – Powiedziała Izabela z przekornym uśmiechem. – A już tym bardziej starego, śliniącego się Dalskiego.
- Masz rację! – Uśmiechnęła się baronowa Dalska. – W twoim wieku nie czas na amory.
W jego tym bardziej.
Izabelka jest zubożałą starą panną, tolerowaną z łaski w domach swych dawnych znajomych; nie powinna się tak wyrażać o szwagrze gospodyni.


Ciepłe bambosze, robótka i nie przeszkadzanie młodym, ładnym dziewczętom w podbojach sercowych.
Ileż to lat liczy sobie panna Łęcka podczas tej rozmowy?
Trzydzieści siedem.


- Możesz być pewna Dalciu [powiedziała Łętosia], że nie wejdę w paradę Adelinie. Nie mogę rywalizować z jej osiemnastu latami, bo z góry wiadomo, kto wygra. – Ubawiła się Izabela. – Zresztą nie chcę. – Dodała gorzko.
- Wierzę ci, wierzę! – Przytaknęła zadowolona baronowa. – Tak samo jak wierzę, że angielski lord zazna wiele szczęścia u boku mojej Adelci.
Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony. (Duma i uprzedzenie)


Nie kryła dłużej zadowolenia z samej siebie i swojej rodziny. Wiedziała, że wszystko potoczy się tak, jak sobie wymarzyła. To, że angielski lord mógłby mieć zupełnie inne płany [łany, błamy i kurhany], nawet nie przyszło jej do głowy. Nie mieściło się w jej słowniku savoir vivru.
Że niby w czym?!


Zawsze osiągała, to co sobie zaplanowała i teraz też tak będzie.
- ” Ach kiedyż wreszcie przyjedzie ten angielski lord!” – Pomyślała i nie mogła już ukryć zadowolenia z siebie.
Oznaczać myśli bohatera możemy cudzysłowem lub kursywą, natomiast nigdy nie zapisujemy ich tak jak dialog, tj. od myślnika.
Czyżby pomyślała na głos?


Nie zwróciła uwagi, że okazywanie uczuć na zewnątrzy to rzecz niegodna damy.
Dama powinna okazywać uczucia na wewnątrzy.


[Izabela] Westchnęła. Powróciła wzrokiem do saloniku i oczy jej spojrzały na posadzkę. Widziały Byka unoszącego Europę. Wszystko jej się pomieszało. Nie było już Europy. W odpoczywającej pozie na byku spoczywał mężczyzna, mężczyzna z czerwonymi rękami.
Totalnie widzę wyciągniętego w kuszącej pozie Hellboya :D
You’re one microscopic cog in his catastrophic plan
Designed and directed by his red right hand… (Nick Cave)


Gdyby tak cofnąć czas? Za póżno. Teraz już została stworzona po to, by nieść swój KRZYŻ.
Znaczy, jej poprzednia wersja anihilowała, a teraz mamy wersję beta, stworzoną na nowo?




Służący wniósł bagaże lorda do Warszawskiego Grand Hotelu.
Lord Golden może i opływa w dostatki, ale węża w kieszeni ma takiego, że ha!
W późniejszych latach kamienica mieściła hotel, który mimo pompatycznej nazwy „Grand Hotel Garni”, wcale nie był hotelem wielkim, ani też specjalnie ekskluzywnym. Przystępnymi cenami przyciągał raczej niezamożnych gości z prowincji – w przewodniku po Warszawie z 1923 r. jest on określony jako „trzeciorzędny”, zaś w przewodniku z 1937 r. jako „skromniejszy”. źródło
Poza tym, w roku 1890 prawdopodobnie jeszcze nie istniał.
W XIX wieku miasto miało 18 hoteli i 22 domy zajezdne.


Apartament był już dawno wynajęty, teraz więc boy hotelowy wziął od angielskiego służącego bagaże i zaprowadził go na górę. Lord chwilę pozostał w recepcji, by załatwić formalności meldunkowe,
Pewnie musiał pokazać dowód osobisty…


a potem po schodach skierował się tam, gdzie zniknęli jego służący wraz z boyem.
Apartamenta, które wynajął lord były tak zwanymi apartamentami książęcymi. W ich skład wchodziły: elegancka sypialnia z wielkim rokokowym łożem, salon, gabinet z wielkim sekretarzykiem i łazienka. W łazience centralne miejsce zajmowała olbrzymia, miedziana wanna. Obok, naszykowane przez służbę hotelową, stały dwa dzbany: w jednym była gorąca woda, w drugim zimna.
Już mieszkanie pana Tomasza Łęckiego miało wodociąg, więc elegancki hotel, w którym są “książęce apartamenty” tym bardziej powinien mieć.
Urządzili hotel w stylu retro.
Jak mawia stare, chińskie przysłowie: “Dzbankiem wanny nie napełnisz”.


W wannie też już była woda wraz z pianą.
A obok na półeczce stały kolorowe żele i szampony.


Lord Wiliam Golden był mężczyzną w sile wieku. Pomimo że ciemne włosy miał już przyprószone siwizną wciąż czuł się rześko i czerstwo. Był przystojny. Miał duże powodzenie u płci przeciwnej. Kobiety szalały za nim. On jednak nie interesował się żadną. Nie był żonaty. Podróżował tylko ze swoim służąćym Georgem. George już pięć lat służył u lorda i bardzo się zżył ze swoim panem. Wiedział, ile mu zawdzięcza i że za to musi mu być oddany. Golden nie był głupy i nie bardzo wierzył w oddanie służącego, ale jego służalczość go bawiła. Zresztą na starość zrobił się leniwy i nie chciało mu się już szukać nowego służącego. Wiedział, zaś przy tym, że nowy nie byłby wcale lepszy. Lepiej więc polegać na tym, kogo się zna. George był Irlandczykiem i jak przystało na typowego przedstawiciela tej nacji, nigdy dobrze nie nauczył się języka angielskiego. W Londynie mieszkał od wczesnego dzieciństwa, a seplenił jak mazurska chłopka.
Mieszkał od dzieciństwa, a mimo to nie nauczył się angielskiego? Trzymali go w piwnicy, czy jak?
Irlandczyk. Duma narodowa mu nie pozwalała, rozumiesz.
Rozumiem, że seplenił programowo, w ramach zemsty na języku okupantów.


Warszawa była tylko etapem w podróży Lorda Goldena. Podróżował w interesach do Doniecka.
Który do 1924 roku nosił nazwę Juzowka.
A później Stalino, zaś Donieckiem stał się dopiero w 1961 r. Lord Golden mógł natomiast pojechać do Zagłębia Donieckiego, którego nazwa pochodzi od rzeki Doniec.


Załatwił tam bardzo korzystny kontrakt. Póżniej był w Moskwie i w Petersburgu. W tym ostatnim znany i potężny biznesmen rosyjski, Suzin namówił go na odwiedzenie jeszcze Warszawy. Golden długo się zastanawiał, wahał, w końcu zdecydował: pojedzie do Warszawy. W pociągu poznał kilka przedstawicielek Przywiślańskiego Kraju.


Rozmowa z nimi zainteresowała go i doszedł do wniosku, że w Stolicy Przywiślańskiego Kraju pozostanie dłużej. W końcu się napracował i należało mu się trochę rozrywki. Pomyślał , że Warszawa świetnie się nadawała na taki oddech.
Paryż już mu się znudził?


Angielki nie robiły wrażenia na Lordzie Goldenie. Były zbyt wiktoriańskie.
Ach, gdzież są niegdysiejsze georgianki! – wzdychał z cicha.


Z każdej wydzierała się wiktoriańska pruderia, w którą ubrane były jak w swoje eleganckie, modne suknie,
Wydzierała się ona ostatnim krzykiem mody.


że Lord nie miał wcale ochoty zdejmować z nich tych sukiem.


Fałsz, obłuda i hipokryzja.  Lord Golden zwiedził cały świat. Wszędzie widział piękne kobiety, ale żadne nie robiły na nim wrażenia. Wszystkie były takie same. A Słowianki… Już w pociągu poznał kilka i zafascynowały go na tyle, że postanowił w Przywiślańskim Kraju pozostać dłużej. A może i one są takie same?
My, Słowianki, wiemy jak użyć mowy ciała!
(ciekawe, z kim przestawał w Rosji, skoro to są najwyraźniej pierwsze Słowianki, jakie poznał)


Przeszedł do gabinetu i usiadł za biurkiem. Rozsiadł się wygodnie za tym starym meblem w stylu bidermayer i oddał się marzeniom.
Bidermayer - biedna odmiana biedermeiera.
Poza tym, borze zielony, co za miszmasz w tym hotelu, każdy mebel z innej epoki...


