OGŁOSZENIE

Następny odcinek: 28 maja :)

czwartek, 14 maja 2015

292. A ja jestem, proszę pana, na zakręcie, czyli gdyby panda była czołgiem (Nie oddam dzieci!, cz. 1/?)

Drodzy Czytelnicy!

Przed Wami analiza najnowszego dzieUa Katarzyny Michalak. Według wydawnictwa jest to jej “najmocniejsza powieść, roztrzaskująca serce na kawałki i wzruszająca do łez”, według nas natomiast, przy lekturze niewątpliwie można roztrzaskać biurko własnym czołem; zalecamy więc ostrożność. Jak zwykle próżno szukać tu sensu i logiki, marzyć o pobieżnym choćby researchu dotyczącym np. pracy szpitalnych oddziałów ratunkowych, mieć nadzieję na jakąkolwiek subtelność w przedstawieniu świata i bohaterów oraz użycie innych barw poza oślepiającą bielą i czernią piekielnej smoły. Jakby tego wszystkiego było mało, w powieści występuje też wyjątkowo upierdliwy narrator...
Daje się zauważyć, że poziom tfurczości Michalak, zerowy już na starcie, spada z gwizdem na łeb z każdym następnym wydaleniem kolejnego dzieUa, potwierdzając prawdę, że nie ma takiego dna, w które nie da się załomotać od spodu.
Mimo wszystko: indżojcie. Bardziej niż my przy analizowaniu. Żadna sztuka…

W dzisiejszej analizie pomaga nam weteranka zmagań z powieściami AŁtorkasi - Królowa Matka, której recenzję “Nie oddam dzieci” jak i innych dzieU można przeczytać TU.
Dziękujemy również serdecznie naszym konsultantom medycznym - Galnei i Michałowi. Jesteście wielcy!

A zatem, bierzemy głęboki oddech… i siup!

Katarzyna Michalak: Nie oddam dzieci!, Wydawnictwo Literackie, 2015

Analizują: Kura, Dzidka, Jasza i Królowa Matka


Jedni zawsze znajdą nowy szczyt do zdobycia, inni kolejne dno, by stoczyć się jeszcze niżej.
O, dedykacja dla wydawnictwa, jak miło :)


Tę powieść dedykuję wszystkim, którzy tak jak ja żegnają się z życiem, gdy mają wyruszyć w podróż po polskich drogach. Obyśmy nasze „zakręty śmierci” minęli szczęśliwie i wrócili do domu...

PROLOG



Michał Sokołowski jest utalentowanym chirurgiem, bezgranicznie oddanym pracy, która stała się jego powołaniem i obsesją. Uwielbiają go pacjenci i personel szpitala, gdzie pracuje, szanują koledzy, ceni dyrekcja.
Ptaszki, ćwierkając, siadają mu na ramionach, małe kotki i pieski łaszą się do stóp, a jelonki Bambi wpatrują się w niego z miłością swymi wielkimi, niewinnymi oczami.

fdf83880-643e-4b5a-b8bb-7c30e5f39cbc.jpg
https://www.screenvue.com/MovieDetails.aspx?idClip=a8fbcb6f-3086-4295-9197-ac07b7b90041

I nawet nie ma żadnych wrogów, gdyż ludziom robi się wstyd na samą myśl, że mogliby na przykład zazdrościć temu tak wspaniałemu człowiekowi.

Ma piękną i mądrą żonę, którą kocha z wzajemnością, i troje dzieciaków, za które skoczyłby w ogień. Ładny dom na przedmieściach, wesoły psiak ganiający po podwórzu i kot wygrzewający się przy kominku – oto idealne życie, wymarzone jeszcze na studiach i budowane dzień po dniu, cegiełka po cegiełce.
Przy czym kot i pies nie są z cegiełek, ale z kartonu; pojawiają się jako dekoracja w ekspozycji pt. “Szczęśliwe życie cenionego chirurga”, po czym zostają odesłane do magazynu.
Tak, tak… pewnie golden retriever, bo jest taki słodki.


W Marcie, drobnej, ślicznej blondyneczce o piwnych oczach, zakochał się z wzajemnością na pierwszym roku studiów. To zakochanie zostało im do dziś, ale Michał w ostatnich latach zaczął zatracać się w pracy tak bardzo, że zagubił gdzieś między niekończącymi się dyżurami to, co najważniejsze.
Własne zdrowie? Swego czasu głośno było o anestezjologu, który zmarł, dyżurując piątą dobę z rzędu.

Nie widział, bo nie chciał widzieć, że dzieci zaczynają go traktować jak gościa, który wpada w odwiedziny i znika, nim zdążą się nim nacieszyć. Nie widział, że Marta, która poświęciła własną karierę na rzecz domu i szczęśliwej rodziny, jest coraz bardziej zmęczona, sfrustrowana i rozżalona.
Gdy wyrzucała mu to podczas coraz częstszych kłótni, kajał się i przepraszał. Rozumiał ją, naprawdę! I wspierał. Duchowo. Duchowo. A ona nie doceniała? I to ma być pozytywna bohaterka?! Bo to zła kobieta była. Na nic więcej – pędząc od pacjenta do pacjenta i od operacji do operacji – nie miał czasu. I podczas tej gonitwy szybko zapominał o obietnicach dawanych dzieciom i żonie.

Skonany wracał do domu, a Marta... nie mówiła nic. Zaciskała usta w wąską kreskę, nadstawiała policzek do zdawkowego buziaka, a potem patrzyła, jak mąż, którego nadal stara się kochać całym sercem, zasypia nad talerzem z zupą.
Od kiedy mało się w niej nie utopił, Marta robi na obiad już tylko kotlety schabowe panierowane.

Dzisiaj Michał wstaje przed świtem, gdy dzieci jeszcze śpią, całuje delikatnie, tak żeby nie obudzić, trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia i najmłodszego, najukochańszego Antosia i już jest gotów wracać do szpitala, ruszać w bój ze śmiercią, ratować następnego pacjenta.
Przerwa na hymn i łopot flagi na tle burzowego nieba.

W progu zatrzymuje się, na palcach wraca do sypialni, by jeszcze chwilę popatrzeć na ukochaną żonę, śpiącą na boku, z długimi włosami rozsypanymi na poduszce. Jest piękna, teraz, w ostatnim miesiącu ciąży z ich czwartym dzieckiem, wydaje się Michałowi najcudowniejszą istotą pod słońcem. A jednak opuszcza ją. Praca wzywa…
No niestety, pieniądze się same nie zarobią.
Bo facet nie jest najwyraźniej drimerem, niestety.

Tadek Marszak jest kierowcą tira, kursującym na trasie Polska – Włochy z dość niewdzięcznym towarem, jakim są konie na rzeź. Nie to, żeby żal mu było tych głupich chabet, ale kłopotu z nimi po drodze, i nie tylko z nimi, do porzygania.
Tadek ma wyższe aspiracje niż wożenie jeszcze żywego mięcha, ale te aspiracje z paru powodów nie mają szans się spełnić. Po pierwsze: nie chce mu się pracować. A jeśli już ruszy dupę z ulubionego fotela i pojedzie z tymi chabetami, to wszystko, co zarobi, przepuszcza na imprezy, alkohol i dziwki.
Z powyższego wynika, że Tadek nie pracuje regularnie, tylko wtedy, kiedy już musi i nie ma wyjścia. Jestem tylko ciekawa, jak to działa - jest jakimś freelancerem?
Free-tir-lancer :)

Bardzo go to frustruje, a że nie ma żony, na której mógłby odreagować frustrację, tłucze starą schorowaną matkę. Na określenie „tłucze” zapewne by się obruszył, bo przecież nie bije jej do nieprzytomności, ot „szturchnie”, by stara ruszyła się z wyra i obiad ugotowała, dom ogarnęła, a nie wylegiwała się całymi dniami i spracowany syn sam musiał sobie zrobić jajecznicę.
Och, och, jaki straszliwy sarkazm to miał być, i jak okropnie ałtorKasi nie wyszedł!

Tadek ma jeszcze jedno hobby, które dużo lepiej robi na jego skołatane nerwy: gdy zagania konie na pakę, dźga je metalowym prętem pod napięciem sześciu tysięcy woltów z takim entuzjazmem, że nawet jego bezduszny szef musi nadgorliwca czasem studzić.
AŁtorkasiu, podziwiam Twoją subtelność - litościwie nie wspomniałaś, że Tadek ma jeszcze zeza i garba, liszaja, kiłę i wszy na pępku, a z paszczy jedzie mu tak, że kwiaty więdną i muchy padają w locie.
Mnie jednak brakuje retrospekcji z dzieciństwa Tadeusza Marszaka - mały Tadzio wyrywa skrzydełka motylom, mały Tadzio depcze kwiecie, z rozmysłem wybierając to, które jest pod ochroną, mały Tadzio strzela z procy do krasek, za nic mając Polską Czerwoną Księgę Zwierząt...

(...)
Dzisiaj Tadek ma wolne i może zabalować. Matce zwinął skromną rentę, zupełnie nie martwiąc się, czy będzie miała co do garnka włożyć.
A potem jej nastuka, że obiadu nie ma.

Skoro jest taka głupia i trzyma pieniądze w puszce po herbacie, to niech żre trociny. Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, Tadek staje przed lustrem, pręży muskuły, których nie ma, zaczesuje przerzedzające się włosy, narzuca na ramiona białą koszulę, sweter w serek i skórzaną kurtkę. Nie zapomina też o białych skarpetkach do czarnych mokasynów. A latem do sandałów. Idąc, głośno wycmokuje z zębów resztki posiłków i od czasu do czasu unosi w górę ramię, by uwolnić zastarzałe wonie spod pachy. Może ruszać w miasto, chociaż tę pipidówę trudno nazwać miastem. Jednak i tu zdarza się Tadkowi wyrwać łatwą lalę, która da się obmacać na tylnym siedzeniu starej audicy. Grunt to dobry bajer, a on umie bajerować.
“E, lala, bucik ci się rozpierdala!”

Dzisiaj się więc zabawi. Ma to jak w banku.


Alfred Niro-Kołek, używający rzecz jasna lepiej brzmiącego Niro, jest synem polityka znanego z tego, że jest politykiem, i celebrytki znanej z tego, że jest znana.
Alfred ma 30 lat, co oznacza, że urodził się około roku 1984. Era celebrytów znanych z tego, że są znani zaczęła się we wczesnych latach dwutysięcznych, kiedy to trafiły do nas pierwsze reality shows.
Ty się nie dziw, ja kiedyś przy lekturze pani MichalaG wyliczyłam po datach, że główny bohater sprzedał za ciężkie pieniądze stworzony przez siebie portal społecznościowy w 1997 roku. No.

Ich małżeństwo trwało krótko. Po pięciu latach kłótni i bijatyk – a to wszystko na oczach dziecka – rozstali się w końcu cicho i bez fanfar, z jakimi odbył się ich ślub.
Ślub z fanfarami? Taki, żeby wszyscy wiedzieli, słyszeli, czytali w prasie? W 1984 roku?
Może w środowisku tak zwanym? Resortowych dzieci? ;)
Rozstali się więc gdzieś w 1989/90 - Trybuna Ludu nie odnotowała tej sensacji.
Ale, ale, to, że Alfred urodził się około 1984 roku sugeruje, że ślub odbył się odpowiednio wcześniej. Na przykład w 1982. Ach, te huczne i odprawiane z fanfarami śluby celebrytów w stanie wojennym!
A tam wcześniej, przecież u AŁtorkasi najpierw zachodzi się w ciażę, a potem bierze ślub. Choć z drugiej strony - rodzice Fredzia są postaciami negatywnymi, to może faktycznie czekali CAŁE DWA LATA ze zrobieniem sobie dziecka.

Tym razem nie zależało im na medialnym szumie. (medialny szum z okazji ślubu w okresie stanu nadzwyczajnego w zupełności im wystarczył) Rozwód nie jest dobrą reklamą.
No nie wiem, patrząc na te zastępy celebrytów obnoszących się po telewizjach śniadaniowych z Nowym, Młodszym Modelem Żony i bredzących wzniośle, jak to spotkali wreszcie jedyną, prawdziwą miłość…
Ale to było w roku 1989, tatuś był zajęty szukaniem najbardziej stosownego ugrupowania, do którego mógł był się przyłączyć, może i by mu bruździł rozwód. Oczywiscie, gdyby się ktoś nim zainteresował, a wtedy nie interesował się nikt, no ale, ojtam, ojtam.

Ojciec z ulgą opuścił dom, byłą żonę i dziecko, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość: na ich utrzymanie łożył. Sprawa o alimenty też nie jest dobrą reklamą.
A z tym to się zgodzę.

Alfred nienawidzi matki, która może kiedyś i była piękna i podziwiana, teraz zaś, po latach balang, hektolitrach alkoholu i metrach kokainowych ścieżek, wygląda na podstarzałą kurwę – to ostatnio jedyny syn rzucił jej w twarz. Popłakała się i poszła do sypialni zapić smutek. Jutro obudzi się na kacu i nic nie będzie pamiętała. O synu też zapomni, aż do następnego spotkania, kiedy ten przyjdzie po forsę, i do następnej kłótni.
Alfred nienawidzi ojca, bo po pierwsze gardzi polityką, po drugie gardzi ludźmi, którzy zmieniają poglądy jak chorągiewka.
Ach, cóż za niezłomny charakter! Podziwiamy wszyscy, jak tu siedzimy i czytamy.
No co, jest niezłomnie ZUUUUUUUUY.
Zła frazeologia boli. Chorągiewki nie zmieniają poglądów.
W sumie to nie wiadomo. Chyba nikt ich nie pytał...

Alfred nienawidzi babci…
Alfred nienawidzi dziadka...

Ojciec Alfreda zaliczył do tej pory chyba wszystkie ugrupowania polityczne, zawsze jednak będąc blisko ręki, która aktualnie karmi.
Pfff, jakby był mądry, to wstąpiłby do PSL-u, PSL był koalicjantem wszystkich, i prawych, i lewych ;)
<krzepiąco> W końcu trafi i tam!

Należy do szarej eminencji,
Znaczy: jest czyjąś własnością, czy też zdaniem aŁtorkasi “szara eminencja” to jakaś grupa społeczna?
Jest własnością gangu właścicieli niewolników, zwanego “szarymi eminencjami”.

nie pcha się na świecznik, ale swoje robi i może dużo. Tak dużo, że wyciągnął syna z aresztu następnego dnia po tym, jak ten „dla jaj” podpalił człowieka. Nie człowieka. Bezdomnego. Stary lump konał w mękach przez trzy dni. Alfredowi się upiekło.
Nie wiemy, co konkretnie, ale z pewnością bolało. Na przyszłość nie będzie podchodził tak blisko do ognia.

(Borze, myślałam, że używanie sformułowań “upiec się” albo “świeżo upieczony” w kontekście pożaru/podpalenia pojawia się tylko w humorze zeszytów szkolnych. Gdzie była redakcja?!)

Ojciec mu tylko twarz obił – nie za to, że podpalił tego kundla, ale za to, że naraził karierę polityczną Nikodema Nira.
Nikodema. Czyżby jakaś aluzja do Dyzmy?

Alfred obiecał sobie, że nigdy więcej nie da się złapać, a ojcu, że nie zszarga jego nazwiska.
Od tej pory będzie występował jako Kołek.

Pod warunkiem jednak, że ten nadal będzie łożył na utrzymanie jedynaka.
Ale szantaż!
Wyrafinowany, jak sam Alfred.

Alfred szczyci się bowiem tym, że nie przepracował w swoim trzydziestoletnim życiu ani jednego dnia. I matka, i ojciec od dziecka zamykali mu usta pieniędzmi, bo bękart mógłby sporo pikantnych plotek o ich pożyciu sprzedać tabloidom.
Chyba raczej o życiu-po-pożyciu, skoro rozstali się, gdy miał góra pięć lat, a może i mniej.
Mniej, pięć lat to małżeństwo trwało.
Taki perwers z niego i cwaniak, że w wieku czterech lat podglądał i nagrywał rodziców spółkujących we trójkę z krówką.

Układ więc jest jasny: oni dają forsę, on milczy i nie rzuca się mediom w oczy. A jeżeli już, to pod fałszywym nazwiskiem.
Dzisiaj Alfred, wciskając do portfela kupiony za ciężkie pieniądze „alternatywny” dowód osobisty,
Z fałszywym dowodem media go nie namierzą, nigdy przenigdy, takie media to zawsze najpierw legitymują człowieka, zanim mu strzelą focię zza węgła i zamieszczą sensacyjny materiał, elementarne.
Alfred porusza się z fałszywym dowodem przyklejonym taśmą do wysokiego, okrutnego czoła.

rusza na łów. Jeszcze nie wie, kto padnie jego łupem – kto, nie co, bo Alfred poluje na ludzi – ale ma zamiar ten dzień uczynić pamiętnym dla siebie i dla świata. I uczyni.
Zwłaszcza dla świata.

Michał, Tadek i Alfred...

Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie.
Jeden ocali ludzkie życie.
Drugi zabije dwie niewinne istoty.
Trzeci zawiśnie w więziennej celi.
A bezprawiu i niesprawiedliwości oraz złej literaturze jak zwykle stanie się zadość.

ROZDZIAŁ I

W domu Sokołowskich Marta, będąca w ósmym miesiącu ciąży, szykuje urodziny dla trzyletniego Antosia i czeka na męża, który miał po pracy odebrać synka z przedszkola.


