OGŁOSZENIE

Uwaga, uwaga!

Armada przechodzi w tryb dwutygodniowy!

Przepraszamy tych, którzy czekali, ale potrzebujemy jednak pewnego zwolnienia tempa, a nie ma sensu ogłaszać co chwilę urlopu. Mamy nadzieję, że zrozumiecie :)

czwartek, 16 kwietnia 2015

290. Bękarty konspiry, czyli Złotowłosa ścina warkocz (2/2)

Drodzy Czytelnicy!
Siedziałam tak sobie i dłubałam w drugiej części analizy, gdy wtem! olśniła mnie straszna myśl:




Jak wiemy, Tarantino w “Bękartach” nieźle sobie przyszalał z historią. A więc może - tak miało być? Może to, co uważamy za babole i brak wiedzy aŁtorki, to tak naprawdę rzeczywistość tarantinowska, oparta na filmach klasy B, C, D i Z? Może to wszystko było celowe, a my po prostu nie łapiemy ironii?
No ale cóż. Po ubiegłotygodniowym shitstormie wracamy do analizy skasowanego w międzyczasie przez aŁtorkę opeńka. AŁtorka, wg swojej koleżanki, “nie miała siły” przyjść do nas i podyskutować o opku, miała za to dużo siły, żeby wykrzykiwać obelgi pod naszym adresem na swoim twitterze. Mamy zatem nadzieję, że wykrzesze jeszcze nieco sił, aby poczytać ciąg dalszy. W którym dowiemy się, jak wyglądała zabawa młodych podczas okupacji, jak niemieccy rodzice dbają o swoje córki, co dla młodych żołnierzy Podziemia oznacza słowo “rozkaz” i po jakiemu rozmawiają ze sobą okupanci.
A także - jaki film był hitem w warszawskich kinach wiosną 1943.


Indżojcie!


Zapraszają Kura, Dzidka, Babatunde Wolaka, Jasza oraz Gabrielle.


Niezbyt Nince uśmiechała się jazda na zabawę z Zośką w jednym samochodzie, bo znosili swoją obecność tylko wtedy, kiedy było to konieczne. Ale w końcu – aby jakoś uszczęśliwić Eden, musiała się zgodzić.
Eden postanowiła, że zeswata ich, choćby miała pęknąć.


Raz im się zdarzyło, w obecności Rudego, porozmawiać na spokojnie.
"Zwykle jestem raczej sam" zwierzył się jej Zośka, a Nina wtedy podniosła wzrok, zaciekawiona, że nagle zebrało mu się na wyzwania [chyba wyznania]. Była jednak osobą z natury wyrozumiałą, więc wzruszyła lekko ramionami i odpowiedziała mu szczerze:
"Ostatnimi czasy – ja też".
Obydwoje upewnili się, że mają zielone światło?


Nina bywała bardzo spontaniczna i nerwowa, podczas gdy Tadeusz był oazą spokoju. Ale to była jedyna różnica. [Rudy] Nie pojmował dlatego, jakim cudem tak bardzo się nienawidzą.
Och, my wiemy.
“Bo jak się tak napatrzę, to TAK NIENAWIDZĘ!”


Łatwo się więc domyślić, że celem zabawy Alka nie było tylko poznanie nowych przyjaciółek – wszyscy chcieli, żeby dwie ważne osoby się zaprzyjaźniły.
Widzicie to? Furda inne problemy konspiratorów, najważniejsze dla działaczy Podziemia było to, żeby Zośka pokochał Ninę.
W ogóle całe to towarzycho budzi we mnie skojarzenia z okupacyjną “tombakową młodzieżą”, szpanującą na mieście oficerkami, a jak najdalszą od prawdziwej konspiracji.


Ostatniego dnia sierpnia było wyjątkowo wietrznie, ale to nie powstrzymało pana Dawidowskiego od wyprawienia cudownego balu.  
Przprszm, a w czym miałby mu przeszkadzać wiatr - o ile to nie tornado?


Jeżeli chodzi o możliwości w tym ciężkim dla wszystkich okresie – zabawa była naprawdę udana.
Ciekawe, czy takie cudowne bale urządzał w każdą rocznicę wybuchu wojny…
I GDZIE je wyprawiał, skoro - jak się zaraz dowiemy - była tam kapela i scena, a jednocześnie było to miejsce tajne.


Pytanie zasadnicze z rzędu kładących: ok, oczywiście, ludzie nawet podczas wojny organizowali sobie różne rozrywki, starali się żyć w miarę normalnie, spotykali się towarzysko, ale… czy akurat taka młodzież jak Zośka, Rudy i Alek zorganizowałaby zabawę taneczną? Imho, jest to już przekroczenie pewnej granicy, w końcu każdy niemal miał kogoś bliskiego zabitego lub uwięzionego, zresztą nawet gdyby nie - to czas, kiedy kraj jest pod okupacją, nie jest odpowiedni na takie zabawy.


Anoda, jeden ze znajomych i część całego ugrupowania, ściągnął zza miasta małą kapelę.
Fiu fiu! Normalnie na potańcówki musiał wystarczyć gramofon i kilka starych płyt, a jak ktoś miał znajomego z akordeonem, to zabawa była że hej!
Oni tu potrzebują kapeli, pewnie z keyboardem, perkusją i gitarą basową.


Nie mieli oni co prawda solistki ani solisty, ale Alek machnął na to ręką i powiedział, że jak Nince się zechce – a zechce się jej na pewno – to ona zaśpiewa. I było po problemie.
Anoda wiedział, że Nina nie przepuści żadnej okazji, żeby zabrylować.
W sumie dlaczego kapela przygrywająca do tańca miałaby mieć solistę lub solistkę - też nie rozumiem.


Gdy Nina weszła na salę w towarzystwie Falki i Zośki – nie mogła uwierzyć własnym oczom. Właściwie to nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Niby takie tajemne, spokojne spotkanko – a oni się tam wszyscy naprawdę nieźle i głośno bawili. Wszelkie okna w budynku zasłoniono kilkoma warstwami z kartonu, aby światła z wewnątrz ich nie zdradziły, a każdy przybywający samochód wyłączał reflektory, bo zagrażałyby ukazaniu położenia zabawy.
Położenie zabawy leżało i kwiczało.
Brykami na imprezę się zjeżdżają. W dodatku po zmroku.
Jaszu, przecież to oczywiste, że brykami. Przecież samochód każdy ma, a jak nie ma, to weźmie od starych. Dotrzeć na miejsce kolejką czy rowerem? - pfff, to chyba jakaś biedota.
(w ogóle - to chyba normalne, że parkujący samochód wyłącza reflektory? Czy może miały tak stać i świecić aż do wyładowania akumulatorów?)


Nina niezbyt chętnie podążyła za Zośką. Powitał ich Wesoły, kłaniając się nisko. Ucałował dłonie swoich (byłych) stałych klientek w pijalni czekolady Wedla, a Falka zaśmiała się cicho, kiedy odprowadzał ją do stolików ze słodyczami.
Tyle słodyczy! Dla wielu osób na sali była to główna atrakcja.
No ja myślę! W warunkach wojennych, przy takich deficytach wszystkiego, kiedy co prawda cukierni w Warszawie nie brakowało, ale były bardzo drogie i co najmniej dwuznaczne moralnie, załapać się nagle na darmowy poczęstunek…
Dobre, bogate niemieckie panie przyniosły słodycze dla biednych polskich dzieci.


Przez większość zabawy Nina siedziała przy jednym ze stolików, a towarzyszyły jej tylko Elsa i Zosia. Razem obserwowały, jak wolność, beztroska i szczęście tańcują razem z ich przyjaciółmi. Rudy wyrwał Rudą na parkiet i nie odrywał od niej wzroku. Był to naprawdę przyjemny widok – dwoje ludzi, tak mocno w sobie zakochanych, że nie widzieli nic poza sobą.
A pewnym momencie trzy kobiety usłyszały dźwięk przesuwanego krzesła i dosiadł się do nich Alek, uśmiechając się szeroko.
Taki opis miałby sens, gdyby Alek znajdował się gdzieś za ich plecami albo one patrzyły w inną stronę i dopiero szurnięcie krzesła zwróciło ich uwagę. Jednak przypuszczam, że widziały, jak podchodził?
Mały sabotaż wyrobił w nim umiejętność dyskretnego poruszania się.


Oczy Zosi wychodziły oczywiście z orbit, bo nie znała Alka i widziała go po raz pierwszy w życiu.
Czy ona na każdą nowo poznaną osobę reaguje wytrzeszczem?
Rozumiem, gdyby przysiadł się Bodo albo Zabczyński, wtedy wytrzeszcz i szok byłyby uzasadnione, ale wyrapiać gały na normalnego, dość przystojnego, ale jednak nie jakiegoś oszałamiająco pięknego, chłopaka?...


Chłopcy zwykle czepiali się jej nawet na ulicy, więc ten jeden nie robił różnicy – następny, co uważa, że jest niewiarygodnie piękna.
Dosiadł się do stolika = uważa, że jest niewiarygodnie piękna, właśnie ona, nie żadna z jej koleżanek. I nawet ten wytrzeszcz mu nie przeszkadza.
On się dosiadł, ona wytrzeszcza oczka i już pewnie planuje ślub.
Niewiarygodnie pięknym oczy nie wychodzą z orbit na widok obcego chłopaka, bo są przyzwyczajone, że mnóstwo takich się dokoła nich kręci.


Widząc, że Alek wdał się w ciekawą i zabawną rozmowę z jej dwoma [dwiema!] przyjaciółkami, Dresner wstała od stołu, wzdychając ciężko. Nigdy nie lubiła takich zabaw. Kochała śpiewać, tak, ale nigdy nie tańczyła, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiła.
To też ciekawe - przed wojną nauka tańca była czymś powszechnym, niemal wszyscy uczyli się tańczyć, wiele szkół miało takie kursy w programach zajęć. No ale skoro jest dysleksja, dyskalkulia, to może też i… dyschoreja?
Jest, ja na nią cierpię :) ale żeby przed wojną nigdy nie tańczyć?! Nawet gdyby nie umiała, to wtedy tańczyli wszyscy!


Wcale jej to nie bawiło, więc na takie zabawy najzwyczajniej w świecie nie chodziła.
No to jej życie towarzyskie, przynajmniej tam, w Berlinie, musiało leżeć martwe.
Widocznie ojciec wmówił jej, że prawdziwi Niemcy nie tańczą, prawdziwi Niemcy MASZERUJĄ!


[Wycinamy fragment, w którym Zośka uczy Ninę tańczyć - no, sami wiecie: wrrr, grrr, nie chcę, nie umiem, nienawidzę cię, zostaw mnie w spokoju, ojej, jaką masz słodką mordkę!]


– Zobacz, tańczymy. – Nina zerknęła na swoje stopy i odkryła, że jej partner ma rację. – Patrz się na mnie, bo coś pomylisz i wszystko zepsujesz – zaśmiał się pobłażliwie Tadeusz, widząc, że jego partnerka zaczyna się denerwować. – Tego się właśnie boisz, prawda? Że się pomylisz. A musisz pozwolić się prowadzić.
– No nie gadaj, Zośka…
Mały fakt do zapamiętania: Nina mogła nie przepadać za Tadeuszem, ale ufała mu bezgranicznie jako swojemu dowódcy.
Niewątpliwie, partnerowi w tańcu trzeba bezgranicznie ufać i dać się prowadzić :)


A potem usłyszała znajomą muzykę, którą zaczęła grać mała kapela znaleziona przez Alka.
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie mogli bawić się do patefonu, jak wszyscy wtedy.
Ciężkie czasy, trzeba dać kumplom zarobić. Ale zaraz, jak to przez Alka? Wyżej było, że przez Anodę!
Anoda ją zgubił, Alek znalazł, przecież to elementarne.


Nina wyskakuje na scenę i zaczyna śpiewać - tę piosenkę. Skąd ją zna, dlaczego śpiewa polską piosenkę, zamiast jakiejś Lili Marlene? Cała scena jest zresztą dokładnym odwzorowaniem tej z filmu “Jutro idziemy do kina”.
I masz od razu odpowiedź, dlaczego akurat tę piosenkę. Bo ją aŁtorka zna.


Oczywiście nie trudno się chyba domyślić, że po incydencie na zabawie Alka – a mam tu na myśli naukę tańca – dla Niny już nigdy nic nie było takie samo. Czuła się dziwnie, gdy Zośka obserwował, jak ona szybko wyjmuje wszelkie zdobyte przedmioty;
Ojej, otwieracz do konserw! Ciepłe gacie! Lizak!


kiedy na nią patrzył i kiedy sama na niego patrzyła. Czuła się dziwnie w jego obecności i nie mogła się pozbyć wrażenia, że on też się tak czuje. Niekomfortowo. Nie było to już to samo, gdy stał za nią i czuła jego oddech na karku.
Uciekała wtedy jak najdalej.
Też bym uciekała, jakby ktoś mi dyszał w kark!