Szybko mu je jednak przerwano. Do gabinetu wszedł George.
- Zamówiłem już adwokata, tak jak pan sobie zycył! – Powiedział i ukłonił się służalczo.
- Dobrze. – Golden wrócił z marzeń na ziemię i skinął głową.
- Powinien już tu zaraz być! – Służący stał wyprostowany jak struna.
- Dobrze, George. – Powtórzył Pan. – Możesz już odejść.
Służący jednak ani drgnął. Przeciwnie. Zbliżył się do biurka i zaczął się przygladać rozłożonym na nim kartkom papieru. Były to zaproszenia, jakie przedstawiciele warszawskiej society przysłały [te przedstawiciele przysłały] do majacego przyjechać angielskiego lorda. Wszystkie były pisane na drogim, eleganckim papieże (chyba “papieżu”), uginającym się ciężko od wymalowanych na nich ozdobników i tytułów.
Papież jest cierpliwy, wszystko przyjmie.


Zapraszały wyczekiwanego gościa na bale i rauty.
Służący wbił wzrok w jeden z nich (jeden zaproszeń? jeden kartek?), wyjątkowo ozdobny i zawierający wyrażnie kłujący oczy tytuł. George przyglądał mu się dłuższą chwilę. Umiał czytać.
No nie mów! *z podziwem plasnęła w ręce*
Pytanie brzmi, w jakim języku były te zaproszenia.
W tzw. Opkowym Basicu, którym posługują się wszyscy.


- Czy pan pójdzie na bal w ratusu, który wydaje na jego cesc Baron Dalski? – Zapytał i popukał wskazującym palcem w zaproszenie. - Hej! - dodał.
Rozumiem, że to seplenienie miało oddawać irlandzki akcent, ale tu autorka trafiła jak kulą w płot: jak mówią ludzie osłuchani, irlandzki akcent charakteryzuje się specyficzną melodią i bardziej przypomina zaciąganie, zaśpiew, a z seplenieniem nie ma nic wspólnego.
(Jak zobaczycie na filmiku, na północy to wręcz odwrotnie – mają zatrzęsienie głosek szumiących.)
W kanonie Wokulski miał służącego, który wstydził się mazurzenia i przeginał w drugą stronę (“Raż o piąty, drugi raż o ószmy”). No to teraz na odwrót.


Golden zamyślił się. Znowu utonął w marzeniach i zniechęcenie odbiło się na jego twarzy. Wkrótce jednak wrócił do rzeczywistości. Rozpogodził się.
- ” A czemu nie!” – Pomyślał. – ” Przyjechałem tu się zabawić. I na Boga! Będę się bawił!”
- Tak, pójdę! – Powiedział głośno. – Nie wypada robić afrontu odmową temu słowiańskiemu baronowi.
Zastanawia mnie unikanie słów “Polska, Polacy” w tym opku. Miejsce akcji określane jest jako “Przywiślański Kraj”, jego mieszkańcy jako “Słowianie”. Powiedzmy, że można to od biedy uznać za usprawiedliwione u Anglika, który zupełnie się nie zna na tej wschodniej Europie, ale...


- Tak, tak! Taki bal to dobre wytchnienie po ciężkiej pracy. A ile ciekawych ludzi się pozna. – Powiedział Pan dobrotliwie.
- Pozna Pan! – Przytaknął służący. – A da Bóg to i znajdzie Pan tu żonę. Będę miał Panią.
I jak mowa o żonie, to służącemu nagle przeszło seplenienie.
Najwiękse mazenie słuzącego to mieć panią.
I ją obsłuzyć.


Ozwało się pukanie do drzwi.
George poszedł otworzyć. W wejściu stał boy hotelowy, a przy nim jakiś młody, niezwykle elegancko ubrany pan.
- To pan mecenas Klein! – Powiedział boy. – Mówił, że jest tu oczekiwany!
- Tak. – Potwierdził George i wpuścił młodego mecenasa. Za boyem zamknęły się drzwi. George wprowadził przedstawiciela palestry do gabinetu, gdzie oczekiwał go jego Pan.
I mówiąc: “pójdź, moje dziecię, już czas!” zabrał go do Królestwa Niebieskiego.


Golden skinął służącemu głową i kazał zostawić go z mecenasem samym.
Lord wskazał prawnikowi krzesło. Ten usiadł. Przez chwilę obaj wpatrywali się pilnie w siebie. Bardziej zresztą zaciekawiony był Lord Golden. Świdrował spojrzeniem adwokata. Znowu opanowały go marzenia. Otrząsnął się jednak. Nie po to zaprosił tu prawnika, by na jego widok uciekać od rzeczywistości.
Mój zepsuty mózgu, przestań produkować głupie skojarzenia :D


- Pan jako prawnik służy teraz ludzią bogatym. – Powiedział kładąc dziwny nacisk na słowo „bogaty”.
Wydaje mi się, że raczej zaakcentował dziwacznie “ludziĄ”.


- Muszę z czegoś żyć. – Powiedział niedbale prawnik. – Mam rodzinę.
- Mógłby pan za darmo bronić biedaków! – Świdrował go dalej Golden.
– Pfff, a pan mógłby sprzedać wszystko, co ma i rozdać ubogim! – odpalił Klein.


Klein zachłysnął się. Przez chwilę milczał, a póżniej
- Biedacy nie dadzą mi chleba. – Powiedział spokojnie.
- Na studiach był pan pewnie aktywnym, lewicowym bojownikiem! – Dalej nie spuszczał z niego spojrzenia Lord.
- Studia dawno skończyłem. – Uśmiechnął się blado adwokat. – Te czasy dawno minęły i nie wrócą.
Rozumiem, że mamy tu do czynienia z Klejnem – dawnym subiektem ze sklepu Wokulskiego, socjalistą. Nie przypominam sobie wzmianek o tym, by studiował bądź skończył prawo.
Wdał się w konszachty ze studentami z poddasza.


- Nie po to jednak pana wezwałem, by mówić o pana czasach studenckich… – Zaczął spokojnie Golden.
- Jestem do usług! – Wyprostował się Klein.
- No to przejdżmy do interesu. – Orzekł Lord bez ceregieli.
Złą wymowę przejął po służącym.


- Czekam na to! – Skinął głową mecenas.
- Naipierw powiem o wynagrodzeni. Tyle wystarczy? – Napisał sumę na kartce.
Adwokat był wniebowzięty.
- Nawet w najśmielszych marzeniach się nie spodziewałem…
- Mój bank prześle ją na pana konto! – Nie dał mu dokończyć Golden.
A to innowator ekonomiczny! I pewnie jeszcze złoży zlecenie przez telefon?
Ale to dopiero po 1896 roku, kiedy weszła w życie centralka telefoniczna.


Wstał zza biurka i z założonymi po Napoleońsku rękami zaczął się przechadzać po gabinecie. W końcu zdecydował się, co będzie mówił. Podszedł do Kleina i znowu popatrzył mu w oczy.
- Pozostanę jakiś czas w Warszawie… – Mówił nie spuszczając zeń oka. Chciałbym kupić jakiś niewielki, ale wygodny dom w Warszawie. Może będę przyjeżdzał do tego miasta na wakacje, bo mi się podoba. Warto tu mieć dom. I to jest pańskie zadanie, panie mecenasie! – Zakończył kategorycznie przemowę.
- Dziękuję Panu za zaufanie! – Rozpłynął się prawnik. – Nie zawiodę. W Warszawie się dużo teraz buduje.
- Wolałbym jakąś staroświecką willę! – Wpadł mu w słowa Golden.
Taką bez lindleyowskiej kanalizacji i tych wszystkich fiku-miku z wychodkiem w mieszkaniu!


- Będzie wedle życzenia. – Skłonił się prawnik.
- Tylko szybko! – Stwierdził kategorycznie Golden. – Nie uśmiecha mi się zbyt długie mieszkanie w hotelu. Choć hotel macie tu wyśmienity. Śmiało może konkurować z nowojorską Astorią.
W konkursie na najlepszy nieistniejący jeszcze hotel zdecydowanie wygrywa!




Lord Wiliam Golden wszedł do Warszawskiego Ratusza. Miał łzy w oczach. Podziwiał jego przepych i bogactwo.
Przy warszawskim ratuszu Pałac Westminsterski wydawał się skromną budką.