Pogładziła brzuch gestem pełnym miłości.
Było to jej czwarte dziecko, a nie mniej kochane i  oczekiwane niż  Maja,  pierworodna,  Zbynio,  drugi z kolei, i najmłodszy Antoś. Ciekawe, czy to będzie Jagienka, czy Staś?
Momencik, idę po słoik kiszonych ogórków, bo mi się zrobiło niedobrze od tej słodyczy.

Marta uśmiechnęła się do siebie i dziecka, które choć nie mogło tego uśmiechu jeszcze widzieć, na pewno poczuło miłość, jaką jest darzone, potem wstała ciężko, rozprostowała obolały krzyż i... telefon rozśpiewał się melodyjką przypisaną Michałowi.
O nie... tylko nie to! Spodziewała się lada moment jego samego z Antosiem, a nie telefonu! Jeśli znów ona, Marta, usłyszy, że nagły przypadek, że Michał musi kogoś zastąpić, że niespodziewany dyżur, zacznie krzyczeć!
Ja zacznę krzyczeć, jeśli jeszcze raz przeczytam to aŁtorkasiowe “ona, ktośtam”.
*zdziwiona* Jak to, jeszcze nigdy nie krzyczałaś przy lekturze ałtorkasi?
Ćśśś, “Bezdomną” czytałam ponad rok temu, zdążyłam wyprzeć.

Wcisnęła zieloną słuchaweczkę, próbując opanować drżenie dłoni i łzy cisnące się do oczu.
– Martuś, kochanie... – zaczął Michał przepraszającym tonem, a ona zacisnęła ręce na komórce, tak jakby chciała ją zmiażdżyć. – Będę dzisiaj trochę później, bo...
– Trochę to znaczy kiedy?
– Po północy...
Oddajemy głos konsultantom medycznym:
[Galnea]: To w takim razie kilka informacji na temat organizacji pracy w szpitalu. Po pierwsze - grafik dyżurów ustawia się nie na bieżąco, tylko na dużo czasu przed (np. na moim aktualnym oddziale robią już rozpiskę na lipiec/sierpień). Jest to logiczne, ponieważ lekarze mają swoje życie prywatne, często pracują popołudniami w poradniach i muszą mieć możliwość zorganizować sobie to wszystko. Oczywiście, w nagłych przypadkach (np. choroba, ważny wyjazd) można się zamienić, ale Marta powinna z wyprzedzeniem wiedzieć, że np. tego a tego dnia jej mąż będzie pracował. Po drugie - dyżur ma za zadanie zapewnić pacjentom opiekę całodobową - na oddziale zawsze musi ktoś być. Oznacza to, że lekarz-dyżurant zaczyna zwykle pracę w momencie końca normalnego dnia pracy (kiedy reszta obsady schodzi z oddziału), do rozpoczęcia następnego dnia pracy. Czyli np. jeśli lekarz pracuje na oddziale normalnie, to będzie w pracy od 7:30 do 7:30, a jeśli jest "zewnętrzny" (czyli zatrudniony tylko na dyżury) to np. od 15:30 do 7:30.
[Michał]: To przeważnie robota kontraktowa i np. Mietek miał wracać z nart ale samolot mu się spóźnił i “Stary, zastąp mnie do 1 w nocy pliiiiz”. Chociaż faktycznie, ja bym odpalił całą nockę i się wyspał, ale sytuacja jest możliwa, naciągana ale możliwa.


– Po północy?! – wybuchnęła. – Twój syn ma dzisiaj urodziny! Niedługo przyjadą rodzice, jest tort, są świeczki, Antoś miał być razem z tobą! A ty mi mówisz, że po północy?!
– Boże, Marta, przepraszam, zapo...
– Zapomniałeś?! Zapomniałeś o urodzinach swojego najukochańszego dziecka?!
W przeciwieństwie do tych mniej ukochanych, jak rozumiem, o urodzinach których Michałowi wolno było zapominać.
Najmłodsze jest zawsze najukochańsze, jak nowa zabawka, która jeszcze nie zdążyła się znudzić. A starsze, cóż… miały czas przywyknąć.

– Marta usiadła ciężko na najbliższym krześle, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. – Który to już raz? – zapytała cichym, łamiącym serce głosem. – Który raz zapominasz o najbliższych, bo ważniejsza od nas jest ta cholerna praca?
– Jesteście dla mnie najważniejsi na świecie – zapewnił żarliwie, a Marta uwierzyła, bo w tej chwili na pewno tak myślał. Za minutę jednak Michał rozłączy się i zapomni [to brzmi jak komentarz analizatorski, ale nim nie jest, serio] nie tylko o Antosiu i jego trzecich urodzinach, ale i o całym świecie, ratując życie jakiejś ofierze losu…
Ofiara losu to jest ktoś, kto wali się młotkiem po palcach, potyka na prostej drodze i zawsze trafia na skórki od banana. W wyniku czego, owszem, może stać się ofiarą groźnego wypadku.
I - podziwiaj niezłomność szlachetnego doktora Sokołowskiego, droga Kuro! - takim też będzie on musiał nieść pomoc, zamiast spędzać czas z ukochaną, ale tak, rozumiesz, naprawdę najnajnajbardziej ukochaną  rodziną.

– Z przedszkola też pewnie zapomniałeś go odebrać? Odpowiedziało jej pełne poczucia winy milczenie.
Sokołowski miał odebrać dziecko z przedszkola i wracać z trzylatkiem do szpitala na dyżur?
Nieno, miał wrócić do domu, tylko oczywiście zapomniał i wziął dodatkowy dyżur, tak to rozumiem.

(...)

– Wyskoczę na chwilę ze szpitala i odbiorę Antosia – zaoferował się znów tym błagalnym, przepraszającym tonem. – Jeżeli tylko mogłabyś po niego przyjechać... Za piętnaście minut muszę być na SOR-ze. Nie mają pełnej obsady...
Wyskoczy z dyżuru? I to jeszcze na SOR-ze?! Gdyby coś się w tym czasie stało, to pierwszym pytaniem prokuratora byłoby: "A dlaczego opuścił pan oddział w trakcie pełnienia obowiązków służbowych?".

– Srady, nie obsady! – znów ją poniosło. – Nigdy nie mają pełnej obsady i jakoś zawsze pod ręką znajduje się doktor Sokołowski! Ty po prostu prosisz się o dodatkowe dyżury, by nie wracać do rodziny! Do domu!
[Galnea]: Jeśli bierze dodatkowe dyżury, to nie wraca do domu "późno" tylko rano następnego dnia :) Poza tym z etatu nie ma możliwości brać ciągłych dyżurów, bo jest to zakazane prawnie. Co innego, gdyby był na kontrakcie - wtedy mógłby mieć ich więcej, ale i tak grafik powinien być ustalony dużo wcześniej.
Z tego, co czytałam, zarówno szpitale jak i sami lekarze stosują różne ciekawe sposoby omijania przepisów kodeksu pracy  - ale czy Michał, taki kryształowy i świetlany, nie powinien być bardziej odpowiedzialny? Przepracowując się, ryzykuje nie tylko rozpad małżeństwa, ale przede wszystkim błąd w sztuce, nawet śmiertelny.

– Odbierzesz Antosia ze szpitala? – zapytał miękko.
– Odbiorę go z przedszkola i przywiozę do ciebie, żebyś mógł go uściskać i złożyć życzenia – odparła. – Bardzo czeka na te urodziny. Bez ojca. Jak zwykle.
Oj tam, oj tam… zaledwie trzeci raz w życiu.

Rozłączyła się i chwilę łapała oddech, by nie zacząć szlochać.
Michał, Michałku, gdzieśmy siebie zagubili? Pokochałam cię od pierwszego wejrzenia, ty mnie też. Zaszłam w ciążę miesiąc później i po następnych czterech tygodniach byliśmy małżeństwem.
Wow, znaczy… przed ślubem znali się raptem dwa miesiące?! Odważnie…
Ale od razu z ciążą.

Poprosiłeś mnie o rękę bez wahania, a ja, nie zastanawiając się ani chwili, powiedziałam „tak”, bo byłam pewna, że jesteś miłością mojego życia, że będziesz przy mnie na dobre i na złe, zawsze, aż do śmierci. I od czternastu lat jesteś. Ale... cię nie ma.
To jest takie cholernie aŁtorkasiowe: miarą prawdziwej miłości jest jak najszybsze zajście w ciążę i natychmiastowe oświadczyny. Bo oczywiście każda para dziewiętnastolatków o niczym innym nie marzy. A jeśli marzy - np. o zdobyciu wykształcenia, zawodu, pracy, ZANIM zdecydują się na dzieci, to nie jest to żadna prawdziwa miłość, o nie.

Poświęciłam naszej rodzinie własne marzenia o pediatrii.
Dzięki temu może być w powieści aŁtorkasi Tą Dobrą. Kariera zawodowa w michalakversum zarezerwowana jest dla Wrednych Biczy; porządna dziewczyna po spotkaniu tróloffa powinna porzucić pracę i zająć się wyłącznie domem i rodzeniem dzieci.

Wychowuję samotnie troje dzieci, a niedługo pojawi się czwarte. Ty harujesz dzień i noc, by zapewnić nam godne życie, ale... Nas już nie ma, Michał. Jestem ja i dzieci. Jesteś ty. Ale nie ma n a s.
Kocham cię, Michał, nie mniej niż tamtego dnia, gdy roześmiany, czarnowłosy i niebieskooki wszedłeś krokiem zdobywcy do sali wykładowej, usiadłeś obok mnie, nawet nie pytając, czy wolne, i powiedziałeś tak po prostu: „Od dziś to miejsce obok ciebie, moja śliczna, należy do mnie”.
To jest podryw niemal tak tani, jak “czy bolało, kiedy spadałaś z nieba”.
Specjalnie dla ciebie, AłtorKasiu, zrobiłam badania terenowe w pobliskim gimnazjum w kwestii tekstów na podryw. “Wisisz mi pieniądze, bo mieszkasz w moim sercu, a nie płacisz czynszu”, “Twoje oczy tak płoną, że topię się w ich blasku”, “Chyba jesteś dziś niewyspana, bo całą noc chodziłaś mi po głowie”. “Zgubiłem mój numer telefonu, dasz mi swój?”. Możesz je wykorzystać w swoich następnych powieściach. Co prawda żaden nie okazał się skuteczny, ale tym akurat nie różnią się od tekstu, którego użyłaś, i na który nie poleciałaby żadna normalna dziewczyna.

Dzisiaj, po czternastu latach, to miejsce obok mnie jest puste.
Wstała, czując, że nadchodzi czas poważnych decyzji. Czas zmian.
Na szczęście nie znamy naszej przyszłości i Marta nie miała pojęcia, że decyzję już Ktoś za nią podjął, a zmiany nastąpią dużo szybciej, niż myślała.
Dokładnie za czterdzieści osiem minut.
Niestety, czytelnik będzie tę przyszłość znał co do minuty, gdyż Narrator Profetyczny wyskakuje tu z regularnością zegarowej kukułki niemalże co akapit.
Jest to cecha charakterystyczna ałtorkasizmu, rozszalała nie do opanowania - łącznie z “gdyby wiedziała, że ten wspaniały mężczyzna ma wobec niej złe zamiary…”
Ostatnio się jednakże szerzy się jak pożar na stepie w środku lata stulecia, gdy zaczynałam swą przygodę z Naszom Ulubionom Ałtorkom, nie używała tego po trzy razy w każdym akapicie.

Dochodziła osiemnasta, gdy Alfred Szlęza – tak stało w podrabianym dowodzie Alfreda Nira – wszedł do małej ciemnej knajpki, (...)
Alfred podszedł do baru, usiadł obok czekającego nań Tadka i rzucił:
– Dla mnie tequilla. Ty coś piłeś?
– Czekałem na ciebie – odparł Marszak.
Bez niego nie jest w stanie nawet zamówić sobie wódki?
Nieśmiały taki.

Imponował mu ten gość. Miesiąc temu poznali się w jednym w podlubieńskich klubów, wyrwali dwie laski, chyba jeszcze niepełnoletnie, przynajmniej na takie wyglądały, ale za to bardzo pijane i bardzo chętne, i zabrali je na przejażdżkę po okolicach, przy czym najpierw Alfred przeleciał jedną na tylnym siedzeniu swojego bmw, potem Tadek. Prawdziwa zabawa zaczęła się w pustym domku letniskowym, do którego Alfred miał klucze. Tam rżnęli półprzytomne od wódki i prochów dziewczyny na zmianę, we wszystkie otwory ciała – dopóki sił starczyło.
Ciekawe, jak im szło z dziurkami od nosa?
Cienkie Bolki to były.

Na koniec pieprzonka Alfred, któremu już nie stawał, wyciągnął skądś kabel i zaczął w jakimś dzikim obłędzie obie dziewczyny tym kablem napieprzać, aż Marszak przestraszył się, że chce gówniary zatłuc i siłą go odciągnął.
– To nauczka – wyjaśnił Niro. – Żeby z obcymi się nie puszczały.
Bo oczywiście gwałt jest winą zgwałconej, gdyby się nie puszczała, to nic takiego by jej nie spotkało. Ok, zapiszmy na plus, że akurat ten pogląd wygłasza postać wyjątkowo obrzydliwa.
I zapiszmy na minus, bo to jest w książce wydanej przez całkiem dobre wydawnictwo, które chyba nie chciałoby być kojarzone  kulturą gwałtu.
Bo ja wiem? Nie ma przepisu, ze w ksiażkach dobrego wydawnictwa nie mogą występować obrzydliwe postaci o obrzydliwych poglądach. Gorzej, jeśli takie poglądy prezentuje postać, która w autorskim założeniu ma być pozytywna.
Nie to jest głównym grzechem dobrego wydawnictwa w przypadku aŁtorkasi, oj, nie to...

[Tadek początkowo obawiał się oskarżenia o gwałt, ale potem wyluzował i zapragnął powtórki z rozrywki]

Telefonu od Alfreda wyczekiwał jak działki koki. I wreszcie, akurat dzisiaj, tamten zadzwonił.

– To co, masz ochotę na ostre duporżnięcie?
Nie musiał pytać. Tadkowi na same te słowa stanął.
Ale słuchajcie… Wydawnictwo Literackie? Serio?
Idzie z duchem czasu.
Raczej z dupą czasu.
Tak na moje oko to wręcz biegnie.
Gorzej, jeśli mówiąc o “duporżnięciu” Alfred ma na myśli całkiem co innego, niż Tadek się spodziewa… *oddala się ze złośliwym chichotem*

Marta wpadła do przedszkola, czy raczej wtoczyła się, z przepraszającym uśmiechem na twarzy. Antoś znów był odbierany jako ostatni. Który to raz Michał zapomniał o dziecku? Aż zgrzytnęła zębami, za chwilę znów przybierając ten pokorny uśmiech. Przemiła pani Marylka, która wyszła Marcie naprzeciw, prowadząc małego za rączkę, pokręciła głową, ale nie gniewała się. Doktor Sokołowski uratował życie jej mamie, była mu za to bezgranicznie wdzięczna i zostawała z małym Antosiem po godzinach bez słowa skargi.
Nawet gdyby odmówił mamusi przemiłej pani Marylki miejsca w szpitalu, drwiąco przy tym rechocząc z bezinteresownej złośliwości, i tak musiałaby ona poczekać z dzieckiem na przyjście rodziców, sorry, taki fach.
Ale wtedy zostawałaby zrzędząc i marudząc, i patrząc oskarżycielsko na Martę.
Ojtam, ojtam, wystarczyłoby napisać zamiast “miła” - “gruba” i dorzucić kilka zdań o jędzy, co warczy na ciężarną, a bo to dla AłtorKasi pierwszyzna!

(...)

Marylka spojrzała na nią współczująco i uścisnęła za ramię.
– Jeszcze tylko jeden miesiąc, pani Marto. Wytrzyma pani...
Jeden miesiąc?! Ach, przedszkolanka mówi o jej ciąży, a nie małżeństwie!
Gdyby wiedziała, że Marcie został nie jeden miesiąc, a dokładnie trzydzieści dwie minuty…
...to co? Może zabawiłaby się w “Oszukać przeznaczenie”, ryzykując, że Marta zginie śmiercią jeszcze bardziej krwawą i okrutną niż ta, która była dla niej “zaplanowana” pierwotnie?
To powiedziałaby: - Jeszcze tylko trzydzieści dwie minuty, pani Marto. Wytrzyma pani.
*rechocze*

ROZDZIAŁ II

Przed knajpą Tadek (już nieco sztachnięty kokainą) czeka w samochodzie na Alfreda, który poszedł wyrwać jakąś laskę.

Nagle do samochodu podeszła śliczna, szczupła i zgrabna blondyneczka. Skąd Alfred wytrzasnął takie cudo?! Wyglądała na jakieś piętnaście lat, uśmiech miała tak niewinny, że niemal dziewiczy, ale spod kurtki wystawał rąbek kusej sukienki, a z dekoltu wyrywała się na wolność para krągłych piersi.
Jak wiadomo, dziewice nie noszą krótkich sukienek z dekoltami, jest to zakazane przez Ustawę o Przyzwoitości Publicznej.
I nie mają biustu.