I choć Zośka nie rozumiał jej zachowania, to sam też czuł się nieswojo, kiedy była w pobliżu. Przestał rzucać czasami zgryźliwymi komentarzami, był spokojniejszy. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że nie chciała z nim dużo rozmawiać. Ograniczała się do tematów o pracy Małego Sabotażu, wspominała o dywersji – i tyle.
Jak na córcię pana z urzędu na Szucha przystało.


Tadeusz i Nina nie przeprowadzali razem akcji. We wszystkich Ninka towarzyszyła Alkowi, który bardzo sobie cenił jej zdolności. Była niezwykle sprytna i zwinna. Potrafiła narysować idealną kotwiczkę w mniej niż kilka sekund, a potem spokojnym krokiem odejść z miejsca zbrodni, by namalować drugą, nie tak daleko od poprzedniej.
A wiecie, tak sobie myślę - istniały sensowne sposoby wykorzystania dziewczyn w konspiracji. Po pierwsze, skoro już mają ojców - gestapowców, pracujących na Szucha - niech zbierają informacje. Po drugie - w akcji “N”. “Enowe” ulotki musiały być pisane doskonałą, ale jednocześnie potoczną niemczyzną, żeby nic nie zdradzało ich polskiego pochodzenia - bo straciłyby całą siłę oddziaływania. Rodowite berlinianki, myślę, doskonale by się do tego nadawały.
Akcja N była tak tajna, że nie trafiła do opkolandii.


Często pytała, kto na początku sierpnia usiał całą stolicę kotwicami, ale wszyscy wzruszali ramionami. Dopiero Rudy powiedział jej – śmiejąc się cicho pod nosem, że taka uparta była, żeby się dowiedzieć – że to była sprawka Zośki.
Konspiratorzy jak z koziej nogi waltornia. Po pierwsze - nie zadaje się takich pytań, po drugie, nie dekonspiruje się kolegów rozgłaszając kto, co i jak zrobił.
Robi się te akcje, nie?


Po tym odkryciu Ninka jeszcze bardziej szanowała Zośkę.
Otagował całą dzielnię, szacun!
Przy kolacji powiem tatusiowi, jakich fajnych mam koleżków!


Jeżeli chodzi o Eden i Rudego – nie ma tu wiele do gadania. Na każdą akcję chodzili razem i Bóg wie, ile z nich się powiodło. Wiadomo jednak, że zrywanie flag było ich ulubionym zajęciem, bo świetnie się przy tym bawili.
I o to przecież chodzi, nie? O świetną zabawę. I jeszcze zrobienie na złość starym.


Monia znalazła swoje miejsce blisko Ninki. Trzymały się razem. Pod koniec 1942, na święta, Nina postanowiła zaprosić najbliższych przyjaciół do swojego domu, a Monia znalazła się w tym gronie jako pierwsza. Razem zastawiały stół, szykowały choinkę.
I choć państwo Dresner wybyli na wieś –
Jaką znowuż wieś? Skoro już ojciec Niny dostał na święta urlop - to dlaczego nie pojechali do domu, do Berlina?
Może dzięki Kraft durch Freude wyjechali na Zamojszczyznę?
Sugerujesz, że chcą sobie sprezentować pod choinkę nowe, blondwłose i niebieskookie dziecko?


Buki i tak miały lekkie zmartwienie


buki.jpg


co do takiego zdarzenia, jak spędzenie świąt Bożego Narodzenia w Niemieckim domu Ninki. Przekonywała ich do tego przez cały miesiąc, ale wyszło na to, że tylko Alek, Rudy, Zośka i Wesoły zgodzili się przyjść. Po jakimś czasie namyślił się jeszcze Anoda i Słoń.
Zaproście jeszcze Montera, Grota i Niedźwiadka, będzie fajnie!
Nie rozumiem, skąd nagle ich opory, skoro ufają im na tyle, że razem chodzą na akcje.


Po południu zjawili się wszyscy razem. Zasiedli do stołu, zjedli obiad, śmiejąc się przy tym wesoło. A takiego obiadu dawno już wszyscy nie jedli, bo przydział żywności na kartki im na to po prostu nie pozwalał. Eden, Nina i Elsa doskonale o tym wiedziały, a Zosia nawet przyniosła wypieki od swojego ojca (miał własną piekarnię w centrum stolicy, i wystarczająco na niej zarabiał, żeby utrzymać rodzinę w dobrym stanie materialnym).
Węszę czarny rynek.
Albo jakieś dostawy dla wojska.


A potem nadszedł czas na prezenty. Chłopcy nie spodziewali się żadnych, więc było to dla nich miłym zaskoczeniem.
Każdy dostał po worku z rewolwerami.
Ale bez nabojów.


Czuli się jednak trochę nieswojo, bo oni dziewczętom nie przynieśli nic, ale one zapewniały ich, że nic się nie stało.
– Nic nie szkodzi – machnęła ręką Eden. – Możecie nam to w inny sposób wynagrodzić.
- W naturze? - szepnęli ze zgrozą.


Rudy mógł – inni byli w tej gorszej sytuacji, ale pomimo to wszyscy zaśmiali się wesoło. W takim towarzystwie po prostu nie można było się nie zaśmiać.
Ja nie wiem, ale to naprawdę brzmi, jakby Rudy odwdzięczał się w naturze...


Jednak jemioła, która wisiała w przejściu z kuchni do salonu, omijana była szerokim łukiem i chłopcy uważali, aby przypadkiem w drzwiach nie mijać się z którąś z dziewcząt.
Ten angielski zwyczaj już przed wojną przyjął się na całym świecie.
Ojciec dziewczyn, choć esesman, hołdował zasadzie “ale Anglików to ty szanuj”.


Tak. Nina już wcześniej przyznała się przed samą sobą, że czuła coś do Tadeusza Zawadzkiego zwanego Zośką. Ale nigdy by nie pomyślała – ba, nie odważyłaby się, nie śmiała pomyśleć – że on mógłby też coś do niej czuć. Coś innego niż obowiązek, żeby wydawać jej rozkazy i ją prowadzić.
“Czuję do ciebie obowiązek” - fakt, niezbyt romantycznie. Ale wydawanie rozkazów stwarza sporo możliwości!


– Wszystko się zmieniło – powiedziała w końcu, uśmiechając się blado. Zośka pokiwał delikatnie głową, znowu na nią patrząc. Na to, jak jej złote włosy lśniły w blasku lampeczek choinkowych.
Lampeczek. Lelekstrycznych.


Jak delikatnymi dłońmi strzepywała okruszki ciasteczek z kolan.
Kolanek! Zdecydowanie za mało zdrobnionek w tym opisiku!


I tutaj właśnie zaczyna się zabawa. Tego wieczoru wszystko miało się zmienić.
Zmieniło się, kiedy Rudy, Alek i Zośka wstali, podnosząc kieliszki, i stanęli we trzech w kącie pokoju. A potem Rudy zaczął mówić:
– Panowie, pijemy dzisiaj za trzy rzeczy. – już same te słowa przyciągnęły uwagę Falki, Ninki i Moni. – Za oszustwo…
Wszystkie zmarszczyły czoła, zaskoczone.
– …żeby oszukać śmierć. – i nagle zrobiło się znowu ciekawie. Zrozumiały, że aby pojąć sens, trzeba wysłuchać całego zdania, a Rudy mówił dalej. – Za bijatykę, żeby bić się za przyjaciela. I za kradzież. Żeby skraść kobiecie serce.
Po pierwsze - to znów scena z “Jutro idziemy do kina”, a po drugie - chłopcy byli harcerzami, a więc zgodnie z Prawem Harcerskim - nie pili! Wiem, że trudno w to uwierzyć teraz, kiedy nawet pielgrzymka do Częstochowy jest okazją do narąbania się jak messerschmitt…


Anoda, Słoń i Wesoły zdążyli wrócić do domów przed godziną policyjną – ta trójka, która piła za trzy rzeczy, niestety już nie.
Nóżki im się za bardzo plątały, nieprzyzwyczajonym.


Nina nawet się nie wahała, kiedy proponowała im nocleg. Była na to przygotowana, miejsca miała pod dostatkiem w tym wielkim domu, który zawsze wydawał jej się nazbyt pusty.
Może powinna była odszukać tę rodzinę, do której dom kiedyś należał, i zaprosić ją z powrotem?


Prędko naszykowała dla wszystkich miejsce do spania. Choć wcale nie spali. Nadeszła taka chwila, w której siedzieli na podłodze w salonie, przy słabym świetle kilku świeczek, opatuleni ciepłymi kocami i z kubkami gorących napojów w dłoniach. I opowiadali o swoich przeżyciach. Śmiali się do rozpuku, kiedy Elsa mówiła, jak razem z Niną wylądowały w błocie po pas, uciekając raz przed matkami.
Te dzikie bagna Berlina…
Wir sind die Moorsoldaten… Tylko że nie.


A to była tylko jedna z historii.
Chłopcy nie pozostawali im dłużni – odkrywali co raz to nowe informacje.
Które Elsa starannie notowała w swoim małym notesiku, który dostała od tatusia.


Ta noc tak ich do siebie wszystkich zbliżyła, że po świętach nie potrafili się już rozstawać na dłużej niż kilka godzin snu.
A i tak raz dziewczyny zostały nawiedzone w nocy.
Obawiam się, że były nieźle nawiedzone, i to już od dawna.


Był marzec, a one urządzały sobie nocne spotkanie. Jak to młode kobiety. Około pierwszej rano w okienko sypialni Niny zaczęły uderzać kamyczki.
Jeden.
[Na dole czekają Rudy, Alek i Zośka, którzy zapraszają dziewczyny na akcję]
Orły konspiry, ich mać.


– Wyjdźcie! Musicie nam w czymś pomóc!
– Niby w czym?
– Was łatwiej podnieść, jesteście lżejsze. Zawiesimy flagi na mieście.
– Gdzie?
– Wszędzie!
- Będzie morze flag, rozumiesz?
Ale co im strzeliło do głów wieszać te flagi - w marcu? Owszem, Szare Szeregi przeprowadzały takie akcje, ale nie w przypadkowe dni, a w święta narodowe - 3 maja i 11 listopada.
Do maja daleko, a adrenalina nie może czekać.


Rozdział 4: "Czwarta trzydzieści z rana"

Następnego dnia wszystkich Polaków powitał cudowny widok biało-czerwonych flag. Były wszędzie. I ktokolwiek na taką spojrzał, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu.


Tak, tak - flagi były wszędzie dookoła, a budy zgarniały dozorców i mieszkańców kamienic w ramach odpowiedzialności zbiorowej.
Powiedziałabym, że może - tak jak w książce - wywieszali flagi na drutach tramwajowych i latarniach, ale z tymi tutaj opkowymi wersjami bohaterów “Kamieni” to nic nie wiadomo. Mogli te flagi wywieszać nawet z własnych okien.
Albo nosić japońską metodą na drzewcach przytwierdzonych do pleców.


Co prawda władze niemieckie do południa uporały się z kłopotem, ale chyba każdy widział pracę młodych buntowników. A oni byli z siebie dumni.
Gdy nazajutrz zobaczyli malinowe płachty z nazwiskami skazańców, to przybili żółwika.


  Dlaczego Nina się tak prędko zgodziła, zapytacie. Cóż, warto tu wspomnieć o pewnym wydarzeniu.
W styczniu roku 1943 Nina miała problemy z rozmową z własną matką.
W styczniu miała problemy z matką, więc w marcu zgodziła się pójść na akcję, widzę związek jak stąd na Alaskę.
Była wolnotląca, w swym gniewie rozkręcała się powoli.


Regina uważała, że dziewczyna już dawno powinna wyjść za mąż za bogatego mężczyznę i w końcu na coś się przydać – Nina odmówiła. I nie zrobiła tego kulturalnie, o nie. Jak to było w zwyczaju Niny, zrobiła to z hukiem. Trzasnęła drzwiami i wyszła z domu, nie wracając przez tydzień.
A starej aż w pięty poszło!


Najpierw poszła do Elsy, bo jej ufała najbardziej, ale jej akurat nie było w domu, więc Nina nie chciała się narzucać. A było zimno! Styczeń był istnym koszmarem! Następnym przystankiem był więc dom Zosi, ale i ona wybyła na krótką akcję u boku Moni i Alka, więc Dresner załamana usiadła w Wedlu i wyżaliła się na dobry początek Wesołemu.
- No wiesz Wesoły, jestem taka załamana, bo jakoś pusto w Warszawie… Dziewczyny na akcjach, a ja sama jak ten kołek. Przytul mnie.
Skąd wiedziała, że Zosia na akcji? Jakieś znaki na drzwiach kredą pisane? Kartka zostawiona na stole?


A potem doprawdy nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Mróz był coraz to większy, ale honor nie pozwalał jej wracać do domu. I nawet nie wiedziała, jakim cudem i kiedy znalazła się pod mieszkaniem przy ulicy Koszykowej 75. Nie była nawet świadoma, że się tam znajduje, dopóki nie zapukała do drzwi.
Ale nie otworzyła ta osoba, której się spodziewała, więc Ninka z początku spanikowała.
“Idąc na ślepo, nie pilnując drogi” nie pojmowała, w czyje zaszła progi - i co się dziwi, że jakaś obca osoba jej otwiera?