(Btw, baron wydaje bal w ratuszu – hmmm… Ratusz co prawda mieścił się w pałacu, ale czy wydawano tam bale? Czy prywatna osoba mogła tam wynająć salę? Nie wiem, może ktoś z Czytelników jest bardziej zorientowany i rozwieje wątpliwości.)


Warszawa gwałtownie się zmieniała, tutaj zdawać by się mogło, że czas się zatrzymał. Budynek był stary, z każdego jego kąta przebijała wspaniała historia Warszawy. Golden przechodził  o każdej porze dnia pogrązonymi w mroku korytarzami i podziwiał widoki.
Cały dzień tam chodził w tę i wewtę?


na ścianach wisiały portrety wielkich obywateli Stolicy: Kołłątaja, Staszica, Dekerta.
W Warszawie objętej stanem wyjątkowym od 1864 roku?


Wielcy ludzie z obrazów patrzyli z zainteresowaniem na przechodzacego Goldena. Zdawać by się mogło, że zaraz zejdą ze swoich ram, że znowu uformuje się ” Czarna Procesja”.
I co, wręczy mu jakąś petycję o nadanie praw?


Golden chciał się zatrzymać przy portrecie Hugona Kołłątaja i pomyśleć trochę, doleciały go jednak dżwięki orkiestry. Rosmyślił się więc [rosmyślić - myśleć o rosole] i skierował do drzwi sali balowej. Wszedł. Podał stojącemu w drzwiach lojajowi swój bilet wizytowy.
Lojaj = lojalny lokaj.


Lokaj przeczytał.
- Lord Wiliam Golden, par Anglii! – Przeczytał na głos.
Mam pewne pytanie, ale wstrzymam się jeszcze przez kilka akapitów...


W sali zapanowało milczenie. Głowy wszystkich obecnych zwróciły się na wchodzacego. Spojrzenia były zaciekawione. Wszycy chcieli [urąbać wszę łonową] zobaczyć tego gościa – legendę. Przez salę przebiegł szmer podziwu. Momentalnie przy wejściu znależli się gospodarze balu.


- Witamy tak znamienitego gościa! – Baron giął się w wymuszonym, szarmanckim ukłonie.
Golden lekko się uśmiechnął i delikatnie ukłonił się gospodarzowi. Póżniej pocałował w rękę baronową. Baron wprowadził go do towarzystwa warszawskiego.
Arystokracja witała go z radością i uniżeniem. Goldena szczególnie zainteresował Szlangbaum.
Mujborze. Pomyśleć ile problemów z wejściem do “towarzystwa” miał poczciwy Wokulski, co prawda Polak, co prawda szlacheckiego pochodzenia, ale TYLKO kupiec! Jaka przepaść odgradzała go od świata hrabiów i baronów! A tu ot, Szlangbaum na salonach… No więc sorry, ale niemożliwe. Arystokracja nigdy nie wpuściłaby między siebie żydowskiego kupca, choćby nie wiem jak bogatego; zresztą w “Lalce” pokazano, jak silne były antysemickie nastroje pod koniec XIX wieku. Może baronostwo Dalscy robiliby ze Szlangbaumem interesy, ale nigdy w życiu nie spotkaliby się z nim na stopie towarzyskiej.


Ten najpotęniejszy burżuj Warszawy
Najpotężniejszy, czy najponętniejszy? ;)
Najponętniejszy z racji swej potęgi.


po angielsim lordzie wzbudzał największe zainteresowanie.
Tak, wszyscy się zastanawiali, skąd się tu wziął i jak bardzo Dalski musi być u niego zadłużony.
Natomiast Henryk Szlangbaum, Sybirak i druh Wokulskiego, już kilka lat temu starannie skopany przez Prawdziwych Patriotów umączonej Ojczyzny, założył jarmułkę i wrócił do obyczajów judaizmu.


Wokój niego skupiał się krąg przyjaciół.
Wokój = pokój w oku.
Albo skrót od “Wojna i pokój”. Klub dyskusyjny czytelników hrabiego Tołstoja.


Baron Dalski przedstawił Goldena. Henryk Szlangbaun przyjrzał się uważnie gościowi. Coś mu przeleciało przez głowę. Coś chciał powiedzieć. Rozmyślił się jednak i oficjalnie przywitał się z lordem.
Orkiestra już grała walca. Zaczynały się tańce. Grupka mężczyzn przeszła do drugiej sali. Tu na ogromnym stole przygotowany był bufet. Tu też siedziały starsze damy, dumne ze swoich córek, które były przez młodych dżentelmenów rozrywane do walca.
Dobrze, że nie rozwalcowywane.


Oczywiscie, nie wszystkie matki miały się, czym chwalić. Były na balu panienki, które pod ścianą grzały krzesła. Nie wszystkie z nich były brzydkie. Może po prostu nie umiały tańczyć?
Raczej nie miały posagu.


Męskie towarzystwo otaczające Lorda piło z zapamiętaniem drinki [z papierową parasolką?] i z zainteresowaniem słuchało wykładu o sytuacji gospodarczej Angliu. Wielu ciekawiła podróż lorda do Doniecka. Musiał więc ze szczegółami odpowiadać na pytania słuchaczy.
W życiu nie słyszeli o takim mieście jak Donieck i musiał im dopiero wytłumaczyć, że tak się będzie za kilkadziesiąt lat nazywać Juzowka.


Nagle, zaintersowanie mężczyzn się zmieniło! Dał się słuszeć głos wodzireja. Zapowiedział, że specjalnie dla WSPANIAŁEGO GOŚCIA będą grać mazura. Na balu zaparło wszystkim arystokratom dech w piersiach.
Mazur na balach był czymś absolutnie niespotykanym i grano go jedynie od wielkiego święta.
Tylko dla angielskich lordów.


Lord Golden poczuł się mile połechtany po próżności z tego powodu, że specjalnie dla niego będą grać narodowy polski taniec.
Jakby nie dość go połechtało, że specjalnie dla niego wydano cały bal.
Połechtać PO można po piętach, albo po żebrach. Kupa śmiechu z tego jest zawsze.


Lordowi Goldenowi z jakiegoś powodu nie podoba się to, że wszystkie panny na balu oczekują, by je poprosił do tańca, i strzela focha.


Słowiańskie panny nic się nie różnią od panien z całego świata. Nagle, poczuł, że w tym towarzystwie się dusi. Zrodził się w nim przekorny student i zapragnął zagrać na nosie temu napuszonemu towarzystwu, które gotowe się sprzedac za jego tytuł i pieniądze. Urządzi im psikusa i zemści się na całym światowym bon mondzie za jego hipokryzję i obludę. Przestały go interesować wdzięczące się pod ścianami panny. Szybko wykręcił wzrok od zalotnej Adeliny Dalskiej.
Jak się wykręca wzrok? Tak jak żarówkę?
Tak, tylko gwint leci  w odwrotnym kierunku.


Szedł wzdłuż sali i… znalazł.
Na stoleczku w końce samotna, oddalona od ludzi siedziała dama.
Nie wiem, gdzie siedziała. Może na małym stolcu, co zdarzało się w apartamentach bez wychodka,  może w kącie, może na koncie oprocentowana na 1,5%.


Twarzy tej damy nie widział, bo miała spuszczoną głowę i oczy wbite w posadzkę.
Rozumiemy, łączymy się w wysiłku.


Jej wygląd bardzo go jednak zadowolił. Ubrana była w suknię z jasnozielonego muślinu, która fasonem przypominała modę sprzed dziesięciu lat.
Wystroiła się na bal w to, co miała w szafie.
W końcu znalazła coś, co nie było szare.


Dekolt przykryty był przyszarzałą ze starości koronką, a na szyi obramowana była czarną aksamitką. W ogóle dama ta czyniła wrażenie, jakby donaszała suknię po służącej.
Fiu, fiu, kto ubiera służące w muśliny...
Zazwyczaj panie oddawały niemodną garderobę służącym, tu mamy mechanizm odwrotny - służąca oddaje pani swoje łaszki.


Oku światowca Lorda Goldena wydała się kopciuszkiem na tym balu i …bardzo mu odpowiadała. Szybkim krokiem skierował się ku tej damie.
Khę? Damie, która wygląda jak pomiotło?


Ukłonił się i powiedział piękną, literacką polszczyzną, tak dziwną u angielskiego lorda:
- Pani! Towarzystwo oczekuje, że poprowadzę mazura. Nie chcę mu sprawić zawodu. Poprowadzi go pani ze mną. Jestem Wiliam Golden!
– Jam jest William Golden! – zagrzmiał i, rozdarłszy koszulę, pokazał na piersiach lwy brytyjskie złotą farbą kłute.