Tadek zerknął w rowek między nimi i poczuł, że jest gotów. Gdyby dziewczyna usiadła na miejscu pasażera, bez wahania wyciągnąłby fiuta i zmusił ją, by wzięła do ust. Ale to Alfred siadł obok, [a on nie obciągał tak dobrze] a dziewczyna wsunęła się na tylne siedzenie,
grzecznie obciągając sukienkę,
Coś przynajmniej obciągnęła.

która podwinęła się za wysoko, czego Tadek oczywiście nie przeoczył.
Poczuł, że spodnie w kroku robią się za ciasne.

Alfred obdarzył go wszystkowiedzącym uśmieszkiem. Źrenice miał nienaturalnie rozszerzone – on pozwolił sobie na dużo większą działkę – i Tadek był pewien, że tamten już zaczyna lewitować pośród gwiazd i fajerwerków.
– Ruszaj, będę cię prowadził – rzucił do kierowcy.
Samochód mógł wreszcie z dzikim warknięciem skoczyć przed siebie. Tadek spojrzał w lusterko i uśmiechnął się z dumą, widząc pełen podziwu wzrok dziewczyny. Była naprawdę śliczniutka i pełna uroku. Nagle jednak otworzyła usta i czar prysł.
– Kurwa, mam ochotę najebać się dzisiaj do porzygania – rzuciło to niewinne dziewczę.
Tadek poczuł się z lekka zniesmaczony. Sam rzucał mięchem chętnie, szczególnie w męskim towarzystwie. Ale połączenie takich słów z dziecinną niemal buzią dziewczyny było po prostu…
Tak, to musiało być trudne dla Tadka, z jego wrażliwością, szarmanckim stosunkiem do kobiet i dobrym wychowaniem… oh, wait.

– Najebiesz się, pizdeczko – odezwał się Alfred. – Masz to jak w banku. A ty, chujku – zwrócił się do Tadka – może byś przyspieszył? Wleczesz się jak ciota...
Alfred, co Tadek zdążył już zauważyć, do facetów zwracał się nie inaczej niż właśnie „chujku”, a do lasek „pizdeczko”.
”do facetów zwracał się nie inaczej niż właśnie „chujku” “ - srsly? I nigdy, przenigdy ani jeden strzał w mordę nie oduczył go tej niebezpiecznej maniery?...
Znam i panie, co za “pizdeczkę” by prały i tylko patrzyły, czy nasz Fredzio symetrycznie puchnie.

Słowo „chuj” według niego było tylko obraźliwe. W „chujku” zaś brzmiała również pogarda. A już „ciota” było wypowiedziane takim tonem, że tylko w mordę dać.
Jaka wrażliwość.
Ale jakoś, cóż za traf, nikt nie dał.

(...)
– Macie jakieś dragi? – dopytywała się z tyłu dziewczyna.
– Będą dragi, będą drinki, będą twarde fiuty – zaśmiał się Alfred.
Będzie ciepła, miła i krzepiąca literatura od ciepłej i miłej pani Kasi.
Nienienie, ta będzie wyciskająca łzy z ócz oraz trudna, bardzo trudna!
(...)

Naraz  Alfred,  już  zdrowo  nawalony,  otworzył szyberdach, wstał i wychylony do połowy wyrzucił ręce w górę.
– Jestem, kurwa, panem życia i śmierci! – wrzasnął.


Tadek   zaklął.   Dziewczyna ściągnęła   tamtego z powrotem do środka. Alfred opadł na siedzenie.
Za  chwilę  rzeczywiście  stanie się  panem  życia i śmierci. Dokładnie za dwanaście minut.
Zegar śmierci tyka, tik-tak, tik-tak…
Narrator Profetyczny dba o to, by czytelnik zamiast gryźć palce z niepokoju myślał tylko: “Niech się wreszcie rozbiją, może ten tam się przymknie!!!”...

[Marta przyjeżdża do szpitala]


– Cześć, kochana, cześć, syneczku – usłyszała pogodny głos Michała wpadającego do pokoju i niechętnie uniosła powieki.
Mężczyzna porwał chłopczyka w ramiona, a ten objął ojca z całej siły za szyję, bez protestu pozwalając mu na całusy.
– Nie mam dla ciebie prezentu, skarbie, ale gdy wrócę do domu...
… będzie po północy i będziesz spał od kilku godzin, a nazajutrz, gdy się obudzisz, ja będę już w pracy, i jakoś się wszystko rozejdzie po kościach.

(...)
Marta wstała z fotela, nie przyjmując wyciągniętej ręki męża.
– Zastawili twój samochód – rzuciła. Strasznie nie lubiła wracać drugim samochodem: małym fiatem pandą, po nocy,
Po nocy? O której planuje się kinderbale dla trzylatków w Złotowie?

z dzieckiem, tak niebezpieczną drogą, jaka łączyła Lubień, gdzie znajdował się szpital, ze Złotowem, gdzie mieszkali. Michał, który miał dziś odebrać Antosia, wyjechał potężnym SUV-em, ale ktoś stanął za nissanem doktora, wiedząc pewnie, że ten do północy zostanie na dyżurze…
To SPISEG! Przecież Michał dowiedział się w ostatniej chwili, że “za 15 minut ma być na SOR-ze”!

– Poczekaj, zaraz się tym zajmę – zaczął Michał, ale w tej chwili rozległ się sygnał alarmu.
Doktor Sokołowski, niczym pies Pawłowa [zaślinił się?], zrobił krok w kierunku drzwi. Zatrzymał się jednak. Marta westchnęła.
– Idź, idź, wzywają cię – powiedziała cicho.
Posłał jej przepraszające spojrzenie, którego zaczynała nienawidzić. Michał był dumnym, szlachetnym człowiekiem. Ten wzrok stale karconego kundla po prostu łamał Marcie serce.
Wolałaby, żeby odmaszerował z dumnie zadartą głową, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem?
Powinien, patrząc jej prosto w oczy, rzec asertywnie i z godnością: “Jestem lekarzem. Moim zadaniem jest ratować Życie <podniosła muzyka w tle>. Jesteś Moją Jedyną Miłością, Ukochana <muzyka narasta>, ale są rzeczy, wobec których ugiąć się musi nawet takie Uczucie, jak nasze! Wiesz, że gdybym sprzeniewierzył się swemu Powołaniu, okazałbym się nie tym człowiekiem, którego pokochałaś od pierwszego wejrzenia czternaście lat temu! <muzyka wręcz ogłusza, Michał Sokołowski wyciska czuły pocałunek na ustach Małżonki i dopiero wtedy odchodzi, łopocząc połami fartucha>.

– No idź – uśmiechnęła się nieco cieplej. – Poradzimy sobie.
– Naprawdę? – musiał się upewnić, zupełnie jakby jego żona nie radziła sobie sama od czternastu lat.
Od czternastu lat, czyli od samego początku ich małżeństwa. A podobno dopiero ostatnio zaczął się tak zatracać w pracy…
Wcześniej może zatracał się w ogródku. Albo siedział w Internecie.
No co wy, pieniądze zarabiał na dom, płotek, ogródek i kredyty za to wszystko, na tekturowe zwierzątka, w dodatku na pewno rasowe!

– Panie doktorze, jest pan pilnie wzywany! – rzuciła przez uchylone drzwi pielęgniarka.
(...)
Michał posyła im ostatnie spojrzenie i wychodzi szybkim, pewnym krokiem, nie mając pojęcia, że widzi ich żywych po raz ostatni. Że te dziesięć czy dwadzieścia sekund, których żonie i dziecku pożałował, uratowałoby im życie.

Nigdy sobie tego nie wybaczy.
Nigdy...

Tymczasem Tadek, Alfred i dziewczyna prują beemwicą, z prędkością 160 km/h, w stronę jakiejś wsi.


Sierżant Jacek Drozd widział w oddali, jak czarne bmw gwałtownie zwalnia.
Zdolny - w nocy, z daleka, zobaczył, że BMW i że czarne.

Nie zdążył wycelować w auto prędkościomierza, ale i tak mógł zatrzymać samochód do rutynowej kontroli.
Sierżant Drozd jest z drogówki i stoi z radarem, zapamiętajmy.
Błąd, Kuro. On stoi z prędkościomierzem. Pewnie wyjętym z jakiegoś innego auta.

Mógł, ale... nie chciało mu się użerać z bandą bogatych dupków, którzy takim wozem zapewne jechali. Poza tym... zerknął na zegarek... do końca dyżuru zostało mu tylko parę minut. Posłał mijającemu go, uśmiechającemu się jak kretyn palantowi w tej czarnej beemwicy zimne spojrzenie
...i że palant uśmiecha się jak kretyn też zobaczył, wow, jestem pod wrażeniem.

ale... nie zatrzymał go. Nie zrobił nic. Nic, co mogło uratować życie dwóm istotom.
Niestety. Nie był Narratorem Profetycznym.

Gdy za sześć minut dostanie wezwanie do wypadku i zobaczy, że to samo bmw, które właśnie przepuścił, zabiło kobietę z dzieckiem...
On również nigdy sobie tego nie daruje.

Marta, nim ruszyła w powrotną drogę, bez Michała, długo patrzyła niewidzącym spojrzeniem w ciemność.

[Marta patrzy w ciemność, potem słucha piosenki Within Temptation “Forgiven” i pod jej wpływem postanawia walczyć o swoje małżeństwo.]


Wiedziona impulsem napisała esemesa: „Wszystko zostało wybaczone” – Michał będzie wiedział, co to znaczy, bo tak jak ona słuchał podczas jazdy Within Temptation.
A gdyby nie słuchał, to nie zrozumiałby ani literki.

On odbierze wiadomość za późno, ale Marta dobrze wykorzystała ostatnie minuty życia, które jej pozostały.
Narratorze Profetyczny, zaniedbujesz swe obowiązki. Gdzie ponure “Ach, gdyby wyruszyła od razu, nie tracąc czasu na słuchanie piosenki i pisanie sms-a”?!


Otarłszy łzy, ruszyła wreszcie w mrok.

Mimo niedawnych wzruszeń prowadziła małą pandę spokojnie i rozważnie, jak to ona.

slodka_panda_2013-10-30_09-31-05.jpg

No właśnie, aż się dziwię, że tym razem AŁtorkasia oparła się pokusie podkreślania, że to panda-samochód, jak w “Poczekajce”, gdzie w kółko pisze “Panda-pies”.

Miała przecież „na pokładzie” dwoje dzieci: Antosia i nienarodzone maleństwo. Szosa tonęła w ciemnościach, z którymi światła fiata nie bardzo sobie radziły. Musi powiedzieć o tym Michałowi, bo za każdym razem, gdy siadała za kierownicą pandy, szczególnie w nocy, normalnie żegnała się z życiem. Może wezmą kolejny kredyt i kupią większy samochód?
Aby Michał jeszcze bardziej znikał w szpitalu?
Teoretycznie światła tak się ustawia, by lewe oświetlało drogę, a prawe pobocze. Ale mogą być ustawione źle i wtedy rzeczywiście gorzej widać. Pozostaje pytanie, czy jeżdżąca rozważnie i odpowiedzialnie Marta pozwoliłaby sobie na coś takiego, bo to jest jednak niebezpieczne.
Ehehehe, a sposobem rozwiazania problemu nie jest oczywiście poprawienie ustawienia świateł, tylko kupno nowego samochodu :D

W tej puszce sardynek, jak nazywała niewielkiego fiata, naprawdę nie czuła się bezpiecznie.
Dojeżdżali  do zakrętu śmierci  – tak go w  duchu nazywała.
Narratorze, przestań. W jednym akapicie trzykrotnie powtórzyłeś informację, że JEST NIEBEZPIECZNIE. Wiemy, przyswoiliśmy za pierwszym razem, wystarczy!

Nie wyróżniał się na drodze, którą codziennie przemierzała, zupełnie niczym, nikt na nim nigdy nie zginął, nie było krzyża na poboczu, jednak Marta za każdym razem, gdy się zbliżała do tego miejsca, odruchowo zwalniała.
Może gdyby tym razem tego nie uczyniła...
Gdyby przemknęła zakręt śmierci nieco szybciej...
Gdyby...
(łagodnie) Ja jestem uroczą osobą o ujmującej osobowości, ale za każdym razem, gdy pojawia się Narrator Profetyczny ze swoim “ach, gdyby tylko!”, aby  zrujnować nadzieje na jakiekolwiek napięcie, to sobie tak nie po chrześcijańsku myślę, że jak bym się tak wzięła, jak bym tak go dostała w swoje ręce, jak bym wytargała za te ryże kudły!...
Ja tam jestem złą kobietą i przy każdej kolejnej zapowiedzi śmierci Marty warczę przez zęby “No, zabij ją wreszcie i nie zawracaj dupy!”.
Po czym Marta zginęła, a Narrator i tak się nie zamknął...

Czarne bmw, minąwszy wieś, z każdą sekundą nabierało prędkości.(...)
Sto czterdzieści... sto sześćdziesiąt... sto osiemdziesiąt...
Jeszcze trochę i będzie dwieście!
Gdyby nie ten jebany tir...
– Bierz go! Bierz go, chujku! – zawył Alfred. Ale Tadek zaczął gwałtownie hamować.
– Jest podwójna ciągła, chcesz się rozpierdolić na zakręcie?!
Ostre hamowanie  na zakręcie… tu nawet ABS może sobie nie poradzić.

– Co z tobą, cioto?! – ryknął tamten. – Bierz go! – I szarpnął kierownicą.
Auto skoczyło  na  przeciwległy pas  i... wbiło  się z miażdżącą siłą w auto Marty.
Ujrzała czarne bmw ułamek sekundy wcześniej. Odruchowo odbiła w bok.
Nie zdążyłaby nawet drgnąć, a co dopiero “odruchowo odbić w bok”.

Jej mały samochód po zderzeniu wystrzelił w powietrze, przekoziołkował i roztrzaskał się o drzewo.
Cisza.
Marta otwiera zaciśnięte powieki i wciąga pierwszy haust powietrza. Ból jest tak potworny, że chce krzyczeć, ale nie może wydobyć nawet jęku. Pasy, które zablokowały się podczas zderzenia, ściskają jej klatkę piersiową. Przez chwilę walczy o drugi oddech.
Nagle jej oszołomiony mózg przeszywa jedno słowo:
„Antoś!”
Marta próbuje odwrócić głowę, spojrzeć na synka, ale coś trzyma jej ciało w żelaznym uścisku.
Prawdopodobnie jest zakleszczona w zmiażdżonym samochodzie. Ale za chwilę...

Czuje narastające przerażenie. Strach o synka odbiera zmysły. Ale w następnej sekundzie zaczyna czuć coś jeszcze. Pulsujące rytmicznie ciepło spływające po szyi za kołnierz kurtki. Nie zastanawia się nad tym dłużej, próbując za wszelką cenę spojrzeć chociaż na dziecko. Ból wyciska jej łzy z oczu, zaczyna cicho kwilić [ból zaczyna kwilić?] i wreszcie udaje się jej wyszeptać:
– Antosiu, syneczku, żyjesz?
Cisza.
(...)
Słabnie. Z rozciętej tętnicy wypływa krew, rytmicznie, bezlitośnie pozbawiając Martę Sokołowską życia. Czyjeś trzęsące się dłonie próbują powstrzymać krwotok, ale nie ma na to żadnych szans. Powieki Marty opadają. Ktoś błaga:
– Proszę pani, niech pani otworzy oczy. Spójrz na mnie, kobieto! Nie odchodź, słyszysz?!
Ale Marta powoli umiera...

[W drugim samochodzie Alfred ocalał, bo chwilę przed wypadkiem zapiął pasy, natomiast Tadeusz i blondynka, którzy tego nie zrobili, są ciężko ranni. Poduszki powietrzne nie zadziałały, bo Alfred “wystrzelał je w poprzedniej stłuczce”.

Po takim zderzeniu Tadeusz i Alfred nie mają prawa żyć. Ale dobra, ostatnio oglądałam film, w którym główna bohaterka przeżyła wybuch składu amunicji znajdując się jakieś dwieście metrów od epicentrum, więc nie takie rzeczy...
Chociaż… tam dalej jest napisane “Tadek tkwi nadziany na kierownicę z głową na zewnątrz wozu”, więc nie, raczej nie mógłby przeżyć.
No, tu mamy cały wywód na temat, jakie to BMW jest potężne i bezpieczne, w przeciwieństwie do pandy, która została zgnieciona jak puszka po piwie.
Ale jednak to BMW, nie czołg.]

Mam nadzieję, że ty, bezmózgu, właśnie zdychasz – cedzi w myślach, sięga do klamki i wypada na zewnątrz. Na przyjemnie chłodną trawę, porastającą pobocze.
Ktoś pochyla się nad nim.
Gdzieś słychać płacz i krzyki.
– Pomocy! – szepce Alfred, ale twarz mężczyzny znika.
Alfred próbuje wstać. Podciąga się na otwartych drzwiach samochodu.
W nagłym przebłysku wraca pamięć ostatnich sekund przed wypadkiem.
„Bierz go, chujku!”. Szarpnięcie kierownicy i uderzenie w nadjeżdżający samochód.
To on, Alfred, to zrobił! On spowodował wypadek!
Jeśli ktoś to widział... jeśli ktoś się o tym dowie...