– Nina? Co ty tu robisz, coś się stało? – Anna Zawadzka, starsza siostra Zośki,
Aaaahahahaha, pamiętamy, że na początku opka Tadeusz kupował ptasie mleczko dla swej MŁODSZEJ siostry, Ani? W czasie okupacji dzieci szybko dorastają...


znała Ninę z widzenia i opowieści brata. To też Nina nie odpowiedziała na jej pytanie, ale zadała swoje własne.
– Jest Tadeusz? – Wtedy w drzwiach pojawiła się osoba, której Nina szukała. Zośka zmarszczył czoło na jej widok i zadał takie samo pytanie, co jego siostra. – Matka chce mnie wydać za mąż za faceta, którego wcale nie znam, tak, jak Elsę,
Co? O ile się dobrze orientuję, to w XX wieku w Niemczech nie było zwyczaju aranżowania małżeństw z nieznajomymi… Może jeszcze rodzice wybrali tego, kto przypędził większe stado wielbłądów?
Skoro tak dobrze znasz Elsę, to wyjdź za nią. Proste.


więc… trzasnęłam drzwiami i powiedziałam, że nie wrócę, póki nie zmieni zdania, ale nikogo nie było w domu, bo wszyscy akurat mają jakąś akcję, więc pomyślałam, że może ty… zapomnij, to był głupi pomysł… w ogóle nie powinnam była tu przychodzić, nie wiem, co mnie napadło…
Nina już chciała odejść, zawstydzona, ale zatrzymał ją głos Zośki. Spokojny. Jak zwykle.
– Wejdź i odpocznij, Ania zrobi ci gorącej wody z cytryną.
Ciekawe, skąd weźmie cytrynę.
Fiku-miku na patyku
a cytryna bęc!


Ten też zaopatrywał się u Meinla?
Herbaty nie ma, bo wojna. Ale cytryny są.


Nina przeprowadza się do Zośki (Tadeusza). Nie, żadnych seksów nie ma, choć właśnie wtedy uświadamia sobie, że jest w nim zakochana. Nie ma jednak odwagi mu tego wyznać - no bo jakże to tak, zakochać się w swoim dowódcy?


Krótka historia, te noclegi Niny u Tadeusza. Spała na kanapie w salonie i wcale jej to nie przeszkadzało, bo było to miłe, kiedy w nocy światło księżyca padało na podłogę przed jej "łóżkiem". Uśmiechała się wtedy delikatnie. Uśmiechała się też z rana, kiedy budziła ją Ania robiąca śniadanie. Uśmiechała się jakoś częściej niż zwykle. Może dlatego, że nie było przy niej jej matki, która zwykle bardzo ją ograniczała.
I nie pozwalała się uśmiechać, Niemra jedna ponura.


Nina wróciła do domu dopiero 20 marca
O, to był długi tydzień!
Deszczowy, to wiesz.


i nie zastała w nim matki. Była za to Eden, która powiedziała, że Regina wyszła akurat na kawę do znajomej.
Uhm, mammi nieszczególnie się przejęła, że córka gdzieś zniknęła na dwa miesiące…
Uznała, że skoro córka zniknęła, to ona też se zniknie, a co.


Ta wiadomość nawet ucieszyła Ninę, która unikała matki jak ognia i dobrze jej to wychodziło – do domu wracała późno, wychodziła wcześnie. Jadła na mieście, odwiedzała Elsę i Zosię. I dobrze się miała.
A mamusia nie chciała porozmawiać z córką, kiedy ta wróciła do domu po - powiedzmy, że tygodniowym - gigancie? Tak bez komentarza zaakceptowała, że córka wróciła i że nadal rano wychodzi, wieczorem wraca?
Tak sobie wspomnę o tym tutaj, bo dlaczego nie - rodzice wszystkich tych dziewczyn musieli być ślepi, głusi i kompletnie pozbawieni instynktu samozachowawczego. Przecież, do licha, widać, że z córkami coś się dzieje. Wychodzą przed świtem albo wracają późno wieczorem; mają jakichś znajomych, o których nie chcą pisnąć ani słowa…
Przecież jak to wszystko się rypnie, to cała rodzina pójdzie pod ścianę jako zdrajcy narodu. A rypnąć się musi, bo panny zostawiają ślady jak szalone - że tak przypomnę: “Czasami nawet chodziły na Szucha i udawało im się zaświadczyć o niewinności niektórych aresztowanych.”
I ten obrazek z Szucha, gdy umoczone w konspirę Frauliny zeznają:
- Znasz ten Bandit?
- Nie, nie znam, on nie działa w ruchu oporu!
- Jesteś niewinny, wracaj do domu!


Należy wspomnieć o ważnym spacerze Eden i Janka 22 marca. Zrozumiecie później, dlaczego on był taki ważny, dajcie mi szansę wyjaśnić.
Idiotyczny, zupełnie niepotrzebny wtręt. Nie pierwszy zresztą.
To jest Narrator Domagający Się Uwagi.


Wybrali się do parku, niedaleko mieszkania Zosi.
Znaczy, do Ogrodu Saskiego. Który był tylko dla Niemców. Mam nadzieję, że Janek mówi po niemiecku równie dobrze, co Eden po polsku, bo inaczej pierwszy napotkany przechodzień ich wsypie.
A po co w ogóle mają mówić? Niech, zgodnie z opkową tradycją, siedzą i godzinami patrzą sobie w oczy.


Śmiali się, dokazywali, nie myśleli choć przez chwilę o tym wszystkim, co ich otaczało.
Skakali jak kangury?


– Słowa mają wielką moc – mówiła wtedy Eden. – Zobacz. Jeden mężczyzna zapanował nad prawie całym światem. I praktycznie rzecz biorąc nawet nie zrobił tego wojskami, tylko słowami.
Wszystkie dywizje Wehrmachtu strzeliły focha i wróciły do domów.
I tylko nieszczęsny Paulus z okrążenia wrócić nie mógł, więc zirytował się jak diabli.


Powiedział, że idealni Aryjczycy powinni być wysocy, mieć złote włosy i jasne oczy. I zobacz, nagle tak się stało. Tylko niech on sam na siebie spojrzy.
– Na idealnego Aryjczyka to on mi nie wygląda – zaśmiał się pod nosem Janek, przekręcając stronę w gazecie. – W piątek w kinie leci "Życie jest piękne". Ale my nie chodzimy do kina, więc…
Przepraszam… macie na myśli TO “Życie jest piękne”???!!!




Pomijając anachronizm - aŁtorko, czy naprawdę myślisz, że w kinie w okupowanym kraju puszczono by film, którego głównym, pozytywnym bohaterem był Żyd, a akcja toczyła się w obozie koncentracyjnym?!
I to jest ten moment, w którym zeszłam ze śmiechu prawie jak przy meldującym Himmlerze :D :D :D


Uwaga! czytelniczka znalazła inny film "Życie jest piękne", z 1940 roku, tak więc możliwe, że chodziło o ten właśnie - jeśli tak, zwracam honor.

23 marca był najczarniejszym dniem w życiu wszystkich tych młodych ludzi.
W Wedlu zabrakło czekolady.


Razem z Zosią i Elsą, Nina pracowała w małej kawiarni po przeciwnej stronie Nowego Światu, znanej jako "Gastronomia", ale powszechnie jako "Cafe Gabler". Spłonęła w czasie powstania, w roku 1944 [powiedział Narrator Profetyczny], ale dla wszystkich dziewcząt była ważnym miejscem.
Nina śpiewała.
Elsa grała na fortepianie.
Zosia była kelnerką.
Tak, tak, porządne, niemieckie dziewczyny z porządnych, niemieckich rodzin pracowały jako szansonistki w jakiejś knajpie. Już to widzę.


Co prawda te pierwsze dwie nie musiały wcale pracować, ale przyjemność im sprawiało to, co robiły, a poza tym miały szansę spędzić więcej czasu z Zosią.
Dzień zaczął się jak każdy – duży ruch w "Gastronomii", francuskie piosenki [?!], spokój i cisza.
Duży ruch, spokój i cisza w ten pochmurny dzień pełen słońca.
Francuskie piosenki. Aha.


A potem nadszedł przełom. Do kawiarni wpadło trzech chłopców – Alek, Zośka i Buzdygan. Zosia pierwsza ich zauważyła. Byli zmęczeni, najwyraźniej biegli przez całą drogę.
Uhm, tak. Pierwszy patrol po drodze zacząłby ich ścigać. Podstawowa zasada: nie zwracać na siebie uwagi!


– Jezu Chryste, a wam co się stało? – zapytała Zosia, zapominając o pracy. – Pali się, czy co?
– Świat się wali, a ta sobie stoi i śpiewa! – Zośka wskazał na Ninkę, która właśnie wykonywała "J'attendrai". – W sumie… nawet ładnie.
W momencie, kiedy “świat się wali”, aresztowano twego najlepszego przyjaciela, ostatnią rzeczą, na którą będziesz zwracać uwagę, jest to, czy ktoś śpiewa ładnie, czy brzydko...


Tłumaczenie: "będę czekać". Piosenka ta opowiada o ukochanym i dziewczynie, która czeka na jego powrót.
Niech zaśpiewa jeszcze “Kriegsgefangenenpost”, co sobie będzie żałować.


Jakże ironiczne – los chyba już wtedy zaczął im się śmiać prosto w oczy.
Kiedy piosenka się skończyła, a Elsa i Nina zeszły ze sceny, aby powitać chłopców, Zośka wcale nie zamierzał owijać w bawełnę. On po prostu powiedział im to, co przyszedł im zakomunikować.
– Rudego aresztowali dzisiaj rano.
I tyle. To wystarczyło, żeby Elsa wymamrotała kilka słów: "Jezus Maryja, Józefie święty…". A Nina tylko usiadła przy najbliższym stoliku, zakryła twarz dłońmi i zaczęła szeptać:
Gott, denn was. Denn was. Warum er. – i tak w kółko, choć tylko Elsa ją rozumiała. – Boże, za co. Za co. Dlaczego on.
Ja się dziwię, że Elsa rozumiała ten dziwny niegramatyczny bełkot.
Najbardziej mnie fascynuje, skąd aŁtorka wzięła to denn was.
Nawet translator mówi, że to “po co”, a nie “za co”.


Eee… wycofuję pomysł, żeby zatrudnić je w Akcji N.


Tego samego dnia, jak się później okazało, aresztowano ojca Zosi, bo w jej mieszkaniu po rewizji znaleziono pudełko z polskimi flagami i ulotkami drukowanymi przez Rudego. Oskarżony o działalność konspiracyjną, Władysław Pałasz został zesłany do Oświęcimia, bezdyskusyjnie.
A panny nie poleciały na Szucha, zaświadczyć o jego niewinności?
Etam… Nie po to w mieszkaniu Zosia zrobiła magazyn bibuły, żeby teraz zawracać sobie       głowę aresztowanym ojcem.


Trafił na niewłaściwych ludzi, i tyle. Do córki już nigdy nie wrócił.
Nawet mu się nie dziwię.


Gdy tylko się o tym dowiedziano, Zosia została zatrzymana w mieszkaniu Niny. Miała nie wychodzić pod żadnym pozorem.
Ale czekajcie… aresztowano go w związku ze sprawą Rudego, czy tak po prostu przypadkowo? A może córka jednak z czymś się wsypała? W takim razie dom Dresnerów absolutnie nie jest bezpieczny!
Oj nie Kuro! Ty myślisz jak człowiek myślący, a to przecież opko o Dresnerównach. Ich nie dotyczą realia okupowanej Polski.
Myślę, że informacja o aresztowanym ojcu Zosi miała pokazać, że jednak dotyczą… Ale to był taki przebłysk i zaraz wracamy w opkowe koleiny.
Ja bym to nazwał “dekoracją fabularną” - ot, jakoś tam przypomina, że wojna i okupacja, ale jest powierzchowne i nie ma wpływu na akcję.


Kiedy wszyscy wpadli do tego domu [przypomnijmy: Alek, Zośka, Buzdygan i towarzyszące im dziewczyny], to rzeczywiście nie było czasu się nad niczym zastanawiać.
Matka tylko stała w progu i obserwowała, czy starannie wycierają buty.


Nina wybrała numer telefonu na Alei Szucha, choć sama nie wiedziała, co powinna powiedzieć.
Ninie trzeba przypomnieć, że jej ojciec jest esesmanem a nie gestapowcem.
Ale OK. AŁtorka wsadziła esesmana do gestapo, ciągnijmy to dalej.
Akurat gestapo podlegało Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy, który niewątpliwie był częścią SS. Esesmanów można było zresztą spotkać w bardzo różnych formacjach policji niemieckiej, nawet w straży pocztowej. SS i policja były ze sobą splecione w dość skomplikowany sposób.