(swoją drogą, co za rozkazujący ton, żadne tam “czy mogę panią prosić”...)


Dama drgnęła na dżwięk głosu.
Na dżwięk każdy by drgnął. Nie ma mocnych.


Przed chwilą była pogrążona w marzeniach, teraz wszystkie uleciały. Podniosła głowę i spojrzała na mężczyznę.
- Panna Izabela Łęcka! – Lord Golden o mało nie podskoczył, gdy ujrzał jej twarz. Czyżby przeznaczenie!
- Mister Stanisław Wokulski! – Powiedziała Izabela Łęcka po angielsku nie mniej od niego żdziwiona.
On do niej po polsku, ona do niego po angielsku…
Z “irlandzkim” [ż] narratora.


Golden opanował się. Został odkryty i …cieszył się z tego.
Na bok różowa kołderko! Oto ja - Stan Vokulsky!


- Yes, I am Stanislaw Wokulski! – Podniósł dumnie głowę i przeszedł na polski – Ten jeleń, który niegdyś pani ufał, jak nikomu na świecie.
I tutaj moje pytanie, jakim cudem Wokulski, którego Izabela zrobiła w trąbę w roku 1879, jedenaście lat później tytułuje się parem Anglii? *płacze ze śmiechu*
W kasie Imperium prześwitywało dno, więc królowa Wiktoria wprowadziła program szybkiego awansu społecznego; pod hasłem “To nie ród lecz gruby portfel zrobi cię angielskim lordem”.
Ja mam inne pytanie: jakim cudem nie poznał go nikt z towarzystwa, które przecież dziesięć lat temu dobrze go znało - dopiero Izabela? (wiedziona zapewne głosem serca)
Żadna sztuka, założył perukę. To zawsze działa.
I jak mawiał Tuwim - rękawiczki.
Jest też kwestia, dlaczego Wokulski myśli o Warszawie i warszawiakach, jakby naprawdę był Anglikiem - “te słowianki”, “ten słowiański baron” itd. Wprawia się, żeby nie wypaść z roli?
Kiedy wysadzał ruiny w Zasławiu, cegła spadła mu na głowę i zapomniał, kim jest. Do tej pory zdarzają mu się wahania tożsamości.


Izabela wpatrywała się w mężczyznę i nie mogła pohamować żdziwinia.
– Fuuuuuuu! – wzdrygnęło się towarzystwo, a służba natychmiast przybiegła ze ścierkami i kubełkiem.


Jak Los płata nam figle! Pomyślała.
- To było dawno i zapłaciłam za to. – Powiedziała już po polsku.
Ofelio, wszak byłaś w klasztorze!
W tej samej porze u doktora był Ochocki i opowiadał mu, że wczoraj z rana powrócił z Petersburga, a w południe odprowadzał na pociąg wiedeński swoją kuzynkę pannę Izabelę Łęcką, która wyjechała za granicę.
- Wyobraź pan sobie - zakończył - że wstępuje do klasztoru!...


Wokulski przyglądał się jej i uwierzył jej, że się zmieniła. Czas obszedł się z nią łagodnie, nadał była bardzo piękna, choć ubiór i fryzura zaprzeczały temu. Musi rozporządzać bardzo mizernymi środkami, skoro nie wyszła za mąż i gra rolę kopciuszka w swojej sferze.
I na balu siada w kątku na stołeczku :D
A skąd on właściwie wie, że nie wyszła za mąż? Mogła być przecież ubogą wdową.


Nic dziwnego, że się zmieniła! Wzdrygnął się, ale zamiaru nie zmienił.
- Pani, towarzystwo oczekuje, że poprowadzimy mazura. Nie zawiedziemy go przecież! – Powiedział.
Do mazura stań wesoło!


Izabela zdrętwiała. Popatrzyła na niego, na idących ku sali balowej młodych i…podała mu rękę. Wokulski skłonił się, ale podanej mu ręki nie pocałował. Zauważył tylko, że była bez rękawiczek.
Orkiestra grała. Taniec ruszył. Wszyscy wywijali żwawo. Nawet staruszkowie, nie oburzali bon mondu. Żaden nie dostał zawału.
No bo zawał na przyjęciu to absolutne faux-pas i sytuacja towarzysko niewybaczalna.


Nastąpiła zmiana partnerek. Wokulski na moment uścisnął dłoń w rękawiczce baronówny Dalskiej.
Rękawiczka była baronówny, ale dłoń - czyja?


Pochwycił jej spojrzenie.
Tej dłoni.
Przeleciał go dreszcz. Na szczęście, szybko wrócił do swojej partnerki.
Baronowa Dalska siedziała na galeryjce z innymi damami, obserwowała tańczace pary i robiła dobrą minę do złej gry.
- Widzę, że szanowny angielski lord zrobił nam wszystkim psikusa! – Roześmiała się Szlangbaumowa.
O raju, nawet ją wpuścili na bal, bez kręcenia nosem, że idzie smród cebuli i macy.
Musieli mieć naprawdę spore długi.


- Nie rozumiem, o co pani chodzi? – Udała żdziwienie Baronowa Dalska.
- Chodzi o to, że Lord Wiliam Golden zagrał nam wszystkim na nosie. – Usłużnie poleciała z informacją baronowa Krzeszowska.
Która już kilkanaście lat temu “miała się na umarciu”, a jej krewni cieszyli się na spadek?


W jej głosie nie obyło się bez złośliwości – Zamiast naszych pięknych córek wybrał starą, zakompleksioną pannę.
Ci Anglicy, zawsze ekscentryczni!


- O ile się nie mylę, twoja córka już dawno nie żyje! – Odgryzła się baronowa Dalska.
Cios był celny. Baronowa Krzeszowska gwałtownie zamilkła i spuściła głowę. Przez dłuższą chwilę nie potrafiła wymówić ani słowa. Póżniej cała złośliwość z niej uleciała.
- Jedna jaskółka nie czyni wiosny! – Powiedziała.
Bardzo lubię te z sempiterny wzięte mądrości.
Pierwsze koty za płoty; pierwsze śliwki robaczywki;. jedna  córka już nie żyje, a ta druga w misce nogi myje.


– Jeśli lord Golden zechce pojąć za żonę Słowiankę, na pewno wybierze twoją córkę. To bez wątpienia najładniejsza dziewczyna w całym Przywiślańskim Kraju.
Nożeż murwa w kadź. “Przywiślański Kraj” to była nazwa nadana przez zaborcę, żaden Polak nie użyłby jej z własnej woli. Znosiłam to jeszcze jakoś, póki tej nazwy używał narrator – ale bohaterowie?!
A tak w ogóle - to albo po polsku “Nadwiślański”, albo po rosyjsku “Priwislinskij”.


Baronowa Dalska aż pokraśniała od komplementu. Była jednak damą i nie dała tego po sobie poznać.
Znaczy, umiała rumienić się - niewidocznie? Wyższa szkoła opanowania!


- Adelka jest pełnoletnia. – Powiedziała godnie. – Sama wybierze sobie męża. Nie będziemy stali na przeszkodzie jej sercu.
Mów sobie tak do lat ‘30 dwudziestego wieku.


Baronowa Krzeszowska się roześmiała.
- Nie będziemy stali na przeszkodzie jej sercu, o ile to serce będzie zgodne z naszymi planami! – Powiedziała wśród śmiechu.
Tymczasem mazur się skończył. Trwał walc Johana Strausa, [albo Janka Muzykanta pseudo Struś] kompozytora, który przebojem zdobywał cały świat.
Ale i tak wszyscy go mylili z o wiele bardziej znanym Johannem Straussem.


Bla bla bla, Wokulski nadal tańczy z Izą, arystokratyczne panny wściekają się z powodu afrontu, a najbardziej – Adelina Dalska, która obiecuje w duchu zemstę.




Baronowa z córką oraz Izabelą odbywają przejażdżkę po parku.


- Lord Golden to niezwykle uroczy człowiek! – Słowa wypowiedziane z należytym namaszczeniem przez baronową odwróciły uwagę Izabeli od wiośnianej Adeliny.
Przestała ją kopać po kostkach?


- Muszę przyznać, że zrobił na mnie pewne wrażenie. – powiedziała obojetnie Izabela wyrwana z zamyślenia.
- Pewne!? – Baronowa była w najwyzszym stopniu oburzona ignorancją kuzynki. – Całą Warszawę powalił na kolana.