Gdy podnosi się z kolan i rusza przed siebie,
*wzdycha* Czy ja mam jednak poszukać tutaj drastycznych zdjęć, jak wygląda samochód. który z prędkością 160 km/h uderzył w inny samochód, choćby i jadący trzy razy wolniej?... Oraz jak po takim zderzeniu wyglądają jego pasażerowie?...
Dzidu, upominam Cię. Nie kłóć się z Imperatywem Narracyjnym! Alfred ma przeżyć, by dalej siać zło i zniszczenie, dopóki… *zatyka dziób, bo też jej się włączył Narrator Profetyczny*

krwawiąc z pooranej odłamkami szkła twarzy, na drodze panuje chaos. (...)

Małe auto, roztrzaskane o drzewo, przedstawia sobą makabryczny widok.

Przednia szyba poszła w kawałki. Za kierownicą tkwi kobieta, której jakiś facet przyciska kawałek białej tkaniny do szyi. Szmatka momentalnie z białej robi się czerwona. Krew. Mnóstwo krwi – to Alfred zauważa mimo mroku. I nagle jego wzrok przykuwa coś jeszcze: leżąca wśród odłamków szyby kamera samochodowa.

Rozgląda się, a widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi, podnosi tę kamerę i odchodzi z nią na bok. „Po co?” – pyta otępiała część jego umysłu.
„Ukryć!” – odpowiada ta druga, myśląca w tym momencie tak jasno jak jeszcze nigdy.
“Przecież tu jest pełno świadków, ktoś zobaczy!” - popiskuje nieśmiało jeszcze jakaś część umysłu i milknie, zduszona ciężką łapą Imperatywu Narracyjnego.

Tu będzie dobrze! Alfred chowa kamerę w pniu zwalonego drzewa. Potem wraca do samochodu na swoje miejsce, miejsce ofiary wypadku, i zaczyna jęczeć.
I nikt nie zauważył, że facet sobie wychodzi, spaceruje, wraca i znów wsiada do rozwalonego samochodu…
Invisible Man normalnie, on już ma taki talent, ten Alfred, co się jeszcze nie raz okaże (Komentator Profetyczny mi się włączył, ratunku!!!).

W oddali rozlega się wycie karetki pogotowia. Coraz bliżej. Zjawia się po niespełna trzech minutach – wracała z innej interwencji i dyspozytor natychmiast skierował ją do wypadku.
Lekarz i ratownicy wyskakują z samochodu, spojrzeniem pełnym zgrozy ogarniają oba samochody. Bmw jest prawie nietknięte [no widzisz, Dzidu, i możesz sobie szukać tych zdjęć i wklejać, i tłumaczyć aż do wypęku! AŁtorkasia napisała, że prawie nietknięte!], za to ten drugi... Biegną w stronę fiata i pochylają się ku zakrwawionej kobiecie.
[Michał]: 1) Brakuje Straży i Policji (no dobra, ci drudzy są zawsze ostatni ;) .
2) Mamy – jeśli dobrze widzę – 5 poszkodowanych (nie licząc ciąży) – Marta, Tadek, Alfred, Antoś, blondyna, czyli więcej niż ratowników na miejscu. To oznacza zdarzenie masowe. W takim przypadku pierwsza załoga na miejscu – oczywiście ­ przystępuje do oceny stanu poszkodowanych i udziela pomocy, ale POZOSTAJE na miejscu, KOORDYNUJE działania (ile będzie potrzebne zespołów ratowniczych, gdzie kto ma trafić) i odjeżdża OSTATNIA. W tym momencie mamy 1 delikwenta w kodzie czarnym (martwy) i 4 czerwonych (do natychmiastowej pomocy). Kierownik pierwszego zespołu wzywa jeszcze 2 karetki albo
3) śmigłowiec – ale zgoda, może jest noc, złe warunki, zajęty gdzie indziej (chociaż pojawia się w III rozdziale) blisko do szpitala etc.
Do szpitala jest raczej blisko, a helikopter zostaje następnie użyty, żeby przetransportować noworodka do Centrum Zdrowia Dziecka.

– Rany boskie, to żona doktora Sokołowskiego! – słyszy, ale nie te słowa są jej w ostatnich chwilach potrzebne.
– Mój synek. Co z nim? – szepcze, patrząc prosto w oczy lekarza.
On przenosi wzrok nad jej głową, patrzy na to, co zostało z małego Antosia, po czym powraca spojrzeniem do Marty i mówi pewnym, opanowanym tonem:
– Z pani synkiem wszystko w porządku. Zajmiemy się nim.
Ratownik, wstrząśnięty widokiem zmasakrowanych zwłok dziecka, patrzy na niego z niedowierzaniem, a może nawet oburzeniem [on by powiedział prawdę! Pani Marto, z pani synka została marmolada na drzewie!], ale konająca matka, której w żaden sposób nie mogą pomóc, te właśnie słowa musi usłyszeć.
Marta uśmiecha się do lekarza z wdzięcznością i z tym uśmiechem, delikatnym niczym płomień gasnącej świecy, umiera.
[Michał]: Se umiera. Se nic z tym nie robimy. Umieranie w przebiegu krwotoku po urazie wygląda tak:
1) Traci przytomność (straciła)
2) (nie po sekundzie) następuje zatrzymanie krążenia
3) W tym momencie zaczynamy reanimację. OK, reanimuje się na leżąco a nie zakleszczonego w fotelu ale – jak się okazuje – wystarczyło przeciąć pasy. Nawet jeżeli jest jeszcze zakleszczona, można np. założyć kołnierz, wkłucie, puścić kroplówkę. Nawet jeżeli upłynie 2-­3 minuty od zatrzymania do wyciągnięcia, to się reanimuje, zwłaszcza w kontekście ciąży i tego co poniżej. Niepodjęcie reanimacji jest poważnym błędem w sztuce.


Ratownik zaciska na moment powieki. To jest jedna z tych chwil, kiedy nienawidzi swojego zawodu, swego powołania. Nie ona! Nie Marta Sokołowska! Nie ta dobra, kochana, zawsze uśmiechnięta Marta Sokołowska! Taka młoda, mądra i urocza. Matka trojga wspaniałych dzieciaków... dwojga... Brutalna rzeczywistość każe mu rozewrzeć powieki w jednej sekundzie. Nie ma nic gorszego niż widok maleńkiego, zmasakrowanego ciałka...
Ratownik czuje łzy pod powiekami.
Ośmielam się wątpić, czy ratownik medyczny pozwoliłby sobie - w trakcie akcji! - na tyle emocji. Owszem, wypadek jest makabryczny, ale cóż, załogi karetek mają takie rzeczy na co dzień. Zimna krew i opanowanie to podstawa w tym zawodzie.
Ale to przecież Marta Sokołowska! Taka dobra, mądra, urocza, uśmiechnięta, kochana - a nie bezprzymiotnikowa kobieta zabita w wypadku.

I nagle dociera do niego głos lekarza:
– Ratujmy dziecko!
Przecież ono nie żyje! – chce odkrzyknąć. Chce krzyczeć z bólu i wściekłości.
– Mamy minutę, może dwie. Ratujmy jej dziecko. To nienarodzone. Pomóż mi...
Nagłe uderzenie nadziei, tak silne, że odbiera oddech.
Odcinają pasy, krępujące martwe ciało kobiety. Ślizgając się w kałuży krwi, przenoszą je do karetki.
[Michał]: Tarantino kiwa głowa z uznaniem. Przeciętna kobieta będzie miała krwi 4 litry z ogonkiem, z poprawą na ciążę – niecałe 5. Z czego na zewnątrz (czyli do auta) wyleje się tak 1⁄4 zanim przestanie. Krew jest lepka. No, chyba że droga z marmuru karraryjskiego.
Mamy zgniecioną do rozmiarów toitoia pandę, a tu wystarczy przeciąć pasy i – fiu! – poszkodowana wyciągnięta. Ja tu jednak widzę nożyce i rozpieraki hydrauliczne w robocie. Ma to Straż. Pogotowie nie.
A ślizgać to można się w jelitach.

Nie patrząc w otwarte oczy Marty i jej twarz, na której zastygł ten ostatni, delikatny jak ona sama uśmiech, lekarz rozcina brzuch i – oto następuje cud – wyciąga na zewnątrz żywego noworodka.
[Michał]: Ratunkowa cesarka – jak najbardziej. Ale W TRAKCIE (a raczej na zakończenie) reanimacji. Pomijam niuans że przy krwotoku wewnętrznym organizm zabezpiecza perfuzję (tj. przepływ) do narządów życiowo ważnych. Mózg, serce, płuca. Nawet nie nerki. A na pewno nie macica. Bez podjęcia reanimacji szanse dziecka drastycznie by się zmniejszyły. Ale wpiszmy to do kategorii „mogło się zdarzyć”.


– Jedziemy. Gazem! – rzuca przez zaciśnięte zęby do kierowcy, a ten natychmiast rusza z piskiem opon. Przeciągłe wycie miesza się z sygnałem dwóch następnych.
[Michał]:Pierwsza załoga odjeżdża ostatnia. Teraz załogi dwóch karetek zamiast „ten z urazem brzucha, nieprzytomny, tamten przytomny, ale skowycze” całe rozeznanie sytuacji robią od nowa. I tracą czas.

Noworodek, trzymany w drżących dłoniach lekarza, nabiera pierwszy haust powietrza. Z jego maleńkich płuc wydobywa się pierwszy krzyk. Mężczyzna kładzie dziecko na piersi kobiety, jeszcze ciepłej, i oboje okrywa kocem.
Tak z ciekawości, a jak pierś Marty już wystygnie, to co?
To będzie zimna.
I noworodek też.

Po jego twarzy spływają dwie łzy. Na więcej nie może sobie pozwolić.
A każda z nich samotna…
I męska, prawdziwie męska łza, co podkreślamy z naciskiem.

– Szybciej – rzuca raz jeszcze.
I nic go nie obchodzi, co stało się z tym bydlakiem, który zabił Martę Sokołowską i jej synka…
Czy obowiązkiem ratownika nie jest przypadkiem zajęcie się wszystkimi ofiarami wypadku, bez wydawania osądów moralnych? Tak tylko pytam…
Znaczy ja już nawet nie zauważę, i nie zrobię tego z naciskiem, że przyjeżdżający na miejsce zdarzenia ratownik, zajęty ratowaniem, nie ma za bardzo czasu ani potrzeby zastanawiać się, co właściwie na tej drodze zaszło, kto kogo zabił, i czy chcący, czy nie. Czy naćpany facet wyprzedzał na trzeciego? Czy Marta nagle zjechała na przeciwległy pas? A może to Tir zepchnął któreś z nich z drogi, a drugie oberwało rykoszetem? Od ustalenia tego jest policja.

Gdy nadjeżdża druga karetka, Alfred leży, jęcząc boleśnie, na siedzeniu pasażera, w duchu zaś śmieje się z satysfakcją. I tym razem ten tam na górze jest dla niego, Alfreda, łaskawy. Żyje. Odniósł lekkie obrażenia.
Dobra, dosyć tego. Tak wygląda samochód, jadący 160 km/h, po zderzeniu z _nieruchomą_ przeszkodą. Jeszcze jakieś pytania?

THUMB_WIDE_paul_walker_wypadek_7.jpg

Ale to na pewno nie było BMW!!!
Czerwony! Czerwonym samochodom nie można ufać, panda Marty była czerwona, z pewnością ten kolor daje minus sto do bezpieczeństwa w razie wypadku.

Twarz mu krwawi, ale ma nadzieję, że Tadek jakiś tam krwawi o wiele bardziej... Zasłużył na to, popierdoleniec.
No jak on tak mógł, kierować naćpany i wyprzedzać na zakręcie… oh, wait.

Gdy ratownicy pochylają się nad Alfredem, wydaje z siebie przejmujący skowyt. Bez chwili zwłoki biorą go na nosze.
[Michał]: Chwila zwłoki się pojawia i poświęcona jest na badanie. Jeżeli skowycze, znaczy, jest wydolny krążeniowo i oddechowo. „Biorą na nosze” traktuję jako skrót myślowy od „kołnierz, deska ortopedyczna”.

Tamten chujek pojedzie następnym transportem. Blondyna też. Alfred musi zadbać przede wszystkim o siebie, no nie?
[Michał]: Albo są dwie karetki od razu, albo koordynujący wysyła chujka pierwszego – skowyt skowytem, a krwotok wewnętrzny krwotokiem wewnętrznym. Sorki. Pić trza umić ale i symulować trza umić.

Policjant, który przepuścił parę minut wcześniej czarne bmw, ze ściśniętym sercem zbliża się do roztrzaskanej pandy. Jeden z ratowników zdążył go uprzedzić:
– Tam są zwłoki dziecka.
Ale nie przygotował go na taki widok.

Policjantowi, który niejedno widział, żółć podchodzi do gardła, łzy do oczu. Myśl: „Gdybym ich zatrzymał...!”, kołacze się w mózgu, gdy patrzy na to, co zostało z Antosia Sokołowskiego, a ten widok do końca życia nie da mu spokoju. Czy to Marta, zdenerwowana, po ciemku, nie dopięła pasów, czy też sprytny trzylatek podczas jazdy się wyswobodził, tego nikt się już nie dowie: chłopczyk podczas wypadku wypadł przez okno, a bok samochodu zmiażdżył go o pień drzewa. Jego małe, biedne ciałko, jeszcze parę minut temu pełne życia, teraz... Sierżant odwraca załzawiony wzrok, idzie do radiowozu zupełnie załamany, wyciąga czarny worek i... musi zatrzymać się na chwilę. Zanim nałoży gumowe rękawiczki i zajmie się opatulaniem zwłok dziecka w czarny plastikowy worek, oddycha przez chwilę głęboko, walcząc ze sobą i ze łzami. Sam ma siostrzeńca w wieku tego dzieciaczka...! Może kto inny się tym zajmie?
[Michał]: Oczywiście, że kto inny, ponieważ drogówka nie ma worków na zwłoki, a i rękawiczki nieczęsto. Tu akurat pogotowie.

Ale on musi to zrobić. Gapiów jest coraz więcej. Wysiadają z kolejnych samochodów i ze zgrozą, ale i niezdrową ciekawością włóczą się dookoła. Sierżant Jacek Drozd nie chce, by oglądali i komentowali to, co zostało z małego chłopczyka...
[Michał]: Przejeżdżać, przejeżdżać, nie tamować ruchu, spier... z miejsca zdarzenia. Za utrudnianie czynności ratowniczych jest paragraf.

Drżącymi rękami otula jego zwłoki jak najdelikatniej, jakby dziecko spało, a on miał w rękach ciepły kocyk. Ręce drżą mu coraz bardziej.
Jezu, długo jeszcze tego rzewnego pierdololo?
Długo, obficie i w coraz to nowych odsłonach.
Protestuję, to nie jest żadne pierdololo, to fragment najmocniejszej powieści Katarzyny Michalak, roztrzaskującej serce na kawałki i wzruszającej do łez, tak napisali na stronie Wydawnictwa Literackiego, tego wydawnictwa z tradycjami, któremu przecież nie można nie wierzyć!!!

Gdyby tamtych zatrzymał…
<przez zęby> … gdybyś tak zawarł oblicze, Drogi Narratorze...

Zostawia czarny worek przy fiacie i idzie w kierunku bmw, którego kierowcy nienawidzi w tej chwili z całego serca. Ma przemożną chęć wyjąć z kabury broń i zastrzelić skurwiela na miejscu. Jest jednak, o ironio, „stróżem prawa”, a prawo – ze swoim domniemaniem niewinności – będzie stało po stronie Tadka Marszaka aż do końca. Aż do jego parszywego końca…
Złe prawo, złe! Podejrzanego należy od razu uznać winnym i niech sam się tłumaczy! A jakby nie chciał się przyznać, to są tacy, którzy mu w tym pomogą...


ROZDZIAŁ III



– Panie doktorze! – pielęgniarka wpada do gabinetu, gdzie Michał Sokołowski zszywa niegroźną ranę na skroni jakiegoś chłopaka. – Wiozą trzy ofiary wypadku, dwie w stanie ciężkim. Ordynator prosi pana na salę operacyjną.
[Galnea]: Michał ma dyżur na SOR-ze. Szpitalny Oddział Ratunkowy działa na zasadzie oddziału. To znaczy, że ma swojego ordynatora, pielęgniarkę oddziałową itp. Chirurg dyżurujący na SOR-ze siedzi cały czas na SOR-ze, bo to jest jego podstawowe miejsce pracy. Jeśli przywiozą mu ciężkiego pacjenta wymagającego operacji, to go wysyła na oddział chirurgii, gdzie zajmują się nim chirurdzy, którzy tam dyżurują - i na tym jego robota się kończy. To, co jest opisane, jest możliwe, jeśli nie ma w szpitalu SOR-u. Tak jest u nas - mamy Izbę Przyjęć i jeśli pojawia się na niej pacjent, to pielęgniarki dzwonią na oddział, z którego przychodzi lekarz, żeby zobaczyć, co się stało. Tyle, że ten lekarz de facto dyżuruje na oddziale, a zaopatrza IP jakby dodatkowo (i jest to sytuacja, po prawdzie, bardzo niezdrowa i nie do końca czysta prawnie).