– Papa – wyszeptała w końcu, kiedy usłyszała głos ojca. – Papa, papa.
– Nina, was ist los?
Pytał, co się dzieje. Od razu wiedział, że coś jest nie tak.
Ależ byłaby ironia losu, gdyby to właśnie ojciec Niny przesłuchiwał Rudego!
To byłby kolejny banał opkowy. Aż dziwne, że aŁtorka na to nie wpadła.


– Papa – powtórzyła jeszcze raz Nina, ale w tej samej chwili ktoś delikatnie potrząsnął jej ramieniem. Obudzona z transu, zaczęła mówić. – Papo, Rudy.
– Co? –
- Kim jest Rudi? - spytał nieco zdezorientowany ojciec.


jej ojciec o niczym nie wiedział, ale ona musiała w to brnąć, bo wiedziała, że był dobrym człowiekiem.
Takim naprawdę dobrym, z głębi serca.


A jej przyjaciół nigdy by nie skrzywdził.
Żebyś się nie zdziwiła…


Wtedy nie pójdzie do przesłuchania. Nie będzie częścią tego wszystkiego.
Tatuś nie pójdzie? To pójdzie kto inny.
Już widzę jak raportuje przełożonemu, że nie przesłucha aresztowanego, bo to przyjaciel córki.
Wiadomo nie od dziś, że aŁtorki opek mają cokolwiek dziwne pojęcie o pracy zawodowej. Tak jest i w tym przypadku. Papa nie dlatego codziennie chodzi na Szucha, bo ma po drodze, ale dlatego, że tam pracuje, a jego praca polega właśnie na tropieniu i likwidowaniu działaczy podziemia. Temu właśnie służyły przesłuchania z torturami. Boru, dlaczego trzeba tłumaczyć takie oczywistości?


– Janek – poprawiła się. – Janek Bytnar.
Zadzwonić na Szucha, podać jednocześnie czyjś pseudonim oraz dane osobowe. Powiedz jeszcze, jakie pseudonimy mają, jak się nazywają jego współpracownicy i podaj ich wszystkich na tacy. Co się mają przemęczać?


Kiedy w słuchawce zapadła cisza, Nina już wiedziała. Już wiedziała, co się dzieje.
   Papcio już też wiedział, że ma Rudego, Janka Bytnara.


– O której? – zapytała cicho, jakby ktoś w pokoju był zdrajcą.
Four-thirty in the morning. – odparł jej ojciec po angielsku.
Co-co-co-co-co?!
Dziwnie on jakoś po angielsku mówi… Forma “half past” jest mu nieznana?
Ale skąd, do konia, po angielsku?!
No wiesz, konspira. Gestapowcy głupi są i żaden nie zna obcych języków.
Ojciec Niny wygląda mi na anglofila. Tu jemioła, tam wtręty po angielsku…


Czwarta trzydzieści z rana.
Mieszanina języków używanych w rozmowie już dawno skołowała resztę ludzi w domu państwa Dresner, ale nie Ninę i jej ojca po drugiej stronie połączenia.
Natomiast Hans, Karl i Sepp aż przyciszyli radio i zaczęli podsłuchiwać.


Oni byli trzeźwi i pewni tego, co mówią.
A co ma trzeźwość do języków obcych?
Nie rozumiem tej konspiry. Laska otwarcie podaje imię, nazwisko i pseudonim, ojciec nagle szyfruje godzinę aresztowania (dlaczego ona w ogóle o to pyta? Jakie ma znaczenie, o której go aresztowali?). Sorry, ale rozmowa, w której nagle przechodzi się na obcy język, wzbudzi podejrzliwość każdego, a przypominam, że telefony są na podsłuchu!
No właśnie!
Popatrzmy, jak kwestię używania języka angielskiego podczas wojny w III Rzeszy - już nawet nie w okupowanym kraju - wspomina w swojej autobiografii Loda Halama, która tuż przed wybuchem wojny wyszła za mąż za Szwajcara, wyjechała z nim do Szwajcarii, i w 1940 roku, zbrojna w szwajcarski paszport, zdecydowała, wariatka, wrócić do Warszawy. Ponieważ mimo paszportu podczas podróży lepiej było nie ujawniać, że jest z urodzenia Polką…
“Powrót był o tyle trudny, że moja znajomość niemieckiego daleka była od doskonałości. Mąż prosił więc, abym dla uniknięcia podejrzeń lub indagacji w podróży nie mówiła ani po polsku, ani po niemiecku. (...) Dramatyczna, a jednocześnie komiczna sytuacja wytworzyła się, gdy przesiadając się w Berlinie natknęłam się na gestapowca w drzwiach dworca i niezręcznie mocno go potrąciłam. Odruchowo chciałam przeprosić, ale przypomniawszy sobie ostrzeżenie męża, automatycznie wybąkałam: I’m sorry. Pamiętam ogłupiałą minę Niemca, który widocznie potraktował to jako dowcip, bo coś zamamrotał i nawet jakby się uśmiechnął. Mąż natomiast zbladł jak papier. Szarpnął mnie za rękę, abym co prędzej szła, sycząc: Idiotka!”
[Loda Halama “Moje nogi i ja”, str.74, WAiF, Warszawa 1984]


Zbyt dobrze znali się nawzajem.
– Pomóż – wyszeptała, a Thomas Dresner ponownie westchnął ciężko. Mogłaby przysiąc, że przetarł twarz wolną dłonią.
Ich werde es versuchen. – odparł, powoli odkładając słuchawkę.
Spróbuję. Dla Niny to oświadczenie było czymś okropnie ważnym. Bardzo, bardzo ważnym.
Tak, spróbuje. Narażając życie swoje, żony i obu córek. Esesman.
Jeśli faktycznie chciałby pomóc - córce, nie Rudemu - to powinien wpakować obie smarkate w pierwszy pociąg do Berlina i modlić się, żeby na tym się skończyło.
Najwyżej potem powie, że infiltrował.


Mało, co nie upadła, kiedy sama odłożyła telefon. Alek musiał ją podtrzymać, bo zakręciło jej się w głowie. A potem powiedziała jedno, proste zdanie:
– Trzeba powiedzieć Eden.
Ale chyba nikt nie chciał tego robić.
Przecież można poczekać, aż kumple tatusia przyjdą i sami powiedzą.


Kiedy w końcu Zosia poinformowała młodą Dresner o tym, co się stało, Eden nie dała rady oddychać.
Więc się udusiła, koniec op… a nie, niestety, są jeszcze trzy bohaterki.


Ale najbardziej wściekły był Zośka. Kiedy tylko Nina uporała się z depresją młodszej siostry, zabrała go na mały spacer i zaczęła mówić wszystko, co wiedziała. Dosłownie wszystko.
Z przerażenia Zośka bladł coraz bardziej. “Ileż ona wie!”
Gdy zaczęła powtarzać czasowniki trzeciej koniugacji, nawet z lekka pozieleniał.


Mówiła, którędy jedzie więźniarka, kiedy przewożą więźniów z Szucha na Pawiak. W pewnej chwili zatrzymali się przy Arsenale.
– Tu zawsze zwalniają – powiedziała, choć głos jej drżał. – Zawsze. Zośka, wy go odbijecie, prawda? Zrobicie to?
A skąd ona to wszystko wie, na litość boską? Czyżby czytała “Kamienie na szaniec”? A może oglądała “Akcję pod Arsenałem”?


Autorka “Alfabetu Mary Sue” też znała ten typ bohaterki. Przed państwem Georgia!


G is for Georgia
Likes watching TV
Replaying the movie
Upon DVD
'Til one day by magic
The screen opened wide
Before Georgia knew it
It sucked her inside!
Now she'll save the hero
By hook or by crook
She knows all the future
'Cause she's read the book


(Owszem, byłoby całkiem logiczne, gdyby Nina posiadała takie informacje, bo np. odwiedzała ojca w pracy specjalnie po to, by prowadzić rozpoznanie. Pisałam już wcześniej, że to byłby sensowny sposób wykorzystywania dziewczyn w konspiracji. Ale nie mamy o tym ani słowa, wyłącznie o malowaniu kotwiczek i zrywaniu/zawieszaniu flag.)


Tadeusz nawet się nie zastanawiał nad tą odpowiedzią. Była krótka i treściwa. I zdecydowana. I spokojna.
Jak zawsze.
– Tak. Odbijemy go.
Nie było to jednak pewne.


Rozdział 5: "Miłość jest silniejsza niż śmierć"

Szarość tak dumnie brzmi, warta każdego dnia.
Od tego momentu zaczyna się przeplatanie narracji piosenkami. Czasami nieco od czapy.


Kiedy Nina wróciła ze "spaceru" z Zośką, zastała w domu tylko Eden.
A gdzie podziała się Zofia, córka aresztowanego cukiernika?
Chwilowo nie jest potrzebna, więc Imperatyw Narracyjny usunął ją z pola widzenia.


W ogóle ta cała Zosia potrzebna jest w opku jak piąte koło u wozu. Czy ona odegrała jakąkolwiek rolę w wydarzeniach? Jest, bo jest, jak te wszystkie psiapsiółeczki głównej bohaterki w opkach “szkolnych”, które można odróżnić od siebie tylko po imieniu i kolorze włosów, i które służą do tego, by było z kim sparować kolegów głównego tróloffa.
W sumie - marginalna Zosia została sparowana z marginalnym Alkiem...


Ninka i Tadeusz zrobili tego przedpołudnia tyle, ile mogli – policzyli kroki, sprawdzili, w których uliczkach można ustawić chłopaków. Potem mieli się spotkać dopiero po szesnastej, pod Arsenałem.
Skoro w poprzednim odcinku wystąpił PKiN, to teraz też zaszalejmy: umówili się w KFC, choć Ninka wolała iść na kawę do Starbucksa. No i mieli niezły dojazd metrem na miejsce.


W ciągu kilku godzin cała Warszawa została postawiona na nogi. Wesoły biegał po mieście, roznosząc wici,
No tak - nie musi prowadzić żadnego rozpoznania na Szucha, bo przecież Nina już dokładnie wyjaśniła, co, gdzie, jak i którędy.
Postawienie całej Warszawy na nogi też tchnie konspiratorskim profesjonalizmem.
a Orsza już prowadził rozmowy ze swoimi kontaktami w AK.
Ściśle rzecz biorąc - ze swoimi przełożonymi.


Zośka tłumaczył Ninie, że nie mogą nic zrobić bez ich zgody, co z lekka ją zdenerwowało, ale w końcu odrobinę się uspokoiła i uznała, że histerią nic nie pomoże. Musiała być skupiona na zadaniu.
Jeżeli u Niny lekkie zdenerwowanie = histeria, to nie chcę wiedzieć, co się dzieje, gdy jest bardzo zdenerwowana.


Była już na Szucha w drodze powrotnej, ale ojciec odprawił ją z kwitkiem. Po pierwsze: nie miała najmniejszego powodu, aby tam być, więc jej obecność była z lekka podejrzana.
Ale kto miałby ją z lekka podejrzewać i o co?  Przecież była u papy częstym gościem.


Po drugie: uznał, że uważają Rudego za jeden z głównych organów wykonawczych w ich szeregach.
Zośka był organem ustawodawczym, a Alek - sądowniczym. Wesoły to czwarta władza czyli media.
Kto uznał? Ojciec, jak wynika z tekstu - ale co to w takim razie znaczy “w ich szeregach”? W szeregach Gestapo? :-P
AŁtorka chciała, żeby to zabrzmiało mądrze i po policyjnemu, a w rezultacie zdanie tchnie takim stuprocentowym bełkotem, że mózg się zawiesza przy próbie interpretacji.


Nie wydał Zośki.
Kto, przesłuchiwany Rudy, czy ojciec Niny?


Z jednej strony Nina odetchnęła z ulgą, ale z drugiej miała ochotę kopać, gryźć i strzelać do tych ludzi, aby tylko oddali jej przyjaciela.
Wtedy, słysząc jego krzyk z pokoju obok, doszła do jednego wniosku:
Wykopię drzwi i powiem, że on jest niewinny!


jedynymi istniejącymi potworami byli ludzie. I, o zgrozo, zwykła tych ludzi nazywać wujkami i ciotkami, kiedy była młodsza.
Hm, papcio Dresner załatwił zatrudnienie wszystkim krewnym i znajomym, czy co?


– Zabiją go.
W głębi serca Nina wiedziała, że to prawda. W pewnej części nawet się już z tym pogodziła. Ale z drugiej strony kierowała się nadzieją, a nadzieja – jej zdaniem – była jedynym uczuciem silniejszym niż strach.
Jej babcia zwykła powtarzać jedno, zapadłe jej w pamięć zdanie: "Die Liebie ist stärker als der Tod". W wolnym tłumaczeniu? "Miłość jest silniejsza niż śmierć",
A w dosłownym?
W dosłownym to chyba “mniełość”.


a wierząc w to, Nina sądziła, że miłość Eden do Janka z łatwością wyciągnie go z kłopotów.
Znaczy: wierzyła, że miłość z łatwością (!) wyciągnie go z kłopotów, ale pogodziła się już z jego śmiercią.
No w sumie fakt, śmierć jest końcem wszelkich kłopotów…
“Nie ma człowieka - nie ma problemu” (cytat przypisywany Stalinowi).