- Na kolana! – Wzruszyła ramionami Izabela. – Już kiedyś ten człowiek powalił to miasto na kolana. I co z tego? – Dodała z jakimś wewnętrznym smutkiem.
Barona Dalska była żdziwiona jej słowami. Smutku w jej słowach jednak nie zauważyła . Może nie chciała.
- O ile się nie mylę, to Lord Golden jest po raz pierwszy w Warszawie. – Sprostowała.
- Lord Golden tak! – Potrwierdziła z jakimś smutnym uśmiechem Izabela. – Ale nie Wokulski…
Baronowa była w pełni żdziwiona. Popatrzyła na kuzynkę, jakby posądzała ją o chorobę umysłową.
- Jaki Wokulski? – Zapytała. – Co ty bredzisz? Nikt poza Lordem Goldenem nie przyjechał do Warszawy.
Ani jedna osoba, zamknięto dworce i zabarykadowano drogi dojazdowe.


Izabela popatrzyła uważnie na baronową i roześmiała się. Bawiło ją pomieszanie kuzynki.
Nie, to kuzynka myśli, że tobie się pomieszało, Izabelo, wiesz gdzie.


- Lord Wiliam Golden to Stanisław Wokulski. – Wyjaśniła rzeczowo, gdy się uspokoiła.


Baronowej Dalskiej zaczęło rozjaśniać się w głowie. Znała ze słyszenia historię niejakiego Wokulskiego. Słyszała, że był to człowiek, który dziesięć lat temu zrobił w Warszawie oszałamiającą karierę. Był milionerem. Póżniej coś mu się pomieszało w głowie, przepisał majątek na jakichś biedaków i słuch po nim zaginął. Czyżby wyjechał do Anglii robić dalszą karierę? Wspaniały człowiek! Polak angielskim lordem to kąsek lepszy niż jakiś tam Wiliam Golden.
Aż jej się zrymowało z wrażenia.


- Ten Stanisław Wokulski, który dziesięć lat temu obudził naszą sferę. Wykazał, że arystokracja też nadaje się do biznesu.
A potem, gdy zobaczył jak to działa to się zabił.


– Zapytała żądając od Izabeli potwierdzenia swoich przypuszczeń.
- Ten sam! – Potwierdziła Izabela wybuchając śmiechem, bo bawiło ją bałwanochwalcze zainteresowanie baronowej lordem – Polakiem.
Bałwanochwalcze! Kupuję to określenie :D


- Wspaniały człowiek. – Skontatowała Dalska. – Wyjechać za granicę i tam zbić fortunę. Rule Britania! – Krzyjnęła z emfazą i aż z emocji podniosła się na siedzeniu. Parę przechodzących ludzi spojrzało na nich z ciekawością.
Paru innych zakreśliło dyskretnie kółka na czołach.


- Raczej Viva Polonia. – Powiedziała z uśmiechem Izabela i uspokoiła kuzynkę. Baronowa Dalska opadła na siedzenie i z przejęciem zaczęła się wachłować wachlarzem. Było jej duszno. Wybrała na męża dla córki angielskiego lorda, który okazał się Słowianinem z nad Wisły. To za dużo jak na jej nerwy. Jej patriotyzm został mile połechtany.
- Obiecujący młody człowiek.
Jak widać, młodość jest pojęciem bardzo względnym.


– Powiedziała patrząc z czułością na swoją córkę, która właśnie wychwyciła spojrzenie matki i spuściła skromnie oczy.
Izabela przygladała się uważnie kuzynce. Odgadywała jej intencje i uczucia. Znała ją doskonale. Bawiła się wyśmienicie.
Żelazne nerwy ma ta kobieta; inna na jej miejscu rozpamiętywałaby dzień i noc ten bal, zastanawiała się, co to znaczy, że Wokulski ją odnalazł i tańczył tylko z nią, a może wciąż ją kocha… A ta spokojnie rozmawia z kuzynką o jej planach “złapania” Wokulskiego dla córki i jeszcze świetnie się przy tym bawi.


- Obiecujący zgoda! – Roześmiała się. – Ale już nie młody!
Przerwały dyskurs i znieruchomiały, bo zbliżał się obiekt ich wymiany zdań. Zapiekły ich [je] policzki. Poczuły się jak gimnazjalistki przyłapane na psocie.
Raczej pensjonarki.


Lord Golden zbliżał się do landa. Był ubrany z niedbalą angielską elegancją. Miał na sobie jasny garnitur, na głowie melonik, w ręku trzymał laskę. W ogóle wyglądał niezwykle elegancko, typ dżentelmena z nad Tamizy. Poznał panie. Podszedł do powozu i uchylił melonika. Lando stanęło.
Adelina także go dostrzegła. Posłała mu wdzięczny uśmiech i odwróciła głowę ku matce. W całej jej fizjonomii przebijało posłuszeństwo wobec rodzicielki. Znała plany matki i… w całej pełni je akceptował. Zresztą, pamiętała bal, pamiętała jak ją upokorzył i pamiętała, że obiecała mu zemstę. A zemsta jest słodka!  Wyjdzie za niego, jak chce matka. Najpierw jednak sprawi mu trochę bólu. Chce go widzieć przed sobą na kolanach. Niech cierpi tak, jak ona cierpiała, gdy… nie wybrał jej do mazura. A to był ból, jakiego jeszcze nie znała! Okropny!
To się nie mieściło w jej słowniku savoir-vivre’u!


Lord Golden pochwycił uśmiech mlodej panny. Odpowiedział jej tym samym i spojrzał jej w oczy. Spojrzał, to była tylko chwila, ale utonął w tych oczach. Wzdrygnął się. Co się z nim dzieje? Jest przecież dojrzałym mężczyzną, zahartowanym i odpornym na wdzięki nie tylko podlotków, ale i dojrzałych flirciarek. Nie da sobą kierować.
- Witam panie! – Powiedział niezwykle uprzejmie z niezwykłym szacunkiem.
To niezwykłe.


Kiedy to mówił, nie patrzył na panne Łęcką.
- Witamy w Warszawie! – Uśmiechnęła się z przesadną uprzejmością baronowa Dalska. – Jak się panu podoba nasza Stolica po dziesięciu latach panie Wokulski?
Wokulski roześmiał się.
- Widzę, że cała Warszawa już wie, kim jestem. Zostałem odkryty. – Powiedział wśród śmiechu, bo bawił się doskonale.
Nie to co Józef Holski, który założył ciemne okulary i to wystarczyło, żeby rodzona córka go nie poznała...


Izabela spojrzała na niego.
- Wybaczy pan, że powiedziałam mojej kuzynce, kim pan jest. – Powiedziała i szybko spuściła głowę.
Wokulskiemu ten gest wydał się sztuczny.
- Nie gniewam się. – Odpowiedział zgryżliwie. – Wiedziałem, że w tym mieście nie utrzymam długo w tajemnicy mojej tożsamości.
No raczej. Hrabia Monte Christo mógł pozostać nierozpoznany, bo dojrzały mężczyzna, zmieniony jeszcze przez długie lata ciężkiego więzienia, to całkiem co innego niż dwudziestoletni chłopak. Ale w dojrzałym wieku człowiek nie zmienia już się tak bardzo, więc nie wiem, jak on właściwie chciał zachować incognito.


Baronowa nie znała stosunków, jakie kiedyś łączyły angielskiego gościa z jej kuzynką.
To chyba żyła pod kamieniem albo na głuchej prowincji; przecież zaloty “parweniusza” do panny Łęckiej były najgorętszym tematem plotek w towarzystwie.


Żdziwiła ją jednak zgryżliwość z jaką potraktował Izabelę.
- ” Pewnie nie lubi starych panien. ” – Pomyślała i postanowiła coś zrobić, by odwrócić uwagę gościa od smutnego obiektu.
Tu proszę patrzeć! Tu! Adelinko, pokaż panu!


- Nie powinien się pan ukrywać. – Powiedziała uśmiechając się do niego z przesadną kurtuazją. – To zaszczyt dla NASZEGO NARODU, że mamy tak WSPANIAŁYCH OBYWATELI.
- Niech mi pani baronowa tak nie kadzi, – Uśmiechnął się pobłażliwie Wokulski. – Nie jestem wcale tak wspaniały.