Michał bez słowa podaje igłotrzymacz stażystce, która do tej pory asystowała mu przy zabiegu.
– Dokończ za mnie – mówi spokojnie, wiedząc, że za chwilę czeka go większa bitwa i dużo więcej szycia niż tutaj.
[Galnea]: No, mnie trochę zdziwiło, że tak odpowiedzialny lekarz jak Michał oddał wystraszonej stażystce szycie skroni ;) Po prawdzie to powinien stać i ją pilnować, bo jeśli będzie krzywo to może za to odpowiadać. Zwłaszcza, że to on będzie się musiał pod tym podpisać. Jak ja byłam na SOR-ze to pozwalali nam szyć, ale rany ręki, nogi i ewentualnie owłosionej skóry głowy (gdzie by nie było widać). Ale to raczej taka luźna uwaga w porównaniu z innymi.

Michał odczytuje smsa od żony i dzwoni do niej. Ratownicy, którzy właśnie reanimują jej nowonarodzone dziecko, mają łzy w oczach (oczywiście!), gdy wyciągają telefon z kieszeni Marty i widzą, że dzwoni jej mąż.


– Powiesz doktorowi, że jego żona... – zaczął drżącym głosem, ale Kord pokręcił głową.
– Wyłącz to. Po prostu wyłącz.
To nie był czas i miejsce, by Michał dowiedział się, że Marta i Antoś nie żyją. Ordynator mu powie. Tak, to odpowiednia osoba do przekazywania takich wiadomości. Oni dwaj muszą utrzymać przy życiu nowo narodzone dziecko doktora Sokołowskiego. Jeszcze tylko parę minut i przeniosą je do czekającego na lądowisku helikoptera. Kwadrans później maleństwo będzie w najlepszym szpitalu w Polsce, w rękach najlepszych lekarzy. Wytrzymaj, dziecino... Przynajmniej ty przeżyj to piekło...

I chociaż Marek Kord po tym, czego się naoglądał w swojej pracy, stracił wiarę w Boga, a na pewno w Jego miłosierdzie, teraz zaczął się modlić...
Wiecie co? Mam już powyżej uszu tej kliszy, że ktoś tam, kto nigdy nie wierzył, czy też stracił wiarę, teraz zaczyna się modlić!
Przygotuj się na jeszcze kilka podobnych stwierdzeń (och, Komentatorze Profetyczny, idź precz!).

Doktor Sokołowski pewnym krokiem wszedł na salę operacyjną. Pacjenta jeszcze bada Jakub Kryska, anestezjolog, ale Michał widzi, że zostało im naprawdę niewiele czasu.
– Pospiesz się, Jakub – rzucił spokojnie. – Ma krwotok wewnętrzny. Podajcie mu od razu dwie jednostki krwi. Są już badania?
Pielęgniarka pokręciła głową. Pytał o próby krzyżowe.
Jeśli jeszcze nie zdążono ich zrobić...
– To biegnij po 0 Rh minus. – Tę grupę krwi można podać każdemu.
[Galnea]: Co do krwi - w obecnych czasach nie podaje się już 0Rh-. Jest zbyt duże ryzyko powikłań poprzetoczeniowych. To by musiała być bardzo, bardzo podbramkowa sytuacja.
Poza tym próba krzyżowa obowiązuje zawsze - pacjent może mieć alloprzeciwciała albo niezgodność w innych grupach niż AB0Rh.
Szpitale nie mają u siebie na stałe krwi, która czeka aż będzie przydatna. Krew jest w Centrach Krwiodawstwa i trzeba ją zamawiać indywidualnie dla pacjenta. Dopiero z Centrum krew przyjeżdża karetką do szpitalnego laboratorium (i szpitalnego banku), gdzie jest przygotowywana, krzyżowana i dopiero potem może zostać podana.
[Michał]: Przetacza się płyny – szybciej i mniej powikłań, plus dostępność krwi (koncentratu krwinek czerwonych, krwi pełnej się już nie stosuje, ale uznajmy to za skrót myślowy). 0 Rh minus nie leży w lodówce u oddziałowej między rafaello a sałatką szopską, ale musi przyjechać z centrum krwiodawstwa. O ile mają krew w tej grupie.
Ale przecież są to informacje tajne, dostępne tylko za specjalnym zezwoleniem i nie ma co się dziwić, że ałtorkasia nie mogła ich znaleźć...


– Stabilny? Mogę zaczynać? – Michał uniósł głowę, posyłając pytające spojrzenie anestezjologowi.
– Nie jest stabilny, ale zaczynaj. Będę próbował go wyrównać.

Michał jednym pewnym cięciem otworzył jamę brzuszną młodego mężczyzny, z której natychmiast zaczęła wypływać ciemnoczerwona krew.
[Galnea]: Chirurg to nie rzeźnik, nie otwiera brzucha na odlew, tylko powoli rozcina i preparuje warstwa po warstwie. W ten sposób unika się przypadkowego uszkodzenia jakiegoś nerwu czy naczynia.

– Ssanie – rzucił do asystentki. – Kocher – dodał w następnej chwili, prosząc o narzędzie, które mógł zatrzasnąć na rozerwanej żyle i powstrzymać krwotok.

Zespół pracował w skupieniu, wykonując polecenia doktora Sokołowskiego. Anestezjolog wpatrywał się w monitor pokazujący parametry życiowe pacjenta i kręcił głową, co chwila dorzucając jakiś specyfik do spływającej w szybkim wlewie kroplówki.
[Michał]:Szufelką dorzuca.
Albo wszystkie potrzebne specyfiki ma w pompach (dokładna kontrola przepływu) albo daje bezpośrednio ze strzykawki. Dorzucenie dwóch szufelek różnych leków do jednej kroplówki może skończyć się wytrąceniem farfocli.
[Galnea]: Leki nie będą podawane do kroplówki, tylko do wenflonu/innego wkłucia. I, tak gwoli ścisłości, raczej nie przez anestezjologa, tylko pielęgniarkę anestezjologiczną.

Gdyby nie wyłączył sygnału, aparatura wyłaby przez cały zabieg, alarmując o złym stanie mężczyzny.
[Michał]: Po to tam jest. Gdyby nie wyłączył czujnika czadu, wyłoby mu przez cały czas kąpieli.

Lekarze walczą z poświęceniem o życie Tadka Marszaka, nie wiedząc, co stało się przed chwilą. Wreszcie operacja się kończy.

Gdyby cały ten zespół  wiedział,  że  człowiekiem, którego z takim oddaniem ratują, jest Tadek Marszak...
Że piętro niżej do kostnicy wjeżdżają nosze z ciałem Marty Sokołowskiej...
Że przy roztrzaskanym samochodzie, okryte czarnym workiem, spoczywa to, co zostało z małego Antosia…
Resztek Antosia do kostnicy nie zabrano. No w sumie, z ciałem w takim stanie to tylko problem, wszystko upaprze...

Ja rozumiem sens tego pytania, choć sformułowane jest idiotycznie (“Panie doktorze, nie możemy go operować, za operowanie Tadeuszów Marszaków w myśl ustawy numer 75 paragraf 5 grozi kara bezwzględnego pozbawienia wolności do lat trzech!”) ale przede wszystkim chciałabym spytać -
gdyby wiedział, to co? Odmówiłby operacji? Popodrzynał tętniczki? Przez przypadek zostawił w brzuchu Tadeusza Marszaka gąbkę albo wyciął mu zdrową nerkę? Co by zrobił zespół oraz kierujący zespołem nieskazitelny, altruistyczny, szlachetny, będący taki ą ę pod każdym względem doktor Sokołowski? Powiedz nam, AłtorKasiu, bardzo jesteśmy ciekawi.

(...)
– Co wiemy o tym pacjencie? Kim on jest? – Sokołowski zwrócił się do Jakuba.
On pierwszy przyjął pacjenta i odebrał informacje od ratowników. Anestezjolog zerknął do karty.
– Tadeusz Marszak. Lat trzydzieści. Mieszka pod Lubieniem. Karany za jazdę pod wpływem.
Tadzio zawsze nosił ze sobą całą swą kartotekę policyjną, stąd wiedza ratowników.

To on był kierowcą pierwszego samochodu.
– Zleciłeś badania?
Michał nie musiał precyzować, o jakie badania mu chodzi. Skoro tego tutaj raz przyłapano na jeździe po pijaku, dzisiaj mógł to powtórzyć.
– Zleciłem komplet: i alkohol, i narkotyki. Gdy go przyjmowałem, źrenice miał rozszerzone jak po koce – mruknął anestezjolog.
“Aż po koc” się mówi.
[Galnea]: W przypadku rozszerzonych źrenic pomyślałabym na pierwszym miejscu, że pacjent jest niedotleniony albo zaczyna mieć obrzęk mózgu i się wgłabia, niż o narkotykach. A jeśli nawet narkotyki, to raczej amfetamina i jej pochodne niż kokaina, która jest droga i gorzej dostępna. Ewentualnie dopalacze.

Nienawidził ćpunów i pijaków. Za kierownicą szczególnie. Tyle się naoglądał ludzkich nieszczęść spowodowanych przez naćpanych czy schlanych kierowców, że po prostu... nienawidził.
– My mu życie uratujemy, a on za pół roku znów kogoś zabije – dodał cicho.
Michał uniósł głowę.
– Znów zabije? Były ofiary śmiertelne?
– Dwie. Wyprzedzał na zakręcie i wbił się w samochód z naprzeciwka.
Sokołowski zacisnął zęby. W takich chwilach naprawdę zastanawiał się nad sensem tego, co robi. Oto wywalczył życie dla mordercy, który – prawdopodobnie naćpany – zabił dwie Bogu ducha winne istoty.
Gdyby wiedział, że jedną z nich jest jego Marta, a drugą Antoś…
Narratorze, przestań gdybać, za trzy minuty doktor się dowie.

Wycinamy fragment, w którym Michał dowiaduje się od ordynatora, że jego żona i dziecko zginęli. Nie będziemy też komentować tego, jak zachowuje się bohater w szoku, a później w żałobie, ponieważ - choć niektóre reakcje mogą wydawać się dziwne, niewiarygodne, niestosowne itd. - z takimi uczuciami każdy radzi sobie tak, jak potrafi. Idiotyzmów do komentowania i tak znajdzie się dosyć.


Gdyby w tym momencie przed Michałem stanął Tadek Marszak, po prostu rozerwałby go na strzępy. Tymi palcami, które wbijał w stół tak silnie, jakby wbijał je w gardło tamtego. Ćpuna, mordercy, parszywego zera, które zabiło mu żonę i synka.

Obyś zdechł, ty skurwielu – przez pusty dotąd umysł doktora Sokołowskiego przemknęła pierwsza jasna myśl. Odtąd stanie się ona mantrą człowieka, który do tej pory uważał się za szlachetnego i pełnego współczucia. Niósł pomoc każdemu, czy był to właściciel apartamentu nad Wisłą, czy bezdomny menel. Ludzki pan! Zdobywczyni złotego medalu na ostatniej olimpiadzie czy prostytutka spod latarni. Wow! Prostytutka też, w dodatku spod latarni? Nie mam po prostu słów, by wyrazić, jak bardzo ludzki pan! Wspaniały altruistyczny doktor Michał Sokołowski umarł przed chwilą, a narodził się...

Wspaniały altruistyczny doktor Michał Sokołowski...
Tak. Bo trzeba naprawdę ogromnego, heroicznego wręcz altruizmu, by pracować w państwowym szpitalu, gdzie nie można sobie dobrać odpowiednio wytwornej i spełniającej wysokie standardy moralności grupy pacjentów.

On sam jeszcze nie wie, kim się stanie w najbliższej przyszłości. W tej chwili przeklina najparszywszymi słowami człowieka, który zabił mu dwie najdroższe istoty.
Klątwa rzucona w chwili największej rozpaczy i nienawiści ma straszną siłę.
Potrafi zabijać.
I uderzy.
Pytanie tylko: w kogo? W Tadka Marszaka, którego śmierci Michał pragnie, czy w prawdziwego mordercę Marty i Antosia?
No jak to, Narratorze, nie wiesz tego? Jestem rozczarowana.
Na pewno wie, ale zadając pytania chce cię subtelnie nakłonić do mistycznych rozważań, a ty taka niewdzięczna!

Michał wyrusza zobaczyć miejsce wypadku.


Dopiero gdy weszli na parking, stanął jak wryty na widok samochodu Jakuba.

– Zastawiłeś mojego nissana – odezwał się cicho, ale takim tonem, że anestezjolog zatrzymał się również.
– Tak. Przepraszam. Myślałem, że razem skończymy dyżur...
Hm. Z tych kombinacji dyżurowych (i wyjaśnień Galnei) zrozumiałam, że Michał pracował do 15.30 (normalny dzień pracy, nie dyżur), na co zresztą wskazywałaby obietnica, że odbierze dziecko z przedszkola. Po czym pod koniec pracy dowiedział się, że na SOR-ze nie ma pełnej obsady i zdecydował wziąć dodatkowy dyżur, do północy (bessęsu zważywszy na godziny pracy, ale może faktycznie jakiś Mietek nie dojechał). Tymczasem Jakub miał dyżur zaplanowany (tak sądzę), czyli powinien siedzieć w szpitalu do rana. Jakby nie patrzeć, nie mogli razem skończyć (no chyba że w tym konkretnym szpitalu godziny pracy są zupełnie inaczej poustawiane), a z kolei przyjeżdżając do pracy Jakub nie mógł wiedzieć, że Michał zostanie dłużej.

– Ty bezmyślny, egoistyczny draniu... Marta wracałaby SUV-em, a nie tym małym gównem, gdybyś nie zablokował mi samochodu. I przeżyłaby wypadek. Oboje by przeżyli. – Głos Michała, mimo że cały czas cicho cedził słowa, po prostu zabijał. Każda zgłoska była śmiertelnym ciosem wymierzonym w ich wieloletnią przyjaźń.
Ty zły człowieku! Ty egoistyczny draniu! To wcale nie tak, że to JA miałem przywieźć dziecko do domu tym potężnym, bezpiecznym samochodem, w dodatku za dnia, ale zapomniałem o obietnicy! Ty jesteś winien!

– Michał, nie wiesz, co mówisz. Nie oskarżaj mnie o śmierć żony i dziecka. To... – „Okrutne!”, chciał skończyć Jakub, zraniony do żywego, ale umilkł. Tamten miał rację. Gdyby jemu, Jakubowi, chciało się zaparkować nieco dalej, Marta z Antosiem rzeczywiście wracaliby do domu bezpieczniejszym autem i być może... – Słuchaj, to obłęd! Nie możesz oskarżać całego świata i wszystkich dookoła o tę tragedię!
– Nie mów mi, co mogę, a czego nie – znów te cicho cedzone słowa. – Po prostu się zamknij i odblokuj przejazd.
– Nie usiądziesz za kierownicą w takim stanie…
No, nareszcie ktoś rozsądny!

– Nie mów mi, co mam robić! – Michał przyskoczył nagle do przyjaciela, unosząc do ciosu pięść. Gdyby Jakub się nie uchylił, dostałby z całej siły w twarz.
– Rany boskie, Michał, opanuj się! – krzyknął. – To nie ja ich zabiłem!!!
Tamten oprzytomniał. Furia opadła tak nagle, jak się pojawiła.
– Spieprzaj – rzucił cicho. – Po prostu zejdź mi z drogi.
– Odwiozę cię... – próbował raz jeszcze Jakub, ale... zaklął tylko, wsiadł do swojego auta i z piskiem opon cofnął je o kilka metrów.
...a jednak nie.

Michał bez pożegnania, bez jednego słowa, odjechał.


Mknąc przez mrok, zaciskał drżące dłonie na kierownicy i próbował opanować łzy.
O mało nie uderzyłeś przyjaciela – wyrzucał sobie. Ale natychmiast jego drugie Ja, z którego istnienia nie zdawał sobie do tej pory sprawy, Ja mroczne, mściwe i okrutne dopowiadało: Gdyby nie głupota i wygodnictwo Jakuba, Marta i Antoś mieliby szanse...
Oszzzywiście. To wszystko wina Jakuba!

(...)
W czasie gdy doktor Sokołowski przemierzał swoją prywatną drogę przez piekło, Alfred Niro leżał na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej i... bał się. Dokładnie jak wtedy, gdy po podpaleniu bezdomnego podjechała pod dom Nirów policja.
Ktoś powinien policji powiedzieć, że nie powinna podpalać bezdomnych, to naprawdę nieładnie.

Był to przyjemny strach. Uda się, czy nie? Połapią się gliniarze, kto był sprawcą, czy da się w to gówno wmanewrować Marszaka?
Wyszedł z wypadku niemal bez szwanku, ot, odłamki szyby poorały mu tylko twarz, ale takie blizny jedynie dodadzą mu męskości
I z racji poharatanej twarzy wylądował na OIOMie?
Widocznie bardzo przekonująco skowyczał.

– bo zaraz po „Jestem panem życia i śmierci!”, widząc, jak naćpany Tadzio nabiera animuszu, zapiął pasy. To zapewne uratowało mu życie, w przeciwnym razie jak nic wyleciałby przez przednią szybę.
Wyjątkowa trzeźwość umysłu jak na “pana życia i śmierci” po solidnej działce koki. Nie spodziewałabym się.

(...)
Już zdążyli zbadać Alfredowi krew i wiedzą, że był pijany i napruty kokainą, ale nie wiedzą na szczęście, że to on szarpnął kierownicą, posyłając pół rodziny doktorka w pizdu. Gdyby mieli choć cień podejrzenia, chyba nie dożyłby jutrzejszego rana. Może Marszak nie dożyje...?
Bo pielęgniarki i lekarze nic, tylko mordują pacjentów na oddziałach i co im pan zrobisz?