Dalej. Dalej.
– Tego nie wiesz – pokręciła głową delikatnie starsza z sióstr, próbując jakoś pocieszyć tą młodszą. Okrążyła stół i zaczęła się w nią intensywnie wpatrywać, opierając się o niego. – Nie możesz tego wiedzieć. Poza tym, ojciec będzie próbował mu pomóc.
– A co ojciec może zrobić, do jasnej cholery, Nina! On jest jednym z nich!
– A co mnie to obchodzi? Jest naszym ojcem!
Od facepalmów niedługo wyglądać będę jak Rudy na Szucha. Takie dialogi na cztery nogi to mogą prowadzić córki nauczycielki, czy matka “załatwi” jakoś z historykiem ostatnią lufę ze sprawdzianu.


– Jest mi wstyd, że jesteśmy Niemkami. Wstyd, rozumiesz? Kiedyś byłam z tego dumna, ale zobaczyłam, do czego są zdolni. A potem spojrzałam na Polaków. Jak walczą o to, co im się należy. Jak są odważni. I wstyd mi za to, kim jestem, tak bardzo. – Nina przeczesała włosy palcami, zanurzając w nich obydwie dłonie. Była wściekła, a jej wściekłość zwykle kończyła się płaczem. Eden o tym wiedziała, ale nic nie mówiła. To wszystko były nerwy. Nerwy i zmartwienie, tak intensywne, że brakło im obydwu tchu. – Ale nie czuję się już jak Niemka, już nigdy się tak nie poczuję.
Taką historię mogłabym czytać - o dziewczynach, które przeżyły tak głęboki szok i wstrząs, odkrywając, za co odpowiedzialni są ich rodacy, że aż przeszły na stronę wroga. O ich szarpaninie wewnętrznej i wątpliwościach. A nie, kurnać, o tym, że “zrywamy flagi, bo tak świetnie się przy tym bawimy”, a w ogóle wychodzi na to, że najważniejszą motywacją do przejścia na drugą stronę (zdrady swojego kraju!) byli przystojni, młodzi chłopcy.


– Ale Nina, czy ty tego nie widzisz? Pomagamy im, walczymy z nimi, a co za to dostajemy? Zabierają nam to, co kochamy.
No ale przepraszam bardzo, kto zabiera, Polacy aresztowali Rudego, czy jak?


Polska, to ten kraj, który kochasz? W Niemczech by ci nie zabrali ukochanego, Nina…
Buahahaha! A o tych zorganizowanych przez Führera wycieczkach to panna nie słyszała?
Masz na myśli tę wycieczkę pod Stalingrad?
Oberkommando der Wehrmacht jako biuro podróży miało niezły zasięg. Poza Anglią obejmowało prawie całą Europę i Afrykę Północną. Gwarantowano wycieczki piesze, morskie i lotnicze.  
A poprzedniego sezonu modne były nawet turnusy na Kaukazie czy, o zgrozo, na Krymie.
Nie mówiąc już, że gdyby ukochany przypadkiem miał poglądy niezgodne z linią Führera, Fundusz Wczasowy Gestapo mógłby mu zorganizować na przykład pobyt w sanatorium Dachau.
I krótki urlop w Moabicie.


– Polska ci tego ukochanego dała, Eden! – Nina wydarła się na cały głos, a jej słowa zawisły nad ich głowami, dźwięcząc echem w wielkim holu. – Dała ci go! Ci ludzie w tym kraju wiedzą, co to jest cierpienie! Wiedziałaś, na co się zapisujemy, Eden.
A tam, wiedziała. Poszła, bo pewnie Vati nie chciał jej kupić nowej koronkowej sukienki.


Dobrze pamiętam plan, choć tak odległy jest.
Kiedy Nina zaszła pod Arsenał po szesnastej, zrobiło się chłodno, toteż musiała ubrać się cieplej i trochę się spóźniła.
Dżizas, w co ona się ubierała? Pewnie, jak to opkowe bohaterki, trzy godziny spędziła przed szafą, dobierając “stylizacje”.
Co tam akcja zbrojna i niezwykle istotne w tym momencie idealne zgranie w czasie wszystkich elementów - ważne, żeby się ubrać odpowiednio.
Uhm, właśnie znalazłam, że swego czasu ogłoszono wśród szafiarek konkurs na “stylizację powstańczą”...


Pierwszą osobą, którą zauważyła, był Anoda. Wszyscy zajęli już swoje miejsca, więc chłopak wskazał jej Zośkę, a ona prędko do niego podbiegła.
W rogu ulicy zauważyła Elsę, która siedziała przy stoliku wraz ze Słoniem.
Ale w sensie, że w ogródku kawiarni? W marcu? I gdzie - w ruinach Pasażu Simonsa?
No dobra, wiem, że Słoń był postacią autentyczną, ale przy kompletnej absurdalności tego opka mam ochotę dopisać, że dobrze, że nie siedziała z nim przy fortepianie.


Wypatrywali więźniarki. Na jej widok, Elsa mrugnęła do niej pocieszająco,
Do tej więźniarki?


a Nina odpowiedziała jej tym samym.
...a więźniarka odmrugała jej światłami.


A potem w końcu dosięgła Zośki i złapała go za ramię.
Transformers!
I wciągnęła go na pakę. Tym sposobem Niemcy mieli już i Zośkę.


Wszyscy czekają na Orszę, który ma powiadomić, czy udzielono zgody na akcję.


– Nie ma zgody – powiedział stanowczo, mierząc się wzrokiem z Zośką, który poczuł, że tętno niebezpiecznie mu przyspiesza. – Odwołaj akcję.
Nina i Elsa świdrowały dwóch mężczyzn wzrokiem. Ta pierwsza patrzyła z wściekłością i niedowierzaniem. Druga patrzyła wyczekująco i ze zmartwieniem, jakby bojąc się, że zaraz się na siebie rzucą i zrobi się nieciekawie.
Zwłaszcza nieciekawie, jeśli bójką na ulicy zainteresuje się policja.


By stanąć obok nich, ratować ulic gwar.
Ja wiem, że to jest tekst piosenki z filmu. Ale dlaczego on też jest taki głupi?!


– Co?
– Powiedz chłopakom – powtórzył już głośniej Zośka, – że Rudego nie ma w więźniarce.
Orsza kiwnął głową i odszedł, klepiąc Zośkę po ramieniu. Chłopak odwrócił się do Niny i spojrzał na nią przepraszająco. Sam był załamany i łatwo było to dostrzec, więc dziewczyna odpuściła. Cierpiał wystarczająco bardzo.
– Patrz na mnie – powiedziała, kiedy więźniarka ich mijała.
A więźniarka wlepiła w nią swe wielkie reflektorzyska.


Ściskało ich wszystkich w żołądkach, kiedy słyszeli głos Orszy: "Rudego nie ma w więźniarce, odwołujemy akcję", a potem zdziwione głosy chłopaków: "jak to go nie ma? Ninka mówiła, że będzie!". Ale Tadeusz nie odrywał wzroku od młodej kobiety stojącej przed nim. I może być właśnie dzięki temu sam nie wyrwał się jak ten idiota i nie pobiegł za więźniarką.
Chociaż nie – pobiegliby razem, gdyby nie to spojrzenie.
A Elsa zaraz za nimi.
I spieprzyłyby wszystko dokumentnie. Zośka, naucz się wreszcie nie brać na akcję amatorów!


A potem, Nina musiała dać upust emocjom. Szybkim krokiem podeszła do Orszy i zmierzyła go morderczym spojrzeniem. To wystarczyło, aby odwrócił wzrok, zażenowany.
Zły Orsza, zły! Siadł i wstydził się!


Odeszła, pozostawiając wszystkich w tym niemym zaskoczeniu i realizacji:
Ta “realizacja” mi tu angielszczyzną jedzie.


Rudy był w więźniarce.
Orsza ich okłamał.
Ktoś wydał rozkaz, ktoś go nie wydał.
Tak, kurwa, podważaj autorytet dowódcy na oczach jego podwładnych.


Na skrzyżowaniu Długiej i Bielańskiej pozostali tylko "Zośka", "Giewont" i "Orsza". Po kilku minutach obok nich przejechała policyjna "buda". Na jej widok "Zośka" bezsilnie zacisnął dłoń na pistolecie...
"Mam pełne przeświadczenie, że byłem świadkiem najwyższego misterium pojęcia karności..." - tak po latach relacjonował te chwile "Orsza". (źródło)


Co ratowało Rudego? Wspomnienia. Rudy trzymał się tylko dzięki wspomnieniom. Wspominał, jak w lato, jeszcze zanim wszyscy tak dobrze się znali, leżeli w parku na ziemi i śmiali się głupio.


Rudy wspomina również światłe sentencje, jakimi częstowała ich Nina:


– Kiedy dorastasz, twoje serce umiera.
I dlatego wszyscy 20+ to zombie.
Pffff, ja tam stara baba jestem, a nic mi nie umarło.
Dzi, jaka stara baba? Zapomniałaś, że jesteśmy dziećmi, które nie mają życia?

Rozdział 6: "Mój Boże, jakie wszystko jest dzisiaj dziwne."



A teraz przyjrzyjmy się, jak Nina i chłopaki własnoręcznie, sposobem gospodarczym, montują akcję pod Arsenałem.


Przez dwa dni Nina biegała po całej Warszawie, ale w końcu doszła do wniosku, że nie ma innego wyjścia.
Musiała ściąć włosy.
Wykorzystała siatkę informatorów w poszukiwaniu dobrego fryzjera.


Chłopcy potrzebowali amunicji, o którą akurat teraz było naprawdę trudno. Kedyw nie chciał ich zaopatrzyć, bo uznali, że akcja, którą planują, jest bezsensowna. Że nie ma powodu, by zatrzymywać więźniarkę na zapełnionej ludźmi ulicy, aby uratować – spójrzmy prawdzie w oczy – jednego chłopaka.
Tak, Kedyw początkowo nie chciał się zgodzić. Za Kamińskim: “Nie odbijano wielkich przywódców Polski Podziemnej, nie odbijano aresztowanego niedawno Delegata Rządu, nie odbijano największych polskich polityków, wojskowych, uczonych…”. Akcję odwleczono o kilka dni, bo w Warszawie nie było wówczas dowódcy Kedywu, a jego zastępca uznał, że nie może wydać takiej decyzji sam.
Ale - aŁtorko, patrz mi na usta - Rudy, Alek, Zośka i ich ludzie to nie była po prostu grupa przyjaciół. To było wojsko. A w wojsku słucha się rozkazów i samowolka w rodzaju tej, jaką tu opisujesz, jest absolutnie niedopuszczalna.
A Kedyw w końcu się zgodził. A uratowanych było dwudziestu jeden.
Po prostu nie mogę wyjść ze zgrozy, jak bardzo w tym opku AK/Szare Szeregi NIE SĄ wojskiem. Brak dyscypliny, brak struktury, ot, “zrywam flagi, gdyż nie mam co robić”.
Raczej: zrywam flagi, bo to świetna zabawa.
“Wstępuję do polskiego ruchu oporu, bo focham się na rodziców.”


Ojca o pieniądze poprosić nie mogła. To by było zbyt podejrzane, gdyby wzięła aż taką sumę.
A jak brała pieniądze na pistolety, to dobrze było?


Poza tym, nie wypuszczali go z Alei Szucha [to jeden z tych zawodów, gdy nie da się wziąć roboty do domu] i Nina martwiła się, że zaczynają coś podejrzewać. Co prawda wydawało jej się, że nigdy nie udało im się ich przyłapać, ale Bóg jeden wiedział kto na nich doniósł.
Wiesz, gestapowcy nie byli głupi, a jeszcze jak ktoś im się sam podkładał...


Wyjście było jedno: sprzedać włosy i za otrzymane pieniądze wyposażyć chłopców w wystarczająco dużo amunicji, aby odbić Rudego.
Nina pilnie czytała “Nędzników”.


Wyszła od fryzjera z pieniędzmi w dłoni i lżejszą głową.
A tych pieniędzy było tyyyle, że nie tylko amunicję mogła kupić, ale nawet czołg!
Dzisiejsze ceny za kilogram włosów: http://www.skupujemywlosy.com/images/cennik.jpg
ale że w czasie wojny wiele kobiet ratowało budżet w ten sposób, to i ceny włosów były nędzne.


Kiedy przyniosła zakupioną amunicję do domu Zośki i zaczęła ją rozpakowywać i rozdzielać, z początku się nie odzywał.
Amunicję, jak rozumiem, kupiła tam, gdzie przedtem kupowała pistolety na worki?
I tym razem pewnie na kila. Ciekawe, czy sprawdziła, czy ta amunicja ma aby właściwy kaliber.
Co to jest kaliber? To jakiś egzotyczny ptak?
Mała ptaszyna, wszystkiego parę milimetrów, ale jak dziobnie, to już po człowieku.