- Jest pan! – Powiedziała z naciskiem Baronowa. – I będę kadzić, bo jest za co. Dorobić się majątku za granicą i przyjechać go wydać dla dobra BIEDNEGO KRAJU! – Baronowa była pompatyczna na i teatralna.
Wokulski zamyślił się. Spojrzał na baronową, potem rzucił okiem na Izabelę i zdecydował się.
- Nie droga pani baronowo! – Powiedział z naciskiem. – Przyjechałem go wydać wyłącznie z myślą o sobie!
Skierował wzrok ku Adelinie. Baronówna właśnie opuściła wachlarz i przyglądała się Wokulskiemu. Nie zauważyła, że została przyłapana na tej czynności. Nie zdążyła zareagować. Wokulski uśmiechnął się do niej, a następnie wziął w swoją dłoń jej malutką dłoń ukrytą w białej rękawiczce, odwrócił ją do góry, przyjrzał jej się uważnie, a następnie nie zważając na obecność matki Adeliny i Izabeli, pocalował ją. Adelina spłonęła rumieńcem i zadrżała z gniewu. Takiej beszczelności się nie spodziewała.
Szczelny, czy beszczelny – to sprawa hydraulika!


Żaden mężczyzna nie potarktował jej tak …wulgarnie. Ten …Wokulski zainteresował ją!



Młody człowiek , który stał w gabinecie barona Dalskiego po drugiej stronie biurka, był malarzem. Baron siedział na krześle i przyglądał się artyście. Uśmiechnął się do siebie. Był zadowolony ze swojego wybory.  Po młodym mężczyżnie już na pierwszy rzut oka było widać, że reprezentuje zawód wybrany przez Boga.
Ale masz na myśli tego Boga, który zakazał tworzenia wizerunków istot żywych?


Był to mlodzieniec bardzo chudy i bardzo wysoki. Chudość jego to może brała się stąd, że jako artysta malarz rozporządzał nikłymi środkami pieniężnymi i w związku z tym rzadko najadał się do syta. Wzrost jednak niewątpliwie odziedziczył po swoich przodkach, też artystach.
Aha, wyznacznikiem talentu artystycznego jest wzrost. Zapamiętać.


- Pan baron mnie wzywał? – Zapytał z lekką nonszalancją fircyka.
-Mam dla ciebie pracę, młody człowieku! – Baron Dalski mierzył go badawczym spojrzeniem.
- Praca jest ostatnią rzeczą, która mnie kręci! – Roześmiał się w nos arystokracie malarz.
Nie zdetonowało to jednak barona.
Był przyzwyczajony, że jego rozmówcy czasami wtrącają do swoich wypowiedzi kolokwializmy z czasów, które dopiero nadejdą.
Nie takie rzeczy się widziało i słyszało, kiedy ten śmieszny człowiek w muszce zaprosił go kiedyś do takiej dziwnej niebieskiej budki.


- Ale pieniądze lubisz? – Zapytał pobłażliwie.
- No cóż! – Malarz udał, że przejął się ripostą barona. – Od czasu do czasu trzeba mieć coś, dzięki czemu można sobie wypełnić brzuch. Niestety, ten fałszywy przyjaciel, wbrew nam, trochę za często domaga się swoich praw.
- A zatem trafiłem dobrze! – pokiwał głową baron i roześmiał  się.
- Co miałbym robić dla pana barona? – Malarz również odpowiedział gospodarzowi śmiechem. – Mam zostać lokajem pana barona?
Dalskiego ubawiła ta chęć odgrywania twardziela przez artystę. Wiedział bowiem, że głodnemu malarzowi zależy na pracy dla niego.
- Nie chcę upakarzać Monsieur Artysty! Chcę go tylko upaćkać! – Powiedział twardo, ale z drwiącą ironią. Nie miał zbyt dużego mniemania o Warszawskiej Bohemii.
Istotnie, o wiele ciekawsza była Bohemia Praska.
Może chodzi po prostu o warszawską Pragę?


– Mam pracę zgodną z pańską profesją. Chcę, żeby pan namalował dla mnie obraz.
- O!!! – Wykrzyknął z najwyższym żdziwieniem malarz, bo nie miał zbyt wysokiego mniemania o duszach baronów z Przywiślańskiego Kraju.
Ghrrrrr, jeszcze raz zobaczę tę nazwę...


- Tak, obraz. Dobrze pan zrozumiałeś. – Pokiwał z pobłażaniem głową malarza.
– Ała, zabieraj te łapy, uszy mi urwiesz! – wrzasnął malarz.


- A jaki ma być temat obrazu dla pana barona. Jelenie na rykowisku. – Odciął się malarz.
- Pejzaże mnie nie interesują. – Baron nie dostrzegł ironii w tym stwierdzeniu. – Zamawiam u pana portret…
- Pana barona do galerii rodowej. – Wpadł mu w słowa malarz.
Baron nie dostrzegł kpiny w słowach artysty. Teraz był już całkowicie poważny.
- Do rodowej galerii, ale nie mój tylko mojej córki. – Powiedział.
- Nie ma pan baron portretu własnej córki? – Ton malarza ani na jotę się nie zmienił.
Rany, a niechby miał i dziesięć, i zamawiał jedenasty – co to go obchodzi? Zamówienie to zamówienie, brać, nie wybrzydzać!


- Nie do mojej galerii…- Tłumaczył wyrozumiale baron, bo uważał, że taki prostak jak malarz nie ma pojęcia o subtelnościach życia arystokracji. – Moja córka wkrótce wychodzi za angielskiego lorda. – Wokulski jeszcze się wcale nie zainteresował nawet baronówną Dalską, ale baron był już pewien, że się pobiorą. Ba, dałby sobie rękę uciąć, że Golden niedługo się zdeklaruje.
Miał poważne powody, żeby tak uważać – jeden bal, na którym Golden w ogóle nie zwrócił uwagi na jego córkę i cały czas tańczył z pogardzaną starą panną.


– Portret ma zdobić ścianę w stylowym angielskim palacu. – Kończył tłumaczenie.
Malarz w lot pojął intencję barona i … ogarnęła go tym większa kpina.
- Dlaczego pan baron wybrał akurat mnie? – Zapytał. – W Warszawie jest tyle malarzy akademików. Są lepsi do malowania portretów do galerii rodowych.
Doprawdy, ten facet robi wszystko, żeby nie przyjąć tego zamówienia.
Więcej sensu miałoby, gdyby próbował wytargować wyższą cenę.


- Podoba mi się pańskie malarstwo. – Pokiwał głową baron.
- Ale ja maluję w stylu Toulouse – Lotraicka! – Roześmiał się malarz.
Baron skrzywił się, jakby mu ktoś dał do zjedzenia niedojrzałą cytrynę. Jak można było tak przekręcać nazwisko słynnego artysty! W pierwszej chwili chciał wyprosić malarza, bo zwątpił w jego jakiekolwiek rozeznanie w świecie sztuki, ale powstrzymał się. Snobizm na wszystko co modne zwyciężył w nim.
A poza tym Toulouse-Lautrec to żaden artysta, miał tylko 142 cm wzrostu.


- Nie chcę portretu akademickiego. Chcę, aby to był nowoczesny portret. – Powiedział. – Moja córka zasługuje na to! – Powtórzył z naciskiem.
- Ale ja nie wiem, czy chcę ją malować… – Zaczął malarz.
Baron wreszcie dostrzegł kpinę i uniósł sceptycznie brew.
– Panie artysta, pan mi łaski nie robisz – oznajmił chłodno. – Jesteś pan tylko zapoznanym pacykarzem, który mieszka w biednej dzielnicy i przymiera głodem; nie stać pana na takie kpinki. Wybrałem pana, bo chcę mieć portret po taniości, nie mam zamiaru się wykosztowywać na jakieś sławne i modne nazwiska… ale jak się panu nie podoba, to tam są drzwi. Warszawa jest pełna takich jak pan.


- Mam tu coś, co wzmoże pana ochotę. – Nie dał mu dokończyć baron i podsunął mu pod nos czek. – Drugie tyle po zakończeniu pracy! – Roześmiał się.
Malarz przyjrzał się kwocie i… buta w nim stopniała. Na początku pomyślał, że powinien ten czek cisnąć baronowi w twarz, nie zdobył się jednak na to.
- ” Cóż sztuka wymaga poswięceń! ” – Pomyślał i wiedział, że nie odmówi. Pieniądze były kuszące.
But whyyyy? Niech ktoś mi wytłumaczy jego opory. Co złego jest w malowaniu portretu pięknej dziewczyny?
Może to dla ówczesnych zbuntowanych artiiistów to było równie uwłaczające, co dla Bernarda Ż. malowanie Kaczorów Donaldów na nocniczkach?