Po raz drugi w życiu – pierwszy był wtedy, gdy przymknęli go po podpaleniu bezdomnej łajzy – Alfred zaczął się modlić. Wtedy o śmierć kloszarda, teraz o śmierć kumpla.
Biedny Tadek.
Jeden  go  przeklina,  drugi  życzy  mu  wszystko  co najgorsze.
Ja wiem, że polska języka trudna języka, a redaktorzy dzieła zajęci byli pisaniem pochwalnych maili, ale jakby tak któryś się od tego oderwał i poprawił błąd w powszechnie - zdawałoby się - znanym związku frazeologicznym byłabym naprawdę wdzięczna. Taka mała prośba na przyszłość.

Ciekawe,  co  dopadnie  Marszaka  pierwsze:  klątwa Michała Sokołowskiego czy modlitwa Alfreda Nira…
Ach, gdybyśmy to tylko wiedzieli!...
Nie wątpię, że w stosownym momencie Narrator nam to oznajmi.


ROZDZIAŁ V

Michał wymusza przepuszczenie przez policyjną blokadę i jedzie prosto na miejsce wypadku.

– Doktor Sokołowski? – padło nagłe pytanie.
Michał  zamrugał i przeniósł załzawione spojrzenie z czarnego  bmw na policjanta, który stał tuż obok i przyglądał się doktorowi z mieszaniną uczuć na twarzy.
– Nie powinno tu pana być, doktorze. To nie miejsce dla... – urwał. Obaj spojrzeli w bok, na szczątki drugiego samochodu. – Tak bardzo współczuję panu tej straty... – Sierżantowi Drozdowi załamał się głos.
Chciał przyznać się Michałowi Sokołowskiemu, że pośrednio i on przyczynił się do śmierci jego najbliższych, bo przecież puścił tamtego sukinsyna, ale... nie rzekł nic. Wystarczyły mu wyrzuty sumienia, nie potrzebował żadnych innych. Wystarczyło, że dotarł w to piekielne miejsce zaraz po ratownikach i musiał przykrywać czarnym workiem zwłoki małego chłopczyka.
– To wszystko przez te drzewa! – rzucił z nagłą wściekłością. – To one są powodem tych tragedii! Gdyby pan wiedział, doktorze, ile ludzi przez nie ginie... Właściwie pan wie. Jeździ pan do wypadków...
To Michał i w karetce jeździ? Człowiek-orkiestra normalnie.
Taki człowiek renesansu.
Jest człowiek-omnibus, może być i człowiek-ambulans.

– Przez drzewa? – Michał zadał to pytanie takim tonem, że policjant umilkł. Przez chwilę myślał, że doktor wybuchnie obłąkańczym śmiechem. – Co ty pieprzysz, człowieku?! W samochód mojej żony uderzył naćpany sukinsyn i to on jest winien jej śmierci, a nie drzewo! Będziemy teraz karać drzewa, a ćpunów i moczymordy, co siadają za kierownicą, otaczać czułą opieką, bo to chorzy, biedni ludzie, a nie mordercy? To pan sugeruje, sierżancie? Mam się ulitować nad tym skurwielem, co mi zabił żonę i dziecko, a drzewo... co z drzewem? Ściąć je? Porąbać na opał? Ja pieprzę... – Odwrócił się gwałtownie, bo miał chęć rąbnąć policjanta pięścią w twarz.

(...)
– Doktorze, nie wolno panu przebywać na miejscu zbrodni – sierżant przybrał surowy ton. – Zaciera pan ślady…
Wypadku. To, mimo wszystko, jest miejsce wypadku.

Michał pokręcił głową.
– W tym samochodzie zginęli moja żona i trzyletni synek... – zaczął.
– Współczuję panu, ale jest pan osobą postronną i...
Postronną? Serio, postronną?!

– Ciekawe, czy będzie pan to mówił, gdy kiedyś trafi pan na mój stół operacyjny, a ja będę tym, który może ocalić panu życie.
(Ke?)
Gdy trafi na stół operacyjny, to raczej nic nie będzie mówił - chyba że anestezjolog spartoli robotę.
Wtedy będzie klął ordynarnie.
Albo wył.

To był argument – czy raczej szantaż – którego Michał używał bardzo rzadko. Działał zawsze. W tym przypadku również, bo inspektor się zawahał.
Bardzo rzadko? BARDZO RZADKO? OK, rozumiem w chwili szoku i wzburzenia, zrozpaczony człowiek nie wie, co mówi, reaguje w nieprzewidywalny sposób, dlatego - czytając teksty Michała i biorąc poprawkę na jego stan - nie mam ochoty silnie go skrzywdzić. Ale jeśli dobrze rozumiem, właśnie okazuje się, że kryształowemu, altruistycznemu, idealnemu doktorowi Sokołowskiemu zdarzało się używać obrzydliwego argumentu, by szantażować ludzi, i to nie w chwili, gdy rozpacz mąciła mu umysł?

– O nic więcej nie proszę – dorzucił Sokołowski. – Nie będę wchodził wam w drogę. Spojrzę tylko na samochód i odjadę.

(...)
– Doktorze Sokołowski – zatrzymał go jeszcze głos sierżanta – czy w pandzie była może zamontowana kamera?
Kamera? Michał stracił dwie ukochane istoty, a ten się pyta o jakąś kamerę?
Materialista jeden.

– Samochodowa. Na przedniej szybie – dodał Drozd.
Ale zaraz, skąd to Drozdowi w ogóle przyszło do głowy? Kamery samochodowe nie są standardowym wyposażeniem samochodów…
No, taki strzał w ciemno, zdarza się.

– Była – rzucił i odszedł.

(...)
[Sierżant] Zapragnął nagle wrócić do małego mieszkania, które ze swoją dziewczyną wynajmowali od dwóch lat, bo własnego jeszcze się nie dorobili, przytulić się do Marysi, poczuć jej żywe, ciepłe ciało.
Przytula się - a tu zonk, Marysia od kilku godzin zimna...

Objąć ją z całych sił, całować do utraty tchu, może w końcu poprosić ją o rękę, do czego nie był dotąd taki skory, chociaż wiedział, że ona o tym marzy.
Pragnął tego po każdym śmiertelnym wypadku, jakiego był świadkiem. Ale potem mu przechodziło.
W roku 2014 na przykład liczba ofiar wypadków drogowych w Polsce wyniosła ponad trzy tysiące, widzę pewne szanse dla tego stadła.

A gdy Marysia przyjmie jego oświadczyny, wziąć ślub, jak najszybciej zmajstrować dziecko, może nawet dwoje,
...czyli wyrazić miłość w jedyny aprobowany przez AŁtorkasię sposób.

i każdego dnia prosić Boga o to, by nigdy nie doświadczył jego, Jacka, tak jak doświadczył doktora Sokołowskiego.
Chce mieć dzieci, żeby błagać Boga, by nie zginęły w wypadku? Dość oryginalny plan na rodzicielstwo.

Michał wraca do domu.

– Tatuś! Tatuś przyjechał! – Zbynio, ujrzawszy ojca w drzwiach, rzucił się ku niemu i chwilę później tonął w jego ramionach, zachwycony, ale i nieco zdziwiony, jak mocno Michał go przytula.

– O, cześć, synu. – Słysząc głos ojca, Michał uniósł wzrok znad jasnej główki Zbynia. – Prędzej Ducha Świętego byśmy się spodziewali niż ciebie. A już na pewno Marty z małym jubilatem…– Zbigniew Sokołowski mówił coraz wolniej, patrząc na śmiertelnie bladą twarz Michała, jego zaczerwienione oczy, usta zaciśnięte w wąską kreskę i ramiona, którymi obejmował jakimś rozpaczliwym gestem synka. – Co się stało? – zapytał nieswoim głosem.
Straszna rzecz się stała, ktoś porwał Narratora Profetycznego i zastąpił go Narratorem Pomieszanym Składniowo! - westchnęła Kura, nie wiedząc, czy chodzi o “obejmowanie rozpaczliwym gestem”, czy raczej o “rozpaczliwy gest synka”.
(albo o jedno i drugie - bo synek obejmowany zbyt mocno mógł zacząć wykonywać rozpaczliwe gesty)

Jego żona, matka Michała, słysząc ten ton, stanęła w progu salonu. Ogarnęła całą trójkę jednym uważnym spojrzeniem i...
– Gdzie mama z Antosiem? – ze schodów prowadzących na piętro zaczęła zbiegać ku nim trzynastoletnia Maja. – Czekamy z tortem, czekamy z prezentami...
Ja wiem, że jestem nudna, ale się powtórzę. O której? O której oni się spodziewali Marty z małym jubilatem? Jak Marta wyjeżdżała z Antosiem spod szpitala już była noc, dobra niech będzie, że zmrok - 18? 19? - potem wypadek, akcja ratunkowa, operacja, powiadomienie Michała, doprowadzenie go do stanu, w którym może prowadzić… nikt mi nie wmówi, że trwało to krócej niż parę godzin, czyli musi być najmarniej 22, a tu rodzina, tort, dzieci wybiegające na spotkanie, impreza urodzinowa w toku...  
Na moje oko jest wręcz około północy.
I nikt się nie zaniepokoił, nikt nie wydzwaniał do Marty, a ponieważ nie odbierała telefonu, nie zaczął dobijać się do Michała...

Cześć, tatku, świetnie, że jesteś! – Przytuliła się do ojca z drugiej strony, a on przycisnął ją do siebie tak mocno, jak przed chwilą tulił Zbynia. – Mama bała się, że znów wypadnie ci jakiś głupi dyżur i nie przyjedziesz na urodziny Antosia, ale powiedziałam jej, że... – Umilkła nagle, czując, jak plecy ojca, które obejmowała ramionami, zaczynają drżeć od powstrzymywanego... no właśnie... śmiechu? Odsunęła się i spojrzała mu w twarz. Nie śmiał się. Z całych sił walczył ze łzami. – Tato? – wyszeptała błagalnie, czując, że za chwilę stanie się coś... coś strasznego. Nie chciała wiedzieć co! Chciała wiedzieć, gdzie jest mama i brat! Tylko tyle!
– Był wypadek – wyszeptał Michał, bo tylko szept przepuściła  spazmatycznie  zaciśnięta  krtań. –  Mama i Antoś zginęli na miejscu. Nie żyją.


Powiedział  to.  Wreszcie  powiedział  to dzieciom i rodzinie.

W domu wybucha pandemonium, wszyscy krzyczą i płaczą, matka Marty mdleje, a Michał czuje, że musi stamtąd natychmiast uciec, więc bierze Zbynia na ręce i idzie - sam nie wie dokąd, póki nie zatrzyma go ojciec. Wycinamy to, z tego samego powodu, co poprzedni fragment.

Ojciec zatrzymuje Michała, jednym szarpnięciem odwraca ku sobie i otrzeźwia uderzeniem w twarz. Ten posyła mu półprzytomne spojrzenie, podnosi dłoń do piekącego policzka. Obłęd i nienawiść w jego oczach gasną powoli.
– Panuj nad sobą, słyszysz?! – warczy starszy Sokołowski, potrząsając nim za ramiona. – Masz dzieci.
Nie rozklejaj się! Ciężarna żona, syn - było minęło! Tu masz obowiązki!
Ale… cóż, ma. Brzmi to okrutnie i jest okrutne, to jest w ogóle potworna sytuacja, ale ma i jest wszystkim, co tym dzieciom zostało, więc jakoś tam rozumiem ojca Michała (minus walenie po twarzy).

Tak – Michał uzmysławia to sobie z jasnością tak ostrą, że aż boli. Znów boli. Ma jeszcze dzieci, które – gdyby Marta zabrała je ze sobą – też mógł stracić...
Zawraca, wpada do domu i znów przygarnia Maję ze Zbyniem do siebie. Chce zostać z nimi teraz sam.
Bez histeryzującej teściowej i teścia, który próbuje ją uspokoić,
Histeryzująca teściowa i teść właśnie stracili dziecko. Cholera jasna, AłtorKasiu, histeryzować to może nastolatka, która nie dostała zaproszenia na imprezę albo trzylatek, któremu mama nie kupiła lizaka, a nie matka po śmierci córki. Nie spytam, gdzie była redakcja tylko dlatego, że wiem, że ty masz redaktora po to, by ci przecinki wstawiał i pochwalne maile pisał.

bez ojca i matki, którzy nie wiedzą, kogo pocieszać najpierw, czy rodziców Marty, czy jej dzieci.
Bez sąsiadów, którzy nagle pojawili się w drzwiach, bo dotarła do nich ta straszna wiadomość, więc pragną złożyć serdeczne kondolencje, są tacy wstrząśnięci, jeśli Michał albo dzieci będą czegokolwiek potrzebowali, to oni są blisko…
Tak. Michał dopiero co przyniósł wieść o tragedii, wszyscy jeszcze są w szoku, nie wiedzą, co robią i co mówią, ale już ktoś na boku łapie telefon i dzwoni do sąsiadki: “Posłuchaj, co się stało!”
No, nie, to nieduża miejscowość, ja mieszkam w okolicach podmiejskich, zawsze wiem, kiedy był wypadek, bo po prostu do domu nie mogę dojechać, jedyna droga zatarasowana, policja kieruje do objazdów… umiem sobie wyobrazić, że tu było tak samo, ktoś przejeżdżał, ktoś zauważył szczątki samochodu, ktoś ma siostrę/brata/ kuzyna pracującego w szpitalu… to wiadomość z rodzaju tych, co się rozchodzą lotem błyskawicy.

I wreszcie bez... dziennikarzy, którzy już dostali cynk – od kogo? – że kroi się dobry materiał: pełen poświęcenia lekarz uratował życie ćpunowi, który chwilę wcześniej zabił jego żonę i trzyletniego synka. Będą żerować na tej tragedii przez długi czas...
Sępy dziennikarskie nie zapomniały tej okropnej wpadki, kiedy to przez dwa lata nie zainteresowały się dzieciobójczynią, która zakopała noworodka w lesie (“Bezdomna”) i teraz już żadnej tragedii nie przepuszczą.

Wreszcie Zbigniew Sokołowski stanowczo wyprasza wszystkich za drzwi, sam żegna się krótko z synem i wnukami i pozostawia ich w pustym domu, by mogli pogrążyć się w żałobie.
No ja nie wiem. Skoro on jeden wydaje się nie poddawać emocjom, to może jednak zostałby, dopilnował dzieci i Michała, pomógł im w takim po prostu ogarnięciu codziennego życia?
Ale… że mężczyzna? Pomóc? W ogarnięciu codziennego życia? <mruga calkowicie zagubiona>
Scena, w której w podobnej sytuacji, tuż po otrzymaniu tragicznej informacji, najbliższa rodzina opuszcza bliskich, “by mogli pogrążyć się w żałobie” - wychodzi, nie zostaje, by zająć się nimi, pomóc im w szoku, zawiadomić kogo trzeba, utulić dzieci, mieć oko na ich ojca, po prostu być przy nich w tych najcięższych chwilach  - jest dla mnie najbardziej niewyobrażalna i najpodlejsza w całym tym wydrukowanym gniocie. Gdybyż jeszcze wcześniej była mowa o jakichś fatalnych, patologicznych relacjach… Ale nie, przecież rodzice Marty i Michała przyjechali na urodziny wnuczka, czekają z prezentami, tortem i balonikami!... Coś takiego po prostu nie mieści się w głowie. Po raz kolejny można spytać, czy ałtorkasia w ogóle myśli przy pisaniu oraz przy odczytywaniu tego, co napisała?
W ogóle, jak zauważyłam, u aŁtorkasi rodzice mają przeważnie jakieś takie… dziwne relacje ze swymi dziećmi. W “Nadziei” Stach Borowy gapi się pożądliwie na swą córkę. W “Bezdomnej” po aresztowaniu Kingi i podczas jej leczenia w psychiatryku - zero kontaktu, do tego stopnia, że wychodząc ze szpitala ona nie ma w co się ubrać, ma tylko tę koszulę nocną, w której ją przyjęli. W “Ferrinie” Anaela myśli tylko o tym, żeby się pieprzyć ze swoim ukochanym Sellinarisem i ani odrobinkę nie odrzuca jej fakt, że tenże Sellinaris zgwałcił jej córkę. W “Zaciszu Gosi” koleżanki matki robią sobie zabawkę seksualną z jej piętnastoletniego syna, a matka nie zauważa niczego podejrzanego. Przypuszczam, że jeszcze parę przykładów by się znalazło.


ROZDZIAŁ VI

Alfred Niro nie mógł zasnąć. Usiadł na szpitalnym łóżku i zapatrzył się w noc za oknem. Strach pobudzał go do działania, adrenalina krążyła we krwi coraz szybciej. Kamera, którą ukrył w pniu drzewa, nie dawała mu spokoju. Jeśli nagrał się na niej moment, w którym on, Niro, szarpie kierownicę – a mógł się nagrać, to miejsce było oświetlone przez trzy latarnie – i jeśli psy znajdą kamerę i odtworzą nagranie... będzie miał przerypane.
Przepraszam, ale co właściwie miało się nagrać na tę kamerę, skoro w momencie szarpania za kierownicę BMW było jeszcze ukryte za tirem?
To pewnie była taka kamera, że z pandy nagrała wszystko, co dzieje się wewnątrz bmw.
Może to nie była kamera, a najnowocześniejszy dron szpiegowski.