Przyzwyczaił się już do tego, że wchodziła do jego domu bez pukania, zostawiała rzeczy i zwykle wychodziła, albo wręcz przeciwnie – zostawała i robiła herbatę. Poza tym, Tadeusz był zbyt zajęty dopracowywaniem planu akcji, aby coś zauważyć. Dopiero kiedy Nina usiadła obok niego, coś zaczęło mu nie pasować.
Coś ciasno się zrobiło na tym fotelu, czyżby aż tak mnie wzdęło po tej starej fasoli? - pomyślał ze zdumieniem.
- Oraju! Ostrzygli cię za kontakty z Niemcami?
- Nie, za kontakty z Polakami, matołku!


– Nie mamy samochodu – powiedział Zośka, wskazując na mały kwadracik narysowany na kartce. Nina westchnęła cicho.
– Ja mam
- Volkswagena. Dostałam od papcia na urodziny.


– zaczęła, z przyzwyczajenia poprawiając włosy, których przecież nie było.
Jakie tam “nie było”. Kawałek dalej jest wzmianka, że zostawiła sobie włosy do ramion.


Wzdrygnęła się lekko. – Zabiorę z pod [spod] domu. Rodzice raczej nie zauważą, ojciec nie opuszcza Szucha, a matka spędza większość czasu u swoich koleżanek.
A teraz wyobraźmy sobie zdumienie kolegów z pracy Herr Dresnera, którzy widzą, że w zbrojnej akcji przeciwko nim ktoś korzysta z jego auta.
Jako zdrajca i domniemany współorganizator zamachu, zostałby natychmiast aresztowany i nieźle skatowany w poszukiwaniu powiązań z Grupami Szturmowymi AK.
Nie sądzę, aby Dresner mógł kiedykolwiek opuścić Szucha o własnych siłach.


Nie będzie problemu z podstawieniem. A co się stało z twoim?
- Zgłupiałaś? - spytał Zośka. - Przecież Polakom nie wolno mieć samochodów, jeszcze tego nie zauważyłaś?
No właśnie -  samochody używane w konspiracji były “legalizowane” - wyrabiano im komplet fałszywych papierów, tablic, po akcjach były przemalowywane itd. Przeważnie udawały samochody służbowe różnych niemieckich firm i instytucji.
Nina, jak rozumiem, też trzyma w domu komplet fałszywych tablic, na wypadek, gdyby przyszło użyć ich prywatnego samochodu do jakiejś nielegalnej akcji? A może, wzorem Klossa, zamierza przemalować numer za pomocą pasty do zębów?
I w ogóle co to za okupowana Warszawa bez riksz… (w każdym razie przed czerwcem 1944, bo wtedy i riksz Niemcy zakazali).


– Anoda pojechał dzisiaj po broń do Alka. Wpadł w poślizg i uderzył w słup, dobrze, że nic mu się nie stało.
W pierwszej wersji planowano ewakuować "Rudego" dorożką obstawioną przez "Grubego". GS-y nie posiadały samochodów - jeszcze nie nauczyły się ich zdobywać. "Jeremi" [Jerzy Zborowski] prowadził negocjacje w sprawie zakupu jakiejś starej "dekawki", lecz kasa GS była pusta i zakup wozu nastąpił dopiero dzień przed akcją - 25 III 1943.” (źródło)


W nocy z 24 na 25 marca, Zośka dzwonił do Niny, że nadal nie dostali zgody. Zdenerwowało ją to okropnie, aż zdemolowała cały swój pokój i potem Zosia pomagała jej sprzątać.
Aha, to już wiemy, co robi Nina, gdy jest bardzo zdenerwowana.


Sporo było z tym kłopotu, ale wyszło i tak na to, że całą noc nie spały.
Eden dała siostrze niezłą reprymendę, chociaż przecież była od niej młodsza. Nie wierzyła, że Ninka sprzedała włosy, aby wymienić pieniądze na amunicję. Na amunicję! Którą równie dobrze Elsa mogła podkraść ze skrytki ojca!
Trzymał tam całe wory amunicji do pistoletów maszynowych; tak na wszelki wypadek.
Maszynowych? To w tej rzeczywistości alternatywnej używa się czegokolwiek innego niż pistoleto-rewolwery?
Tatuś oczywiście niczego by nie zauważył, bo nie jest tak, że jest odpowiedzialny za broń, którą dostaje, i musi wiedzieć, ile ma naboi do dyspozycji.


"Przecież wiem", powiedziała wtedy Nina, "ale to by nie wystarczyło".
Elsa i Nina najbardziej jednak wściekały się, bo Orsza nie pozwolił im brać bezpośredniego udziału w akcji. Powiedział, że nie, i koniec. Bo to nie jest robota dla dziewcząt.
Raczej: to nie jest robota dla amatorek, które nigdy nie miały broni w ręku. W 1943 chłopcy działali już w Grupach Szturmowych, oswoili się z dywersją… to znaczy, prawdziwi, bo ci opkowi to chyba nie wyszli poza etap rysowania kotwiczek i zrywania flag.


Ale one się z tym nie zgadzały.
Orsza! Ty szowinistyczna męska świnio!


Dziewczyny proszą Zośkę, by nauczył je strzelać. Trenują w jakimś lesie.
A tu z jednej strony hyc-hyc! partyzanci, bo ich zaalarmowano, że w lesie ktoś strzela, i to pewnie Niemcy - a z drugiej strony hyc-hyc! Niemcy, bo ich zaalarmowano, że w lesie ktoś strzela, i to pewnie partyzanci!
A z trzeciej strony leśniczy.


Nina załapała szybko. Zośka uznał, że to dlatego, że miała już niegdyś broń w dłoni. No bo w końcu nosiła ze sobą rewolwer od ojca, ale nigdy go nie używała. Przynajmniej nie tak na poważnie.
Przestrzeliła kiedyś kolano kuzynowi, ale to tylko tak dla jaj!


Elsie wszystko przychodziło trudnej. Trzęsły jej się dłonie, ale i ona po jakimś czasie zrozumiała, o co chodzi. Znalazła swój własny sposób.
Trochę skomplikowany, ale skuteczny.


This is the most impressive thing you're going to see all day
Posted by Viral Thread on 22 lutego 2015



Dobra, fajnie, nauczyły się obsługiwać broń i strzelać do celu - ale to jeszcze za mało, by wziąć udział w akcji, gdzie zabija się ludzi. Czy panny będą w stanie przełamać tę barierę psychiczną?


W środku nocy do Niny dzwoni płacząca Elsa, prosząc, żeby ta zabrała ją do siebie jak najszybciej. Nina dzwoni do Zośki.


– Zośka, proszę, pojedziesz po Elsę? – ton, jakim się do niego zwróciła, natychmiast zmienił jego nastawienie. – Przepraszam, że cię budzę, naprawdę, ale… ty masz mój samochód… przywieziesz ją do mnie?
–  Jak najszybciej tylko będę mógł, ale wiesz, że godzina policyjna trwa do 6 rano?
– Zośka, błagam. Powołaj się na mnie, na mojego ojca. Cokolwiek.
Tak, zostawiaj dalej ślady prowadzące do Dresnerów. Zresztą takie powołanie się paszczą na kogokolwiek niewiele by mu dało, potrzebował nocnej przepustki.
Będzie wmawiać, że karmi wszy, mrugając znacząco do Elsy.


Może wyjaśnię, o co tym razem chodzi z tymi wszami: w czasie okupacji profesor Rudolf Weigl produkował szczepionkę przeciw tyfusowi, używając do hodowli zarazków żywych wszy, karmionych ludzką krwią. Praca “karmiciela wszy” była świetną przykrywką dla konspiratorów, bo dawała dużo czasu na inne zajęcia - i, co ważniejsze, doskonałe, mocne papiery, chroniące przed łapankami i wywózką.
Co prawda, Instytut Weigla mieścił się we Lwowie, no ale na potrzeby opka można go przenieść do Warszawy, nie?
(długo się głowiłam, gdzie ja, do jasnej cholery, czytałam wspomnienia karmiciela wszy - i proszę państwa, to jest w necie, w necie jest wszystko! :D )


W tym czasie Janek, otoczony tylko przez ciemność i ciszę, zaczynał wątpić.
A ja szczerze wątpię w tę ciszę i ciemność na Pawiaku. O warunkach tam panujących można poczytać tu.
To tak samo jak z Harrym Potterem, który po crucio leżał i podziwiał parkiet.


Ludzie zapominają, odchodzą, układają sobie życie na nowo. Zostawiają cię w tym bałaganie zupełnie samego, szukającego drogi ucieczki. Błądzisz tak bezsensownie wierząc, że oni wciąż o tobie myślą, że nadal jesteś częścią ich życia. Aż któregoś dnia uświadamiasz sobie, że przecież nic nie trwa wiecznie. Gdyby pamiętali... Gdyby kochali, nigdy nie pozostawiliby cię samego w najgorszym momencie twojego życia.
Prawda?
Prawda, prawda, też daliby się złapać i przesłuchiwać.


Okazuje się, że Elsę próbował zgwałcić jej narzeczony - Paul. Dlaczego w opkach ZAWSZE musi znaleźć się próba gwałtu? Bez tego nie dostaną certyfikatu opkowości?
Opkowatości. Oczywiście.


Tego samego poranka Nina zadzwoniła do ojca i powiedziała mu o sprawie Elsy. Paul już nigdy jej nie tknął, to mogę wam was! zapewnić. Mogę wam także zdradzić, że jak na Niemca, który był idealnym przedstawicielem Aryjczyka – nie skończył najlepiej. Skończył jak Żyd, którym się brzydził.
Który Żyd?
Hm, nawet jeśli za próbę gwałtu na Niemce trafił do obozu, to i tak jako Niemiec i kryminalista miał tam o wiele lepiej niż dowolny Żyd. Niemieccy kryminaliści często zostawali funkcyjnymi, co dawało im zdecydowanie większe szanse przeżycia.
Poza tym - nie wiemy, jak odbyła się akcja zabierania Elsy z domu, ale jeśli Zośka skonfrontował się z Paulem… to ten dostał do ręki doskonały materiał do szantażu. Mógłby oskarżyć Elsę o kontakty z Polakami i cała sprawa natychmiast obróciłaby się przeciwko niej.
I znowu ta idiotyczna przemowa narratora do czytelników. Nie można było jakoś inaczej tego napisać? Ach przepraszam: to trzeba by umieć...


Po południu Nina dowiedziała się, że Orsza zwołał spotkanie, na które nie była zaproszona.
A dowiedziała się o tym, bo…? Który z orłów konspiry jej wypaplał?


Nie ucieszona tym faktem, wybyła z domu, prosząc Zosię i Eden, żeby zajęły się Elsą.
Chcieli mnie wysiudać! Ale ja się nie dam!


Biegnąc przez Warszawę, Nina próbowała w głowie ułożyć sobie plan wypowiedzi. Naprawdę próbowała, ale skończyło się na tym, że gdy tylko wpadła do mieszkania Broniewskiego, nie potrafiła wydusić słowa. Nie, nie była wściekła.




Zraniło ją to, że jej nie ufali. Bolało ją to, że to przez nią Janek mógł wylądować na Szucha – tak, jak powiedział jej Zośka. Stanęła więc na środku korytarza, a na jej widok wszyscy lekko podnieśli się na swoich miejscach.
Gotowi do ucieczki.


– Dwa dni – zaczęła, choć głos jej się łamał. Orsza splótł ręce na piersi, obserwując ją uważnie, a ona zacisnęła pięści tak, że posiniały jej knykcie, a paznokcie wbite w skórę prawie upuściły krwi. – Dwa dni już im pozwalacie go tam trzymać.
- A wiesz, mamy z tego perwersyjną frajdę.


– Twoi pobratymcy, musisz być dumna – machnął ręką Stanisław, a Nina zmarszczyła groźnie czoło. Zośka wstał, czując, że to się wcale dobrze nie skończy. – Wyjdź, Dresner. To jest rozkaz. Wracaj do domu, nie jesteś tu potrzebna.
– Moim dowódcą jest Zośka, a nie ty, pragnę przypomnieć – Nina nie dawała za wygraną.
A dowódcą Zośki jest Orsza, Ninko - kretynko.
Przecież to nie wojsko ze swoją strukturą, tylko cywilbanda gdzie każdy robi co chce, a jak nie chce, to nie robi.
I pyskuje.


Orsza zerknął na Tadeusza, ale wzrok Zawadzkiego mówił jasno, że dziewczyny z kwitkiem nie odeśle.
- No i co Orsza, ty patałachu - podskoczysz nam, co nie?


– Są pewne zasady, których musimy…
– Zasady są po to, żeby je łamać! – przerwała Orszy Ninka rozżalonym krzykiem.
Aaaaargh, weźcie ją stąd zabierzcie!
Ałtorko, powiem szczerze - gratulacje. Stworzyłaś postać doskonałej kretynki, która do końca nie ogarnia powagi sytuacji. Wyobraź sobie, że kierownictwo AK nie dlatego nie dawało zgody na akcję, bo to źli ludzie byli - tylko dlatego, że ratowanie jednego człowieka mogło się zakończyć śmiercią wielu. Albo dekonspiracją całej organizacji (i śmiercią bardzo, bardzo wielu). Ryzyko było ogromne.