Baron mimikę twarzy malarza zrozumiał jednoznacznie.
- Zatem interes ubity panie, jak panu? – Zapytał bezpardonowo i podał malarzowi rękę.
Baron nie zna jego nazwiska. Uśmiechnął się. Powinien się tego spodziewać.
Znaczy, zawiera umowę, twierdzi, że podoba mu się jego malarstwo – a nawet nie zna nazwiska?! To skąd on go wytrzasnął? Może wysłał lokaja z poleceniem “znajdź mi jakiegoś malarza” – a ten złapał pierwszego lepszego, który właśnie na ulicy pobielał płot wapnem?
Facet zdziwił się, że ma namalować obraz, więc to bardzo prawdopodobne.


- Taki to los artysty! – Powiedział z przekąsem. – Jego sztuka jest znana, on nie. – Chciał się roześmiać, ale coś go powstrzymało. – Nazywam się Krzysztof Wolski. – Powiedział poważnie i uścisnął wyciągniętą dłoń barona.
- No to interes ubity, panie Wolski! – Stwierdził baron. – Zaraz przyślę panu córkę.
Wyszli z gabinetu. Baron zaprowadził malarza na taras, bo uznał, że to będzie najlepsza sceneria do portrety. Potem zniknął w głębi willi. Wolski został sam. Miał trochę czasu na przemyślenia. Dzisiaj rozleciał się cały jego świat.  Do tej pory istniała dla niego tylko sztuka. Cóż że nie dojadał!. Mógł jednak malować i był wolny. Baron rozwalił w jednej chwili cały jego misternie zbudowany świat. Pokazał mu czek i … artysta ucieszył się, że ktoś docenił jego sztukę. Odezwał się żołądek. Doszedł do wniosku, że pieniądze też się w życiu liczą. Poczuł niewysłowioną odrazę do siebie, bo odgadł, że nie był już wolny. Należał do barona.
Kolego, chyba spałeś na zajęciach z historii sztuki. Najwięksi artyści w dziejach przyjmowali zlecenia i nie narzekali; sądzisz, że Michał Anioł wymalował Kaplicę Sykstyńską ot, tak, dla kaprysu i w czynie społecznym?


Do rzeczywistości obudził [przywrócił] go szmer otwieranych drzwi. Spojrzał w ich kierunku i ujrzał zjawisko. Na taras wyszła Diana. Czarne, puszczone luzem włosy spływały jej na plecy. Nad czołem miała srebrny diadem , spod którego na twarz wychylały się niesforne loki. Ubrana była w białą rzymską tunikę do kostek, spod której wyzierały nagie ramiona. Dołem tunika miękko oblekała nogi i wdzięcznie ukazywała ich kształt.
- Co to jest? – Tylko tyle mógł ze żdziwieniem powiedzieć.
Zastanawiam się, czy aŁtorka nie zna kombinacji klawiszy Alt+X, czy u niej w regionie mówi się “żdziwić”. Raz, drugi, to mógł być przypadek, ale nie wiecej…
Tak jest do końca. W innym opku tej autorki, z roku 2016, mamy np. “znależć”. Poza tym “ździwić” też byłoby błędnie…
Tak, nie mam na myśli tego, że byłoby prawidłowo :), ale najwyraŹniej wersja “zdziwić” nie jest w ogóle brana pod uwagę.


- Jestem Adelina Dalska. – Usłyszał wdzięczny, srebrzysty głos i zaczerwienił się po czubki uszu. Żdziwiła go ta reakcja, Jeszcze nigdy nie poczuł się tak zdetonowany w obecności kobiety.
- Papa mówił, że będzie pan malował mój portret. Jestem gotowa. – Mówił dalej wdzięczny głos.
Wolski odzyskał tupet.
- Ależ jakżesz [jakżeż] się pani ubrała? – Zapytał ostro. – Sądziłem, że to będzie portret solidnej mieszczańskiej Giocondy.
– Jak się pani ubrała! Proszę natychmiast zdjąć te bezwstydne łaszki! Znaczy… eee… nie to miałem na myśli…


Adelina roześmiała się. Jej śmiech wbił się w uszy Wolskiego, przewiercił do móżgu (a wręcz żgnął go w móżg) i pozostał tam.
- Nie chcę portretu porcelanowej lalki! – Powiedziała pośród śmiechu. – Monsieur Artiste, maluj mnie tak! – Rozkazała twardo i była w tym podobna do barona.
Namaluj mnie tak, jak jedną ze swoich francuskich dziewczyn!


Wolski jednak tego nie zauważył. Widział wdzięczną postać w białej tunice i zawładnęła ona nim.
- Jutrzenka Miłości. – Powiedział cicho.
- Słucham! – Zagadnęła Adelina i odwróciła twarz. Wolski pomyślął, że się wstydzi i jakże jej z tym było do twarzy. Ona tymczasem odwróciła twarz, by ukryć śmiech. Pomieszanie artysty bawiło ją. Nie znała malarzy, ale wyobrażała sobie, że są to ludzie twardzi i cyniczni. Niełatwo ich zaskoczyć. Tymczasem ten był uczuciowy i miękki i … nie bawił jej.
Więc ona postanowiła zabawić się nim?


- Zatytułuję obraz ” Jutrzenka Miłości”. – Usłyszała jego uduchowiony głos. Przestała się nim interesować. Jej myśli poleciały w stronę Wokulskiego. Przypomniała sobie, jak ją pocałował w rękę. To był mężczyzna wart zachodu. Wprawdzie stary, ale co to szkodzi. Upokorzy go tak jak on ją upokorzył. Co to będzie za rozkosz!. Rozkocha go w sobie, będzie klęczał u jej stóp. Uśmiechnęła się, co spowodowało, że malarz Wolski rozpłynął się w marzeniach. Ona tymczasem śniła o czasie, kiedy zostanie lady. Lady, to warte jest zachodu!




Izabela Łęcka rozmyśla o swoim życiu i zmarnowanych szansach. Zakochała się w Wokulskim właśnie wtedy, kiedy z nią zerwał, a gdy straciła nadzieję na to, że on jej przebaczy, a potem rozeszły się pogloski o jego śmierci, wstąpiła do szarytek. Wytrzymała tam jednak tylko rok, ale od tej pory już zawsze występuje w szarych sukniach.
Z wyjątkiem tego jednego razu, kiedy założyła jasnozieloną (ale z szarą ze starości koronką).


Zmarł ojciec i nie zostawił jej żadnego majątku. Wokulski gdzieś przepadł, mówiło się, że zginął wysadzając Zasławskie Ruiny. Uwierzyła w to i … załamała się do reszty. Czekało ją teraz bardzo skromne życie na towarzyskiej łasce bogatych krewnych. Ojciec nie zostawił jej wiele. Kapitalik, który jej został po Wokulskim nie pozwalał na życie na stopie, na jakiej żyła do tej pory.
Coooo??? Jaki kapitalik? Czy Izabela, jako narzeczona, doiła z Wokulskiego kasę?
A może znalazła jednak tę cenną blaszkę metalu Geista i sprzedała?


Musiała się nauczyć żyć w ubóstwie i , o dziwo!, nie przeszkadzało jej to. Zrobiło jej się wszystko jedno jak żyje i za co. Ważne, że w ogóle żyje! Choć często zastanawiała się, po co. W klasztorze jednak nauczyła się cenić życie. Samobójstwo i skrócenie mąk nie przychodziło więc jej na myśl. Wegetowała więc w zgodzie z sobą i z ludżmi.
Sprzedała elegancki dom i wynajęła mieszkanie w kamienicy czynszowej.
Jaki dom? Kamienica Łęckich została zlicytowana jeszcze w trakcie akcji “Lalki”.


Mieszkała teraz w czterech pokojach. Posiadała jedną służącą. A mieszkanie razem z nią dzieliła jej wierna, uboga kuzynka Florentyna. Zresztą teraz majątkiem i pozycją, choć tą drugą nie całkiem, Izabela ze względu na nazwisko była zapraszana do domów arystokracji, Florentyna jak dawniej nie, zrównały się ze sobą, stały się sobie jak nigdy dotąd bliskie.
Stały się tak bliskie jak to zdanie jest pokręcone.