Pójdzie siedzieć zamiast Marszaka, a ojciec obetnie mu jaja. I wszelkie subwencje.
Nie wiadomo, czego bardziej żałować.

Z czego będzie żył? Trzeba działać, szybko, ale rozważnie.

Minęło kilka godzin od wypadku. Psy kręcą się jeszcze po terenie, a może już nie... Trzeba to sprawdzić, nim nastanie dzień, bo za dnia znaleźć kamerę będzie dużo łatwiej.
Bessęsu. Póki policja jest na miejscu i tak nie będzie mógł zabrać kamery, jeśli zostaną tam aż do rana, to przecież ich nie przegoni!
Dlaczego nie. Może wyjść zza drzewa, zamachać i powiedzieć: - A pódzies, cholero!
Będzie miało to tyleż sensu, co cała reszta tego dzieUa.

– Kurrrwa – wywarczał. – Nawet to, że ją schowałem, świadczy przeciwko mnie.
Wstał i rozejrzał się po małym pokoju. Jego rzeczy, zachlapane krwią, zniknęły. Stał w szpitalnej piżamie. Na szafce leżał jego portfel, który pielęgniarka chciała zabrać do depozytu, ale Alfred się na to nie zgodził. Przynajmniej tyle dobrego.
Odłączył wężyk kroplówki.
Który był (jak później zobaczymy) takim sobie rekwizytem dyndającym bez powodu.

Wyszedł na korytarz. Nic. Cisza i spokój. Piętro niżej znajdował się oddział ratunkowy i tam trwało normalne conocne zamieszanie, ale tutaj, na chirurgii, gdzie Niro miał pozostać przez kilka dni na obserwacji, było cicho jak w grobie.
A on nie leżał przypadkiem na OIOM-ie? Ok, może go przenieśli, skoro nie było zagrożenia życia.

Przemknął do sali obok. Rzucił okiem na dwóch spowitych w bandaże i gipsy połamańców, a widząc, że obaj śpią, bez wahania sięgnął do szafy i zgarnął ubrania obu mężczyzn.
Skąd się wzięły ciuchy w szafie? Ubrania pacjentów trafiają do szpitalnego depozytu, a poza tym, jeśli to byli “połamańcy” w bandażach i gipsach, to możliwe, że też powypadkowi, a zatem ich ciuchy byłyby też pokrwawione, pocięte przy zdejmowaniu itd.
Imperatyw narracyjny przecież, jak ty się nie znasz, no, naprawdę.

U siebie w pokoju nałożył te, które bardziej pasowały i po chwili był z powrotem na korytarzu.
A gdyby jeden z połamańców był chudzinką 150 cm wzrostu, a drugi otyłym olbrzymem?

Niemal bezszelestnie dotarł do schodów ewakuacyjnych i zbiegł na dół.
Odetchnął, wychodząc na zewnątrz. Teraz niczym się nie wyróżniał – ot, opatrzony i pozszywany delikwent, który wraca ze szpitala do domu. Taksówka czekała na postoju. Kierowca, zupełnie nie zdziwiony szwami na twarzy klienta, ruszył, gdy tylko usłyszał, dokąd ma jechać.
Tak z ciekawości, jaki adres podał mu Alfred? Najbliżej miejsca wypadku jest ta wieś, w której stała policja, ale Alfred nawet nie zna jej nazwy. A może adres w mieście, z którego wyruszyli?

– Tam może nie być przejazdu. Parę godzin temu był jakiś wypadek i gliny nikogo nie puszczają – uprzedził obojętnym tonem.
– Jedź pan dopóki droga się nie skończy. Dalej najwyżej pójdę pieszo – odmruknął Niro.
Taksówkarz wzruszył ramionami.
Jak palant chce iść te ileś tam kilometrów na piechotę, to kto mu zabroni? Byleby zapłacił za kurs - pomyślał.

Parę minut później zbliżali się do feralnego zakrętu. Już z daleka widać było migające światła radiowozów.
Oni wciąż są tutaj?
Minęły zaledwie dwie-trzy godziny chyba, mogą tam być.
Czyli zakładamy, że jest jakaś 22-ga? No, może północ.
Północ, myślę. Czynności policyjne po wypadku śmiertelnym trwają nieraz bardzo długo. W niektórych przypadkach na miejsce zdarzenia wzywa się prokuratora, co też trwa.
Sam kierowca mówi o “wypadku parę godzin temu”, północ brzmi prawdopodobnie.

– Zatrzymaj się pan tutaj – rzucił Alfred, zapłacił za kurs i wysiadł. Poczekał, aż taksówka odjedzie, po czym wszedł w las.
Przyczaił się tak, by mieć miejsce wypadku jak na dłoni, ale żeby nikt z krzątających się tam ludzi go nie widział.
– Parszywe psy – syknął do siebie. – Nadal węszą.
Jeszcze coś wywęszą...
Długo musiał czekać, aż prokurator zakończył prace, dowodzący akcją inspektor odwołał swoich ludzi, a straż pożarna uprzątnęła miejsce wypadku i droga wreszcie stała się przejezdna. Świtało, gdy Alfred mógł wyjść ze swej kryjówki.
Czyli przesiedział w lesie siedem do dziewięciu godzin - jest październik, słońce wschodzi około siódmej.
Nocą siedem godzin w lesie, w październiku, bez okrycia wierzchniego. Jeśli dotąd był w szpitalu wyłącznie w celach dekoracyjnych, wróżę mu rychły powrót tym razem w charakterze pacjenta z obustronnym zapaleniem płuc.


Z mocno bijącym sercem, znów na adrenalinowym haju, podpełzł do drzewa, w którym ukrył kamerę i sięgnął w głąb spróchniałego pnia. Żółć podeszła mu do gardła. Nie ma! Zanurzył rękę niemal po pachę, macając na oślep i... nagła ulga. Jest! Jednak jest! Moja kochana, moja maleńka...
Alfred ruszył w głąb lasu, tuląc do piersi przedmiot, który zapewni mu bezkarność.
Coś nam się aŁtorka poplątała w fantazjach i frazeologiach. Kamera nie zapewni mu bezkarności.
Wręcz przeciwnie - mogłaby stać się dowodem winy, gdyby była szansa na to, że zarejestrowała wypadek.
Narrator dokonał po prostu skrótu myślowego - tak wielkiego, że wyszedł z drugiej strony tego, co chciał powiedzieć.

Jedynego świadka tego, co uczynił.
No, oprócz Marszaka i blondyny, którymi zajmie się w swoim czasie. Teraz trzeba kamerę ukryć jeszcze staranniej, zacierając za sobą ślady. Daleko od miejsca wypadku wyszedł na asfalt, jeszcze kilkaset metrów i skręcił z powrotem w las, rozglądając się za dobrym miejscem na ukrycie kamery. Mógł po prostu ją zakopać razem z kartą, ale... chciał kiedyś, gdy sprawa ucichnie, a psy przestaną wokół niego węszyć, odtworzyć nagranie. Jego chory umysł już cieszył się na tę chwilę, gdy wsunie kartę do laptopa, puści nagranie na ekran telewizora, rozsiądzie się wygodnie w fotelu i dotąd będzie oglądał swoją oscarową rolę zabójcy kobiet i dzieci, aż się spuści w spodnie. Tak jak oglądał płonącego włóczęgę…
Zastanawiam się, dlaczego Niro siedząc na fotelu i oglądając ten filmik spuszczał się w spodnie. Nie mógł ich zsunąć?... Przecież byłoby mu wygodniej. No chyba że ten perwers chciał jeszcze dodatkowo obrzydzić życie pani od prania i sprzątania…
Zastanawiam się, dlaczego, skoro tak się jarał wypadkami, nie miał kamery zamontowanej u siebie.
Ja się nad niczym nie zastanawiam czytając ten fragment, ja się zawsze prześlizguję po nim wzrokiem starając się go nie widzieć i jakoś stłumić obrzydzenie.

Trochę poczeka na tę chwilę, ale odlot po czymś takim był nieporównywalny z żadnym innym. Żadna zasrana ekstasy nie dawała takiego kopa. Patrzeć, jak on, Alfred Niro, pogardzany przez matkę i ojca, bezkarnie zabija – to było coś!
Kohana AłtorKasiu, widzę w kreacji Alfreda pewnie niedociągnięcia, uważam, że gdyby co jakiś czas wybuchał on drwiącym a mrocznym “Mwahahaha!” - dopiero wtedy byłoby naprawdę stylowo.

Warto czekać. Naprawdę.

Wrócił do szpitala, gdzie nikt nie zauważył jego zniknięcia,
Nawet jeśli przeniesiono go z OIOMu na zwykły oddział i nawet jeśli dostał łóżko w pojedynce, a nie w sali dla kilku pacjentów, to jednak pozostaje poranne mierzenie temperatury, jakaś wizyta salowej, albo pielęgniarki sprawdzającej ten “wężyk od kroplówki” i tak dalej.
Może przezornie ułożył w łóżku manekina ze zwiniętego koca i końcówki od mopa…?
W pierwszej chwili zrozumiałam, że masz na myśli tę drugą końcówkę i zachodziłam w głowę, po co :D

oddał ciuchy połamańcom z sali obok, przebrał się w piżamę i zasnął spokojnie, niczym niewinne dziecko, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki. Ostatnią jego myślą było: Trzeba jak najszybciej złożyć wizytę Marszakowi...

Czyli niezauważony przez nikogo facet opuszcza szpital na kilka godzin, w cudzych ciuchach wziętych nie wiadomo skąd, nikt do niego nie zagląda, nikt mu nie musi leków podać, zmienić kroplówki, nikt, nic, może sobie chłopak parę godzin poleżeć w krzakach, a potem wrócić, też niezauważony i odespać, bo nadal nikt niczego od niego nie chce. Aha.
W dodatku wraca na piechotę - ile to mogło być kilometrów?
Pewnie co najmniej osiem, ale na pewno szedł znanym tylko sobie skrótem. Robiąc krótkie przestoje dla zrobienia “Mwahahaha”.
Poza tym nasz Alfredzik po wypadku powinien mieć nie tylko buźkę pooraną szkłem, ale i obrażenia od pasa bezpieczeństwa - może nawet złamany obojczyk czy mostek.
Alfredzik powinien być chodzącą miazgą, ale dobra, już przestanę się tego czepiać.

Około czwartej rano Marszak odzyskuje przytomność.  Przed salą, gdzie leży Tadeusz, zostaje policjant - nie po to, by pilnować, żeby tamten nie uciekł, ale raczej, by doktor Sokołowski nie wymierzył sprawiedliwości na własną rękę.
Gdyż jak wiadomo, lekarze to mordercy.

Lekarz pochylił się nad Tadkiem, zaświecił mu w jedno oko małą latarką, potem w drugie, spojrzał na monitor nad jego głową, ujął kartę, którą podsunęła mu pielęgniarka, i niespiesznie zaczął coś notować.
Marszak jęknął po raz drugi, ból stawał się nie do zniesienia. Gdyby nie rurka w tchawicy, obrzuciłby tamtych dwoje stekiem wyzwisk i zażądał morfiny czy – kurwa! – czegokolwiek! Ale mógł tylko jęczeć. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach i skapywać na poduszkę.
Lekarz spojrzał na niego.
– Co? Boli?
Kiwnął głową, co wywołało nowy spazm, skręcający trzewia.
– To dobrze, przynajmniej czujesz, że żyjesz. Pani Magdo, podamy mu ampułkę dolarganu, choć, jak Boga kocham, nie zasługuje na litość…
Dolarganu nie wolno podawać w astmie, utrudnieniu oddychania, łącznie z alkoholem lub środkami nasennymi. http://www.przychodnia.pl/el/leki.php3?lek=733
[Galnea]: Dolargan (petydyna) - raczej nie, bo jest za słaby i używa się go raczej do łagodzenia bóli w położnictwie, przy kolkach ewentualnie w chorobach nowotworowych. Po wypadku daliby raczej morfinę.


Kobieta wstrzyknęła wprost do żyły Marszaka przezroczysty płyn i już po chwili Tadek poczuł, jak ból powoli, powoli mija.
A przed nim rozciąga się świetlisty tunel.
Dolarganu nie podaje się dożylnie. Chyba, że chce się zrobić kuku pacjentowi.
[Galnea]: Co do podania dożylnego - informacja o leku mówi tak "Dawkowanie zwykle i.m. (domięśniowo) lub s.c. (podskórnie), wyjątkowo i.v. (dożylnie)". I podaje się bardzo powoli (przez 2-3 minuty) rozcieńczone w 0,9% NaCl lub 10% glukozie. Chodzi o to, że podając dożylnie można wywołać niepożądane odczyny miejscowe i jest większe ryzyko powikłań ogólnych. Podanie domięśniowo i podskórnie łatwiej jest kontrolować.

Westchnął z głębi serca i zamknął powieki.
– Marta Sokołowska konała w męczarniach znacznie dłużej niż ty, gnido – usłyszał tuż przy uchu czyjś szept.
Wszystko zgodnie z tym mało znanym kawałkiem przysięgi Hipokratesa: “A pacjentom podług mego osądu moralnie dwuznacznym jeśli pomogę, to z najwyższą niechęcią i zwlekając ile sił oraz obrzucając ich obelgami”...
I tamtym jeszcze mniej znanym ustępem: “A ich bólu uśmierzać nie będę lub podam zbyt słabe leki, niech się męczą, skoro zasłużyli”.

– Odzyskał przytomność? – czyjś głos spod drzwi.
– Tak, przed paroma minutami.
Skurczyflak, ma odporność Hulka! Od wypadku, bardzo ciężkiego przecież i równie ciężkiej operacji minęło raptem kilka godzin!

– Może rozmawiać?
– Z rurką intubacyjną w tchawicy? Nie, panie inspektorze.
Inspektor. A więc są tu już gliny. Ale może to tylko sen...
– Kiedy mu ją wyjmiecie?
– Gdy będę pewny, że może samodzielnie oddychać.
– A kiedy będzie pan pewny, doktorze? – w głosie policjanta słychać zniecierpliwienie.
(...)
– Rano, inspektorze, po obchodzie – odpowiada na pytanie, które zawisło w ciszy.
Jak bora kocham, oni naprawdę chcą się nad nim poznęcać...
[Galnea]: Jeśli jest zaintubowany i pod respiratorem, to raczej będą go trzymać w sedacji. Rurka w tchawicy jest bardzo nieprzyjemnym doznaniem dla pacjenta. Poza tym jeśli jest przytomny, to znaczy, że raczej może samodzielnie oddychać. Generalnie jest tak - jeśli po operacji jest stabilny, to pacjenta się wybudza, wyciąga rurkę itp. A jeśli po operacji jest niestabilny, nie da się go wybudzić, nie może samodzielnie oddychać, to wtedy leży na OIOMie pod respiratorem. I to anestezjolog sprawdza już na sali operacyjnej. Natomiast jeśli oddycha samodzielnie (i jest przytomny), to nie powinien być pod respi - okej, mogą mu założyć maskę tlenową, ale jednak sztuczna wentylacja jest bardzo nieprzyjemna i raczej trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto by zaraz nie zaczął protestować.

Blondynka, ich pasażerka, niestety umiera.

Do Alfreda wiadomość o śmierci dziewczyny dotarła podczas obchodu.
Ech, ci lekarze, plotkują jak opętani.
Ale, chwila, jakiego obchodu? Chyba wieczornego, bo ten poranny (podczas którego nieobecności Alfreda nie odnotował nikt, nikt nie podniósł alarmu, nikt w zasadzie nie zauważył)  chłopak spędził w lesie, na adrenalinowym haju przeszukując dziuplę w poszukiwaniu kamery samochodowej z auta Marty Sokołowskiej.
To jest państwowy szpital, a wszyscy wiemy, jakie są państwowe szpitale. Lekarze zaczynają obchód po przeleceniu pielęgniarek, wzięciu kilku łapówek oraz rąbnięciu paru głębszych. Czyli tak koło jedenastej.
A w czasie obchodu omawiają najświeższe zgony.

Odetchnął z ulgą: kolejny problem z głowy, kamera dobrze ukryta. Teraz będzie musiał się zająć tylko Tadkiem Marszakiem. A to już mały pikuś.

ROZDZIAŁ VII

Michał i dzieci budzą się rano i przypominają sobie, co się zdarzyło.

(...)
Dzieci stały pod drzwiami łazienki dotąd, aż ojciec nie wyszedł przebrany w czyste rzeczy. Na ich widok Michał omal nie jęknął. Co powinien teraz zrobić? Jak się zajmuje dziećmi? Nie pamiętał ani jednego przypadku, by Marta zostawiła go w domu samego z Mają i Zbyniem.
Do tego stopnia nie ufała swemu wspaniałemu mężowi?!
Ja cię, Kuro, nie pojmuję, co tu ma zaufanie do rzeczy, wszak jest po prostu oczywistą oczywistością, że mężczyzna się dziećmi zająć nie potrafi, jest do tego genetycznie niezdolny, w przeciwieństwie do kobiet...

– Córciu, pomóż ubrać się bratu i sama coś na siebie nałóż. Ja zadzwonię do babci, żeby…
...choćby tylko trzynastoletnich.