– Nina, powoli, nie tak ostro – Zośka podszedł do dziewczyny i delikatnie złapał ją za ramiona, kiedy próbowała cofnąć się o kilka kroków. – Pamiętasz, co ci mówiłem? W służbie najważniejszy jest spokój i…
Przytoczę fragment przysięgi Szarych Szeregów: „Ślubuję na Twoje ręce pełnić służbę w Szarych Szeregach, tajemnic organizacyjnych dochować, do rozkazów służbowych się stosować, nie cofnąć się przed ofiarą życia”.


– Nie denerwuj mnie – warknęła Nina, wyrywając się z uścisku chłopaka. – Chociaż ty mnie nie denerwuj.
To przekroczyło granicę. Wiedziała, że sama ją przekroczyła – wiedziała, że to był jej błąd, ale liczyła na to, że przynajmniej on zrozumie jej złość. Zośka westchnął ciężko i powiedział:
– Wyjdź, to jest rozkaz. Uspokój się. Jak się opanujesz, możesz wrócić.
Na karnego jeżyka!


Nie powiedziała już ani słowa. Zniknęła wraz z głośnym trzaśnięciem drzwiami. Reszta odetchnęła z ulgą, że jednak odpuściła, bo mogło się to wszystko skończyć gorzej.
Dałaby Orszy w twarz? Czy wsadziła mu kosz na głowę?


– Jeszcze mi tu tylko Niemki brakowało – Orsza zacmokał, kręcąc głową z politowaniem. – Niemki z syndromem przywódcy. Nieźle ją odchowałeś, Zośka, dumny z siebie jesteś?
Orsza ma przebłyski zdroworozsądkowego myślenia, tyle że o wiele za późno.


– Wczoraj w nocy narzeczony Elsy… – Zośka próbował jakoś przemówić dowódcy do rozumu, wzbudzić w nim coś na kształt litości. – Boże, Orsza, gdybyś ty ją widział.
I wtem Orsza usiadł i zapłakał nad losem gestapówki. Potem nad losem swoim i całego oddziału.
Dobra, żarty na bok, ale dlaczego dowódca przygotowujący zbrojną akcję, ma nagle rozczulać się nad córką zbrodniarza?
Bo to jest Ta Dobra Niemka.


Też nie rozumiem, ossocho w tej scenie. Skoro Orsza wcześniej zgodził się na udział ich wszystkich w konspiracji, skoro chodziły na akcje z Szarymi Szeregami - to znaczy, że uznał je za “swoje”, a ich niemieckie pochodzenie jakoś mu nie przeszkadzało. Skąd nagle te wątpliwości? Czyżby podejrzewał, że panny miały coś wspólnego z aresztowaniem Rudego? Ale w takim razie wszyscy powinni w tej chwili zniknąć z powierzchni ziemi, opuścić znane im lokale, zabrać wszystkie kompromitujące materiały itd. Nawiasem mówiąc, Kamiński pisze, że po aresztowaniu Rudego cały dzień trwało gorączkowe oczyszczanie lokali, które znał, przenoszenie magazynu broni i inne działania, by ograniczyć ewentualną wsypę.


– Poradzi sobie.
To było już dla Tadeusza zbyt wiele. Ta Niemka – i tu chodziło mu o Ninę – pomagała mu we wszystkim. Robiła to, co się jej powiedziało.
Albo nie...


Bezużyteczna, jak to Orsza przed chwilą określił, ryzykowała własnym życiem, żeby zdobyć dla nich broń i amunicję, bez której przecież nie mieliby żadnych szans na odbicie Rudego. Była na Szucha kilka razy – nie Orsza, nie któryś z chłopaków – ONA.
Aaaaargh! Dajcie mi stena! Albo filipinkę!
*podaje od razu PIAT-a*


Dlatego właśnie, kiedy Orsza – nie dosłownie, ale jednak – uznał pannę Dresner za bezużyteczną, Zośce puściły nerwy. Ona pomagała im z własnej woli; z własnego, dobrego, odważnego serca. Niekt jej o to nie prosił. Nikt jej do tego nie zmuszał.
– Nie wszyscy Niemcy są tacy sami – mruknął w końcu
Jedni są głupi, a drudzy sprytni, o tym już było. Założę się, że bywają też grubi i chudzi.


i pomimo krzyków Orszy, opuścił pomieszczenie, ale Niny już nigdzie nie było.
Wziął sobie i wyszedł, a Orsza mógł mu naskoczyć!

Rozdział 7: "Pro publico bono, dla dobra ogółu."

Zośka przybiega do domu Niny i oznajmia jej matce (Reginie), że musi się natychmiast z nią widzieć. Nina u siebie w pokoju rzewnie szlocha.


– Zobacz, Tadeusz, dokąd doprowadził nas ten świat – wyszeptała, pociągając rzewnie nosem.
Mądre słowa. Bolesne słowa. Ale jakże adekwatne do sytuacji.
Tak jak ten świetnie pasujący do całości przysłówek w “pociągając rzewnie nosem” :D


– Zośka, przepraszam, ja nie powinnam – zaczęła znowu, już nie silna, jak wtedy, przed Orszą. Była załamana. Złamali ją. Świat ją zniszczył. Złamali Ninę Dresner. Złamali jej ducha.
Bo jedna (słownie: jedna) osoba była przeciw niej. Aha.


Dopiero, kiedy Tadeusz podszedł bliżej, zauważył jej rewolwer, który leżał na podłodze obok niej. Ale widząc zmartwienie na twarzy Zośki, wzruszyła lekko ramionami.
Grała w rosyjską ruletkę? Do tego nadaje się tylko rewolwer.


– Ach, to – wskazała głową na broń. – Ta… rozważałam to na początku, wiesz? I tak nikt nie zauważyłby, że zniknęłam. Nikt by się nie przejął.
Nikt mnie nie kocha, każdy olewa, wezmę rewolwer i pójdę do nieba!


– Zośka miał ochotę protestować, przekonywać ją, że wcale tak nie jest. Że istnieje kilka osób, dla których jest niesamowicie ważna. Eden, jej ojciec, Regina, Zosia, Elsa. On sam. Dla niego Nina była ważna. – Nie jestem tu potrzebna, nie chcę tu być, nie chcę być tego częścią, nie chcę…
I pomyśleć, tak niewiele brakowało żeby się zabiła...


Zaczęła szlochać, rozhisteryzowana, i zakryła twarz dłońmi. Teraz wcale nie przypominała już Zośce tej dziewczyny, która razem z nim i chłopakami wysadzała tory, malowała kotwiczki czy przynosiła broń.
Ach, więc jeszcze i tory wysadzała?
Co się miała ograniczać do małego sabotażu. Ona sypała piach w tryby machiny III Rzeszy.
Zaraz się dowiemy, że załatwiała “tygrysy”, lejąc im gorącą czekoladę do baku.


Oh, nie. Teraz Nina Dresner była jak bezbronna, załamana dziewczynka, która rozpaczała na podłodze w kącie swojego pokoju. Sama. Bo nikt o nią nie dbał.
I nic to, że Rudego katują na Szucha, biją, przypalają, kopią, miażdżą palce, rozdeptują jądra, złamali na jego głowie gruby, dębowy kij. Jaaaaa maaaaaam gooooorzej!!!


Nina dość długo użala się nad sobą, przy czym patetycznie bredzi, w końcu wypala Zośce:


– Ale wiesz ty, co? Prędzej i mocniej zabija was odwaga, niż tchórzostwo.


Zośka nie mógł się potem przez długi czas pogodzić z tym, jak ogromną rację miała wtedy Nina. Och, gdyby tylko wiedziała, że akcja "Meksyk" przypieczętuje los tak wielu istnień – powstrzymałaby to.
Och, a czego niby się spodziewała? Że zbrojna akcja odbijania więźniów będzie tak prosta, jak wypicie filiżanki czekolady w Wedlu?
Bo do tej pory wszystko było tak dla jaj. Worki broni, konspira u Wedla, odwracanie uwagi żandarmów podskakiwaniem na ulicy.


Bo Janek by zrozumiał.
Pro publico bono.
Dla dobra ogółu.
Znaczy: dowództwo wydaje zgodę, wszyscy są już przygotowani, aż tu wtem! Nina rzuca się przed nimi na ziemię jak Rejtan, wrzeszcząc: zmieniłam zdanie! Odwołać akcję!
Gdyby wiedziała, że na wojnie giną ludzie, to nakrzyczałaby na wujcia Adiego i by się powstrzymał.


Chciałabym powiedzieć, że wszyscy chłopcy, których tutaj wymieniłam, przeżyli wojnę i razem z ukochanymi wiedli długie, szczęśliwe życie.
Jakaż to szkoda, że napisać tego nie mogę. O ile nie chcę kłamać. A nie lubię kłamać.
Ignorancja to przecież nie kłamstwo, prawda?


Ale cudownymi osobami byli ci chłopcy. Wiedzieli, że to, co nieuniknione, nadejdzie, że to stać się musi, zawsze znajdzie sposób, by zaistnieć. A kiedy ten moment nadchodził, nie wahali się, nie tracili okazji, nie pozwalali umknąć ani jednej cudownej chwili. Potrafili uszanować doniosłość każdej sekundy.
Szkoda, że nikt już więcej nie zobaczył, jak Janek Bytnar szanował doniosłość każdej sekundy, ach, szkoda.
Ja tam bym chętnie zobaczyła, jak się szanuje doniosłość każdej sekundy.


Informacja warta zapamiętania: ludzie są i odchodzą.
Co to jest, zapiski komandora Daty w zetknięciu z obcą cywilizacją?


Tak właśnie myślał Janek. Tak myślał, kiedy ból przyćmił strach, a ciemność uśmierzyła cierpienie. Ludzie czasami spędzają z nami całe życie, momentami odchodzą wraz z powiewem wiatru. Jedyne, co po nich zostaje, to wspomnienia. Tak silne i trwałe, że nic nie pomoże ci w pozbyciu się ich z twojego umysłu. Każda najmniejsza chwila, zwykły uśmiech, pocałunek, szczęście. Wszystko to masz na wyciągnięcie ręki.
Tak, tak, tak. Romantycznie sobie wyobrażamy, że skatowany niemal na śmierć człowiek ma jeszcze siłę wymyślać takie coelhizmy.


A przynajmniej tak ci się wydaje. Takie masz wrażenie, przynajmniej przez kilka sekund, nim z tego cudownego snu nie obudzi cię okrutna rzeczywistość, która nie ma litości.
Biedny Janek.
Stracił wiarę w przyjaciół.
Okrutna rzeczywistość była taka, że Janek nie miał prawa spodziewać się, że ktoś spróbuje go odbić. Może na początku liczył na jakieś zabiegi mające na celu uwolnienie go np. za łapówkę, ale po pierwszym dniu katowania musiał sobie zdawać sprawę, że raczej tego nie dożyje.
W najlepszym wypadku mógł liczyć na to, że ktoś podeśle mu ampułkę cyjanku.
Było to niewiarygodnie trudne i niebezpieczne zadanie - przemycić śmiertelną truciznę dla przesłuchiwanego przez Gestapo.


Kiedy drzwi za Tadeuszem zatrzasnęły się z hukiem, jedyną osobą, która się odezwała, była Regina Dresner, która trzymając w dłoni ścierkę, wpatrywała się w córkę z niedowierzaniem.
– Nina, was machst du? – Pytanie było proste. Co ty dziewczyno wyrabiasz. – Morgen? Co jutro? Co się jutro stanie? Nina, sagen Sie die Wahrheit.
Nina, mówże prawdę.
Nie. “Nina, niech pani powie prawdę”. Ni z gruchy, ni z pietruchy matka zwraca się do córki per “pani”, chociaż zdanie wcześniej mówiła jej na “ty”.


Nina zerknęła na swoje przyjaciółki i siostrę, które stały na schodach i przypatrywały się scenie. Machnęła lekko głową i wszystkie sobie poszły, rozumiejąc, że nie mają się w to wtrącać. Wszystkie, prócz Elsy. Ona stanęła obok przyjaciółki i pustymi oczami wpatrywała się w matkę Niny.
– Jutro odbiją naszego przyjaciela – powiedziała Elsa.
- O, to dobrze! Już dzwonię do męża! Elsien - powiedz, gdzie go odbiją? Na Długiej?


– W co żeście się wpakowały, dziewczyny!
– Mammi. Ja wiem, że to Polacy – zaczęła Nina, wycierając z policzków łzy. – Ale to dobrzy ludzie. Młodzi ludzie. Niewinni. Oni… oni tylko chcieli wolności, mammi. I ja ich rozumiem.
– A ten tutaj to kto był?
– Nasz dowódca, mammi.
Dekonspiracja idzie pełną parą. Dziękujemy!