Izabela przestała dbać o siebie. Nie zależało jej na strojach. Moda się zmieniała, a ją Warszawa widziała stale w szarej sukni, przywodzącej na myśl modę z lat siedemdziesiątych. Różnica była taka, że nie nosiła turniury. Starzejąca się panna tak wbiła się w codzienny pejzaż Warszawy, że Warszawiacy nadali jej przydomek: szalona hrabianka.
(...)
Lata upływały. Nastał rok 1990, a usposobienie Izabeli się nie zmieniało. Wiedziała, że się starzeje, jest i zostanie starą panną.
No, w wieku stu trzydziestu siedmiu lat rzeczywiście niewielkie miała szanse na zamęście.
Może w Gruzji znalazłaby odpowiedniego kawalera w swoim wieku.


Florentyna właśnie weszła do sypialni i usiadła na łóżku obok szezlonga.
- A ty jeszcze w domowych pieleszach? – Zapytała z troską w głosie.
Izabela drgnęła wyrwana z marzeń. Przed chwilą majaczyły jej się w pamięci czerwone ręce, teraz poczuła się całkowicie wyzwolona od kosmaru (kosmatego koszmaru) i trzeżwo rozejrzała się po sypialni. Ujrzała… Florentynę.
- A co mam innego robić w tym domu? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie i mimo woli nie uniknęła w głosie pewnej nostalgii.
- Wyjść z domu! Tyle się ciekawego dzieje w Warszawie. – Zachęcała ją kuzynka.
- A co niby ciekawego się dzieje w Warszawie? – Izabela jak zwykle nie wykazała entuzjazmu na tę zachętę do podniesienia się z szezlonga.
- A choćby przyjazd tego Lorda Goldena! – Powiedziała Florentyna. – Nawet ja o tym już wiem, a co dopiero cała Warszawa. Wszystkie gazety o tym piszą.
Mujeju jeju, królowa go adoptowała, czy jak? Bo sensację robią, jakby przyjechał co najmniej członek rodziny królewskiej.
Może przypominał jej Albercika?


Izabela zdradza Florentynie, że lord Golden to w rzeczywistości Wokulski.


- Chyba się teraz zejdziecie? Jak pięknie byłoby widzieć, że wasza miłość przetrwała tyle lat mimo przeciwności. To piękne! – Snuła na głos marzenia Florentyna.
- Piękne, ale nierealne. – Uśmiechnęła się kwaśno Izabela.
- Dlaczego nierealne? – Zapytała Florentyna wciąż pełna nadziei. – Tańczył przecież z tobą mazura.
- Tańczył, ale to nic nie znaczy. – Powiedziała trzeżwo Izabela. – Minęło dziesięć lat i Wokulski całkowicie się zmienił. Ja też się zmieniłam. – Dodała smutno.
- Zmieniłaś się, ale na lepsze i on to doceni. – Znowy entuzjastycznie powiedziała Florentyna.
Izabelę poruszyło to, co usłyszała. Zastanowiła się chwilę, a póżniej nieznacznie uśmiechnęła.
- Zmieniłam się i co z tego. – Powiedziała nostalgicznie, a póżniej zaczerpnęła olbrzymi chaust powietrza (przez “ch” bo z cukrem) i mówiła niezwykle realnie oceniając sytuację, ale jakby na jednym oddechu. – Ja nie dla niego. Ty nie wiesz, jakie on ma powodzenie. On woli młodsze, zadbane i eleganckie. Niech znajdzie tę o której marzy. Życzę mu tego z całego serca.
- Ty też jesteś ładna, tylko się musisz modnie ubrać. – Skwitowała perorę kuzynki Florentyna.
- Nie mam pieniędzy! – Skwitowała krótko i dobitnie Izabela i zapomniała o obecności Florentyny. Znowu utonęła we snach na jawie. Śniły jej się dawne lata. Florencja. posąg gladiatora i jego czerwone ręce. Ach te silne czerwone ręce. Ileż by wywołały doznań gdyby ją ścisnęły mocno, z całej siły, do… utraty tchu. Ona zaś wolała fircykowate ramiona Kazia Starskiego. Kazio żle skończył po przegraniu wszystkiego w Monte Carlo. Ona zaś… na zawsze straciła swoją szansę. Pozostało jej nieść swój krzyż do końca, a tym krzyżem będzie patrzenie jak William Golden vel Stanisław Wokulski zaznaje szczęścia u boku osiemnastoletniej Adeliny Dalskiej. I dobrze! Należy mu się!




Wokulski usiadł za biurkiem, podparł głowę rękoma i uśmiechnął się. Był człowiekiem sukcesu, wszędzie, gdzie się pojawił spotykał się z przejawami sympatii i uznania. Mile to łechtało jego ego. Cieszył się z tego, że był dla ludzi kimś niezastąpionym, że był WIELKIM. Zwłaszcza w Warszawie jego radość była największa. To miasto zasłużyło na to, że musi mu się kłaniać w pas. Cieszył się z tego, że Warszawa tak się przed nim upokarzała. Gdy patrzył na ulice, tak różniace się dzisiaj od tych sprzed dziesięciu lat; kiedy podziwiał nowoczesne domy przywodzące na myśl styl Neu Yorku;
Neu? Chodzi o Kleindeutschland?


mimo woli uśmiechał się do siebie i z rozrzewnieniem wspominał swoją oszałamiającą karierę. Czy gdyby nie doznał tu tragedii i nie wyjechał stąd byłby dzisiaj tym czym jest?
Kiedy przed dziesięciu laty wyjeżdżał z Warszawy zrospaczony, (zaropiały i z ospą?) długo nie mógł sobie znależć swojego miejsca na ziemi. Tułał się bezmyślnie po całym świecie. Zwiedził wszystko, co było do zwiedzenia na świecie. Grał w Monte Carlo, włóczył się po Monmartrze, zwiedził Neu York, próbował szczęścia w poszukiwaniu złota na Alasce. Wszystko go nudziło. W końcu wrócił do Angli. Zdecydował się. Tu … osiądzie. Wybór był znakomity. Los chyba mu sprzyjał. Jego majątek mocno nadwerężyły podróże, to co mu zostało postanowił zainwestować. Trafił wyśmienicie. Kupił starą, zrujnowaną kopalnię węgla kamiennego w Plymouth. Odnowił ją, zatrudnił nowych górników i podwyższył im pensje.
Ale co z tego, skoro w rejonie Plymouth nie było złóż węgla. Chyba że chodzi o Plymouth w Pensylwanii.


Produkcja zaczęła iść pełną parą. Wkrótce wszedł na giełdę, a jego akcje rosły z dnia na dzień. On zaś stawał się ” Królem Węglowym”. Wokół kopalni zbudował eleganckie osiedle dla górników. Budował przytułki dla ubogich, szpitale, ufundował fundusz, z którego wypłacano zapomogi dla górników, którzy stracili możność zarobkowania z powodu wypadków, którym ulegli przy pracy. Jego starania doceniła królowa Wiktoria. Nadała mu Order Podwiązki, który z dumą nosił.
Wywołując tym samym potężny skandal dyplomatyczny i niemalże wojnę z Rosją. Spośród cudzoziemców orderem mogą zostać odznaczone tylko koronowane głowy.


Nadała mu tytuł Lorda Anglii.
Tak. Dziwiliśmy się, że Wokulski został parem, ale taki cud jak odnalezienie złóż węgla tam, gdzie ich nigdy wcześniej nie było, trzeba docenić!


Wokulski gdy wyjechał z Rosji, podróżował incognito, dlatego nikt go nie mógł namierzyć. W czasie swojej krótkiej przygody na Alasce przybrał imię Wiliam Golden. Jako taki zasłynął w Anglii. Teraz z dumą nosił tytuł Lord Anglii Wiliam Golden.
Czy inni angielscy lordowie docenili to nuworyszowskie nazwisko?
To był Lord William Golden Retriever, pasjonat, który dał początek hodowli najpopularniejszych psów na świecie.


Gdy Królowa Wiktoria zdecydowała się na zawarcie kontraktu węglowego z rosyjskim Zaglębiem w Doniecku, na realizację tego programu wybrała Lorda Goldena. Golden wyjechał do Doniecka.
Robić konkurencję twórcy tamtejszego przemysłu Johnowi Hughesowi i jego Towarzystwu Noworosyjskiemu.


Z dziewiętnastowiecznego centrum handlowego pod jaskrawym neonem pozdrawiają: Jasza w uroczej salopce, bardżo żdżiwiona Dżidka, Kura sepleniąca po irlandzku i Babatunde z Orderem Podwiązki,
a Maskotek pod nazwiskiem pana Woreczko zbija majątek na handlu nieistniejącym węglem.