Przerwał mu dzwonek videofonu.
Spojrzał na wyświetlacz. Pod bramą stały matka Marty i jej siostra. Odetchnął z ulgą. Zajmą się dziećmi, a on będzie mógł pomyśleć o całej reszcie.
Otworzył furtkę, nie zdając sobie sprawy, że wpuszcza do domu kolejne nieszczęście.
O, Profetyczny wrócił.
Wyskoczyl tylko na momencik do najbliższego kiosku po nową paczkę chusteczek.

Dorota Jeżewska wpadła do domu jak burza, chwyciła w objęcia Zbynia i wybuchnęła płaczem.
– Moja ty sierotko, mój biedaku, moje maleństwo... – powtarzała, szlochając.
Młodsza z kobiet chciała to samo uczynić z Mają, ale dziewczynka cofnęła się, chowając za ojcem.
… gdyż nagle i niespodziewanie oraz dlatego, że Pani Ałtorka tak napisała, dziewczynka zaczęła odczuwać strach przed znaną jej od trzynastu lat ciocią, siostrą własnej mamy.
Szkoda, że nie napisała, że schowała się za nogą ojca.

– Co my teraz zrobimy? – jęknęła Grażyna, siostra Marty, załamując ręce. – Jak damy sobie radę?
– Zajmijcie się dziećmi – zaczął Michał błagalnym tonem – ja muszę jechać do szpitala...
– Ty i ten twój szpital! Ciągle ten szpital! – Matka Marty wypuściła wnuka z objęć i przyskoczyła do Michała. – To przez ciebie to nieszczęście! Gdybyś wrócił z Antosiem, moja córka, moja mała córeczka by żyła! I mój najmłodszy wnusio także! Zabiłeś ich, bydlaku!
Próbowała go uderzyć, ale cofnął się, wpadając na Maję. W oczach miał niedowierzanie i szok.
Niedowierzanie! Szok! Jak one śmią o cokolwiek go oskarżać?!

Dzieci przylgnęły do niego, drżąc z przerażenia.
Ciężką ciszę przerwała Grażyna:
– Mamo, uspokój się, bo dostaniesz zawału. Damy sobie radę. Możesz jechać do tego swojego szpitala – zwróciła się do Michała z palącą pogardą. – Ja zajmę się dziećmi. No już! Idź!

Michał stał pośrodku korytarza, rozdarty między chęcią wyrzucenia z domu tych dwóch wiedźm a obowiązkiem sprawdzenia, co z najmłodszym dzieckiem.
Michał też rzucał niesprawiedliwe oskarżenia, choćby na Jakuba, który zastawił mu samochód. Ale jemu wolno, bo jest Złamanym Bólem Mężem i Ojcem, a im nie wolno, bo są tylko… eeee… Złamanymi Bólem Matką, Babcią i Siostrą?
I Ciocią. I Ciocią.

(poza tym akurat ich oskarżenia nie są tak całkiem bezpodstawne - faktycznie, GDYBY Michał wrócił z dzieckiem tak, jak obiecał…)


– Tatusiu, nie zostawiaj nas – usłyszał za plecami szept Mai.

I nagle podjął decyzję, której później gorzko pożałuje.
Za chwilę będziemy tu mieli jeszcze jednego trupa, przysięgam!!!

Minął teściową i szwagierkę, zdjął z wieszaka kurtkę, nałożył buty i wyszedł. Po prostu wyszedł.
Ruszył SUV-em z podjazdu w chwili, gdy z domu wybiegała Maja, za nią Zbynio.
Niewiarygodne, na jak wiele prób narażona została moja wrodzona słodycz charakteru podczas lektury tego dzieła. I całkiem możliwe, że się czepiam, ale CZY NAPRAWDĘ CHOCIAŻ RAZ NIE MOŻNA BY NAZWAĆ TEGO CHŁOPCA “ZBYSZKIEM”?!!!

Synka pochwyciła Grażyna. Maja dopadła auta, ale Michał nie zatrzymał się, nawet nie zwolnił, mało nie zabijając własnej córki. Musi odjechać z tego domu jak najszybciej. Musi uciec, bo...
oszaleje.

Dziennikarze – skąd tu i po co dziennikarze?! – rozpierzchli się na boki. Ale zdążyli nagrać ojca, który zamiast być z dziećmi w tej godzinie rozpaczy, po prostu odjeżdża.
To też się na Michale Sokołowskim zemści...
Dziennikarze co prawda nie mają pojęcia, czy nie jedzie np. załatwić jakichś formalności związanych z pogrzebem, ale jak to hieny oczywiście wybiorą najgorszą możliwą interpretację.
Trochę ich rozumiem, jak ja bym ujrzała faceta ruszającego spod domu z piskiem opon i mało przy tym nie przejeżdżającego czepiającej się samochodu dziewczynki to całkiem być może, że by mnie współczucie odrobinkę odbiegło.

Prowadził mechanicznie, mając zupełną pustkę w głowie. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak szybko jedzie. Uciec... po prostu uciec... Więc uciekał. Zwolnił dopiero, gdy w oddali zamajaczył zakręt. Ten zakręt. Zatrzymał się na poboczu. Wysiadł z samochodu i ruszył w stronę drzewa, o które roztrzaskał się fiat. W świetle dnia pobojowisko wyglądało jeszcze bardziej wstrząsająco niż w nocy. Mimo że wrak pandy sprzątnięto, nie udało się zmyć śladów krwi z mchu i traw. I z pnia drzewa też nie.
“Nie udało się” sugeruje, że ktoś próbował. Wątpię.

Michał patrzył na to wszystko otępiałym wzrokiem. Tutaj była krew Antosia. A tu Marty...
Rozpoznał, bo Antosia była ta czerwieńsza, jak to u dziecka; jeszcze nie wypłowiała z wiekiem, jak u Marty.

Tak. Musi postawić im krzyżyk. Może nawet dwa... Za jego plecami zahamował samochód policyjny. Wysiadł z niego sierżant Drozd, zawahał się na moment, po czym podszedł do lekarza.
– Doktorze Sokołowski, co pan tu robi? Po co sprawia pan sobie ból? – W głosie policjanta brzmiało szczere współczucie. Pytanie było retoryczne. Rodziny ofiar często wracały na miejsce wypadku...
Mężczyzna nie odpowiedział. Stał i patrzył, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności kogoś innego.
– A pan? – odezwał się nagle. – Lubi pan widok krwi?
Tak, oczywiście, policjant pojawia się na miejscu wypadku, bo lubi widok krwi. Nie wiem, dla mnie to już brzmi zbyt głupio nawet biorąc poprawkę na stan Michała.

Sierżant już miał się żachnąć, że to raczej Michał – chirurg przecież – na co dzień nurza ręce we krwi, ale tamten stracił wczoraj żonę i dziecko. Nie myślał logicznie, nie panował nad słowami i nad sobą.
– Nie daje mi spokoju ta kamera – odezwał się więc. – Jest pan pewien, że w tym fiacie była...
Panie sierżancie, tak na ucho: a może wystarczy kamera z bmw?

– Jestem pewien, bo sam ją montowałem. – Michał obrócił się i stał teraz z policjantem twarzą w twarz. – Co się z nią stało?
– To właśnie próbuję ustalić – odparł sierżant wymijająco. – Szukaliśmy jej w nocy, ale bez skutku. Spróbuję więc za dnia...
– A gdy ją znajdziecie? Będzie pan puszczał to nagranie dzieciom na dobranoc?
A dla mnie to.
Wiesz, chciałam to skomentować, ale mnie zatchło z lekka i tak zostałam. Serio, ja wiem, że człowiek złamany rozpaczą może różne rzeczy wygadywać, ale… to wygląda, jakby tragedia wyłączyła mu wszystko - inteligencję, zdolność kojarzenia faktów, a przede wszystkim tę tylekroć podkreślaną szlachetność i altruizm, zostawiając tylko chęć dosrania każdemu, kto znajdzie się w zasięgu, na ślepo i bez sensu, aby tylko dosrać.
Nie wiem, może tak też bywa.


Policjant stłumił przekleństwo. Współczucie powoli zamieniało się w gniew.
– Kamera jest ważnym dowodem. Jeżeli zginęła, musimy ją znaleźć.
A co robią w przypadku, gdy w samochodzie nie ma kamery?
Nieno, mają swoje sposoby ustalenia przebiegu zdarzeń, ale fakt, taka kamera może pomóc.

Jeśli ktoś ją wyniósł z tego miejsca, musimy odnaleźć tego kogoś – odparł powoli, próbując się opanować.
Czy przypadkiem Alfred N. nie broczył jak prosię idąc od swojego auta do pandy i drzewa? I z powrotem.

– Kto i po co miałby ją wynosić? Przecież wszystko jest jasne. Marszak wyprzedzał na zakręcie. Znów próbuje pan zwalić winę na nieznanych sprawców, którzy kradną dowody winy? Kim on jest, że tak go chronicie?
Sierżant ściszył głos i rozejrzał się niespokojnie.  - Synem Sam-Pan-Wie-Kogo! - wyszeptał.

Sierżant naprawdę użył całej siły woli, by nie wybuchnąć. Był zmęczony i niewyspany. Prawdę mówiąc, w ogóle nie powinien pojawiać się dzisiaj w pracy, bo miał wolne, ale nad ranem przypomniał sobie coś, co nie dawało mu spokoju przez cały wczorajszy wieczór...
Zeznania tej kobiety, która widziała wypadek na własne oczy. To w nich tkwił szczegół, który wczoraj umknął Jackowi Drozdowi.
– Minął mnie z szaloną prędkością... – mówiła rozdygotanym głosem Beata Jaczyńska, przytrzymując policjanta za rękaw munduru. Tylko dzięki temu nie rozsypała się jeszcze na kawałki. – Widziałam, jak dojeżdża do tira. Myślę: „Chyba nie będziesz teraz wyprzedzał, kretynie!”. Nie, na szczęście dał po hamulcach. I nagle jak nie skoczy w bok. Prosto na tamten pas. Na to małe autko. Wyleciało w powietrze, spadło, przekoziołkowało i rozbiło się o drzewo, a ja mało nie rozbiłam się o to cholerne bmw.
Z tego potoku słów Jacek nie wyłowił początkowo, a więc i nie zanotował, jednego zdania: „dał po hamulcach”, a w ciemnościach widać przecież wyraźnie zapalające się światła stopu. Dopiero nad ranem, gdy przewracał się z boku na bok, próbując złapać choć godzinę snu, wróciło. I naraz wszystko zaczęło nabierać sensu. O ile znajdzie kamerę. Jeśli ją znajdzie, sprawa będzie jasna: Marszak zabił Martę Sokołowską, jej synka, a na dodatek Marlenę Jóźwiak, która jechała z nim jako pasażerka i zmarła w nocy…
Ja przepraszam, ale nie rozumiem tego związku przyczynowo-skutkowego, jaki usiłuje tutaj zaprezentowac ałtorka.
AŁtorkasia prawdopodobnie wyobraża sobie, że kamera samochodu Marty zarejestrowała dokładnie wszystko, co działo się w jadącym z przeciwka BMW. Polecam obejrzenie na youtube paru nagrań z wypadków (pełno tam tego, zwłaszcza z Rosji) - nawet w biały dzień ni cholery tego nie widać. Po ciemku natomiast widać tylko światła nadjeżdżających samochodów. Poza tym, jak już wspominałam, w chwili, kiedy Alfred szarpał za kierownicę, BMW było w ogóle poza zasięgiem tej kamery.
...ale zaraz! Ja też już zgłupiałam, czytając to dzieło, bo przecież sierżant wspomina o winie Marszaka, a tę są w stanie udowodnić i bez kamery. No to też nie rozumiem.

Minął Michała i znów zaczął przeczesywać przydrożne zarośla, coraz bardziej oddalając się od drzewa, przy którym nadal tkwił doktor.
Sierżant Drozd jest doprawdy godzien najwyższego podziwu - najpierw jeździ w patrolu w drogówce, w pojedynkę, potem na miejscu wypadku zajmuje się tym, czym powinno zająć się pogotowie, następnie zbiera zeznania od świadków wypadku, a teraz jeszcze prowadzi śledztwo, no człowiek-orkiestra, kolejny już w tej powieści, więcej takich nam trzeba!
No, i jeszcze poświęca w tym celu swój wolny dzień, brawo!

Ten wodził za policjantem otępiałym spojrzeniem, wreszcie przypomniał sobie, po co wyjechał z domu, zostawiając dzieci na pastwę dwóch histeryczek.
Histeryczek, jasne. Jemu wolno bredzić i obrażać policjanta, bo przecież Cierpi, ale kobiety mają się zachowywać ze spokojem, godnością i opanowaniem, jak matki - Rzymianki.
Ale tam, spokojem i opanowaniem. Przede wszystkim mają pozwolić cierpieć Michałowi w dowolnie przezeń wybrany sposób - zejść z oczu, jeśli on tego chce, zająć się dziećmi, ale przy tym milczeć, nie płakać, pojawiać się i znikać bezdźwięcznie i bezwonnie - bowiem on stracił Żonę I Syna, a taka Grażyna zaledwie siostrę, czyli właściwie nikogo.

Ruszył z powrotem do swojego SUV-a, za którym oprócz radiowozu parkował właśnie samochód z logo stacji telewizyjnej. Wyskoczyła z niego dziennikarka z  mikrofonem przy  ustach, mówiąc coś  szybko i gorączkowo do idącego za nią krok w krok kamerzysty.

– Panie doktorze, doktorze Sokołowski, jakie to uczucie ratować życie komuś, kto zabił pana bliskich? – Podetknęła osłupiałemu Michałowi mikrofon pod nos. – Czy wiedział pan, kogo ratuje? Czy ocaliłby pan mu życie, gdyby pan wiedział, że on zabił panu żonę i synka? Panie doktorze, prosimy o komentarz!
Matko borsko… ja rozumiem “Fakt” czy “Superexpress” (chociaż i oni raczej nie prosiliby o komentarz, tylko strzelili focię, a komentarz dodali od siebie), ale która telewizja (w Polsce, nie w Stanach!) nagrywa takie materiały?

Michał miał szczere chęci wykrzyczeć, że gdyby wiedział, kogo ratuje, pozwoliłby mu się wykrwawić, ale powstrzymały go szarpnięcie za ramię i ostry głos sierżanta Drozda:
– Proszę dać spokój temu człowiekowi! Jest w żałobie! Czy wy, hieny, potraficie cokolwiek uszanować?!
Pytanie za dziesięć punktów - kto widział kiedykolwiek w TV policjanta prowadzącego śledztwo, zwracającego się do dziennikarzy per “hieny”?

Policjant pchnął doktora w stronę SUV-a, pomógł mu otworzyć drzwiczki, bo ręce zaczęły Michałowi drżeć, jakby miał delirium. Jeszcze usłyszał zjadliwe słowa dziennikarki:
– Daj zbliżenie na te ręce. – I rzucone do mikrofonu: – Czy pozwolilibyście, państwo, operować się lekarzowi w takim stanie?
Absolutnie nie, jeszcze pozaszywałby mi w brzuchu jakieś zbędne przecinki.
Rany, serio, co to za pytanie w takim momencie?!
Pochodzące prosto z michalakversum.

Michał osunął się na siedzenie. Zamknął drzwi, tak by nie można ich było otworzyć z zewnątrz, i długą chwilę łapał oddech. Policjant przyglądał się mu ze zmarszczonymi brwiami.
Jedź już, człowieku – można było wyczytać w jego oczach – bo te sępy rozerwą cię żywcem.
Rzeczywiście dziennikarka nie odpuszczała, cały czas filmując Michała, dopóki nie zebrał się w sobie, nie przekręcił kluczyka w stacyjce i nie ruszył. Wtedy ona i kamerzysta wskoczyli do swojego wozu i pojechali za nim.
Zatrzymała ich dopiero ochrona szpitala [ta ochrona, która nie zwróciła uwagi na wymykającego się Alfreda?], ale zdążyli jeszcze nagrać, jak Michał Sokołowski drżącą dłonią ociera oczy.
Ale jak nagrać, jadąc za nim samochodem? Przez tylną szybę?

Genialny, po prostu genialny materiał da się zmontować z tego, co już mają, i z tego, co jeszcze będą mieć…
Wow, wow, hieny szczerzą zakrwawione paszcze. Co takiego zrobili dziennikarze aŁtorkasi, że tak ich nienawidzi?
Nie wielbią.

Poza tym, jakoś mało fachowe te hieny. Atakować człowieka w świeżej żałobie, kiedy jest niemal stuprocentowo pewne, że każe im spierdalać? I że sympatia i współczucie widza/czytelnika będzie po jego stronie? A pokręciliby się raczej po szpitalu czy wśród sąsiadów, udając przejętych tragedią i pełnych współczucia… Nie wiem też, skąd to z góry negatywne nastawienie do Michała - czytelnicy Faktu też lubią się powzruszać, historyjka o doktorze, który z poświęceniem ratuje ludzkie życie, nie wiedząc, że operuje mordercę swojej żony, sprzedałaby się doskonale!

Ze szpitala państwowego pozdrawiają: Kura z opatrunkiem na czole po headdesku, Królowa Matka zatykająca z całej siły dziób Narratorowi Profetycznemu, Dzidka zszywająca skronie z rękami oraz Jasza z wężykiem od kroplówki
a Maskotek chodzi po salach i dmucha pacjentom w rurki do intubacji.