– Dowódca? Dla ciebie to chyba ktoś więcej.
Oczywiście to jest najważniejsze, gdy matka dowiaduje się, że córka przeszła na stronę wroga i od jakiegoś czasu naraża całą rodzinę na rozstrzelanie lub Oświęcim.


– Może.
– I co, wyjdziesz za Polaka?
Yes, please. Maybe.
Tak, proszę. Może.
Ale że co? Dlaczego “proszę” i dlaczego po angielsku?...


Regina kiedyś zapewne tak właśnie by uczyniła – spoliczkowałaby Ninkę. Ale nie tym razem. W końcu i do niej dotarło to, co Niemcy robili ludziom.


Nasłuchała się u Gridy Steinmann, matki Elsy, o tym, jak to jej mąż dumnie wykonuje pracę w Oświęcimiu.
Kiedy go przenieśli? Na początku tego opka pracował na Szucha. I dlaczego, skoro załogę obozu stanowiło SS, nie Gestapo?
Ponieważ wcześniej namąciłem, że Gestapo to też (między innymi) SS - teraz podkreślam, że obozami zajmowały się w ramach SS zupełnie odrębne jednostki organizacyjne.
I cóż jej takiego Grida opowiadała?


Jakaż to była praca, o Jezu, Bóg raczył wiedzieć, czy mu jego czyny kiedykolwiek wybaczone zostaną…
A tu niespodzianka - Herr Steinmann wciąż awansował, sam Himmler rękę mu podał i obiecał, że Tysiącletnia Rzesza godnie wynagrodzi swoich najwierniejszych synów. To jest przecież rok 1943 i tylko najgorsi defetyści wietrzą przegraną. A rozliczania tego, co robili naziści ku chwale Rzeszy, to już nikt nie brał pod uwagę.


Grida Steinmann była dumna. Gardziła tymi, którzy nosili żółte gwiazdy. Nazywała ich robakami. A Regina się nie odzywała, bo nie chciała kłopotów. Ale serce jej pękało, kiedy słuchała o tym, co się działo w obozach. Słuchała o piecach. Słuchała o laboratoriach. Słuchała. I słuchała, i słuchała, i słuchała…
A potem już nie miała czego słuchać, bo Herr Steinmanna rozstrzelano za zdradzanie tajemnic państwowych.


– Boże, dziewczynki… czego wam potrzeba?
W jeden dzień dom rodziny Dresner zamienił się w punkt sanitarny.
Frau Regina udostępniła swój dom grupie Polaków z ruchu oporu.


Gruber-allo-allo-bbc-sitcom-8985743-1537-1053.jpg
[http://images2.fanpop.com/image/photos/8900000/Gruber-allo-allo-bbc-sitcom-8985743-1537-1053.jpg]


A Regina Dresner była naprawdę dobrym lekarzem.
O, tak. Zaraz zobaczymy.


Gwizdek Orszy obwieścił koniec akcji.
Była wielka bitwa i Voldemort zginął.


Dwa strzały. Padły dwa strzały, a jeden dopadł celu. Filigranowa blondynka osunęła się na ziemię, plamiąc ścianę Arsenału czerwoną cieczą.
Tylko dwa strzały? Chłopaki z sekcji “STEN 1”, “STEN 2”, “GRANATY” I “BUTELKI” rozglądali się dokoła z głupimi minami: Po cholerę żeście nas tu ściągali, skoro nie byliśmy potrzebni?


Ale uśmiechnęła się. Uśmiechnęła się widząc, jak chłopak na noszach, skatowany i ubrudzony krwią, zostaje umieszczony w samochodzie – ICH samochodzie – i odwieziony ku bezpieczeństwu.
– Rudy. Janek, mój kochany Janek.
- Będzie teraz bezpieczny w domu moich rodziców nazistów.
Najciemniej pod latarnią.


Zaśmiała się z własnej głupoty. Myślała, że strzelanina się skończyła, bo wszystko tak ucichło. Ale padło jeszcze kilka strzałów, w tym jeden, który rykoszetem trafił w jej prawy bok. Upadła na kolana, trzymając się za brzuch.
– Rudy.
Gdyby chociaż raz posłuchała Niny…
Gdybyś, kretynko, posłuchała dowódcy. Przecież zabronił wam brać udział w akcji!


Zośka wstrzymał oddech na widok młodszej siostry Dresner. Plan uległ z lekka zmianie. Alek i Rudy odjechali, on został z chłopakami. Ale Eden. Eden, o Boże, Eden…
Moje przemyślenia o Eden Dresner: powinna mieć szansę jeszcze raz zobaczyć ukochanego. - powiedział Narrator, Który Wie Lepiej.
Fakt o Eden Dresner: nie umarła od razu.
Mojego pradziadka zabito w I Wojnie Światowej za spojlerowanie.


Zośka podbiegł od niej i ukląkł, przerażony.
– Boże, Eden, co ty tu robisz? – pytał, kiedy oglądał jej ranę.
Dookoła nich zebrał się wianuszek ciekawskich.
  
Ale jej już było wszystko jedno. Uśmiechała się błogo, bo jej Janek był bezpieczny.
Rozkwitały pąki białych róż.
– Eden! Czy Nina wie, że tu jesteś? – Zośka dalej zadawał swoje pytania. Podbiegł do niego Orsza, zainteresowany, dlaczego jego człowiek klęczy przy jakiejś blondynce. Kiedy jednak ją rozpoznał, poczuł się odrobinę winny temu wszystkiemu.
To wszystko twoja wina, Orsza, powinieneś był przewidzieć, że na hasło “nie idź tam” takie jak ona lecą dokładnie tam, gdzie im zakazano!


– Jezu Chryste, Dresner, co ty tu do cholery jasnej–
– Rudy – przerwała Orszy Ruda. – Musiałam zobaczyć Rudego.
– Zabierz ją do szpitala, natychmiast!
Zośka wziął dziewczynę na ręce i wsiedli do bryczki.
Bo to wcale nie było tak, że mieli dokładnie opracowane, ile i jakich środków transportu będzie obstawiać akcję, a każdy miał przydzielone zadania. Zawsze można przecież zmienić plany, co nie?


Wszystko potoczyło się dość szybko. Orsza powiedział mu, na kogo ma się powołać i co powiedzieć. Chwilę później zmierzali już w kierunku Szpitala Wolskiego.
Żekurwaco. Jaki szpital, na litość boską, przecież po takiej akcji pierwsze miejsca, jakie będą przeszukiwać Niemcy, to szpitale!
Niech ją od razu zawiozą do szpitala na Biskupińskiej, tam jest dla niej właściwe miejsce.


Eden przez całą drogę się uśmiechała. Powiedziała bardzo mądre słowa, które sobie wziął do serca: powiedziała mu, że życie idzie dalej. Mówił jej, żeby nie spisywała samej siebie na straty, bo jest silna i na pewno z tego wyjdzie. Ale widział też, że traciła strasznie dużo krwi.
Dla tych, którzy nie wiedzą: z ranami brzucha trzeba postępować ostrożnie. A już na pewno nie można się wtedy bardzo ruszać.
O, to chyba informacja ściągnięta prosto z książki Kamińskiego, dobrze pamiętam, że tam była.
Tak, Kamiński opisuje, jak to Alek, prowadzony przez kolegów, szedł na własnych nogach do mieszkania. W porównaniu z nim Eden, którą Zośka od razu wziął na ręce i niósł, miała jednak większe szanse. No ale z Imperatywem nie wygrasz.


Wróć Jasieńku z tej wojenki wróć.


Rozdział 8: "Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami..."

A teraz żyjcie, cierpcie, płaczcie sobie sami.


– Dajcie go do pokoju na górze! – wrzasnęła pewnie Regina Dresner, otwierając szerzej drzwi, aby wpuścić do domu bandę chłopców. – A wszyscy inni do salonu! I ma być cicho!
   Jeśli ona wywrzeszczała te komendy po niemiecku (wszak była Niemką), to żal mi Rudego.
No, sama ałtorka tylko przypuszcza, że wrzasnęła. Pewnie wrzasnęła, ale może i nie wrzasnęła...


Na dole Elsa odciągnęła Alka od reszty grupy i razem z Zosią zaczęły go o wszystko wypytywać.
– Gdzie Zośka? Gdzie Orsza? – chciała wiedzieć Elsa.
– Jacyś ranni? Ktoś zginął? – zamartwiała się Zosia. Alek westchnął ciężko, głaszcząc ją po głowie. Patrzył jednak na Elsę, aby ona nie poczuła się odrzucona. Była jego przyjaciółką, a kiedy usłyszał, co jej zrobili, miał ochotę wziąć karabin i zastrzelić kilku Niemców.
Bo do tej pory nic nie było w stanie naruszyć jego zen - ani łapanki, ani publiczne egzekucje, ani katowanie więźniów na Pawiaku, ani aresztowania jego bliskich i przyjaciół - ale KTOŚ ŚMIAŁ TKNĄĆ ELSĘ! O, nie! Krrrrrwiiii!!!


– Co z nim? – dopytywał się, zmartwiony o los przyjaciela. Nina westchnęła cicho, przeczesując niesforne, krótkie loki palcami.
– Mammi mówi, że powinno mu się polepszyć. Musi się najeść i dużo pić, [normalnie, jak to przy perforacji jelit, odbitych nerkach i wątrobie oraz zmiażdżeniu kilku innych narządów] z ranami na zewnątrz sobie poradzi.
Regina Dresner była świetną lekarką. Choroby eliminowała w stu procentach. Najczęściej razem z pacjentami.


Te wewnętrzne… będzie musiał przeboleć.
Poboli, poboli i przestanie. A wtedy zapalimy świeczkę.


Poleży. I to długo. Ale mammi jest dobrej myśli, i…


Tymczasem Eden umiera w szpitalu, jest przy niej Zośka.


– Umieram, prawda? – wychrypiała cicho, tak, że ledwo ją usłyszał. Przysunął sobie krzesło i usiadł obok niej, kiwając ze smutkiem głową. Poczuł, że zbiera mu się na płacz. Zawiódł. Zawiódł wszystkich.
Przede wszystkim zawiódł Rudego, bo powinien teraz być z nim. A zresztą… kto by się przejmował Rudym. Przecież nie o nim jest to opko.
No weś, przeca przy nim jest Nina, starczy za dziesięciu takich Zośków.


Ją, Ninę, samego siebie. Jak miał sobie z tym poradzić? Eden zaśmiała się gorzko. – Boże, jakaż ja byłam głupia!
– Nie byłaś – zaprzeczył natychmiast Zośka. – Też bym tak zrobił na twoim miejscu. Nina też by tak zrobiła.
Tak, oczywiście, gdyby dowódca dał ci wyraźny rozkaz, że masz nie brać udziału w akcji, ty byś go złamał i polazł jak kretyn na jej miejsce, i dał się zabić. Tak.


Na korytarzu dało się usłyszeć podniesione głosy, a już po chwili do sali wtargnął Orsza z pielęgniarką, która wcześniej poinformowała Zośkę o słabym stanie Eden.
Zwołajcie jeszcze na miejsce resztę orłów konspiry, żeby gestapo nie musiało szukać ich po całym mieście.


– Jezus Maryja, Dresner, nie waż mi się umierać – Orsza pogroził dziewczynie palcem. Co prawda nie był do niej do końca przekonany, ale była tylko dzieciakiem. Dziewczyną, która nie zasłużyła na taką śmierć. – Słyszysz?
A jak przeżyjesz, to dostaniesz kopa w dupę i zakaz powrotu do konspiracji, bo takiej niesubordynacji nie mogę tolerować.


Przed śmiercią Eden prosi o papier i pisze długi list do siostry.


Smutno mi powiedzieć, iż Eden Dresner odeszła o godzinie czwartej trzydzieści, dnia 27 marca 1943 roku. Była to ta sama godzina, o której aresztowano jej ukochanego Rudego. Czy muszę mówić, że nienawidzę poczucia humoru, jakim cechuje się los? To poczucie humoru jest okropne. Jego wyczucie czasu też nie należy do najlepszych.
Dziękujemy ci za twe refleksje, Narratorze Zrzędzący.


"Ludzi cierpiących po stracie kogoś bliskiego w żaden sposób nie można pocieszyć. Oni po prostu muszą to przecierpieć.", pisał potem w swoim dzienniku Alek.
Potem, czyli kiedy? Po śmierci?
Heh, aŁtorka darowała Alkowi życie, bo przecież stokroć romantyczniej będzie, kiedy w akcji zginie ukochana Rudego, c’nie?
Tu wspomnijmy, że opko miało kontynuację, w której Alek i Zośka wraz z ocalałymi dziewczynami walczyli w Powstaniu. Niestety (albo stety), nie zostało dokończone, więc nie wiemy, czy bohaterowie czasem przy okazji nie zabili Hitlera w jakimś kinie.


Być może miał rację. Być może nie.
Do domu rodziny Dresner wszedł Zośka, trzymając w dłoni kopertę z listem od Eden. Dźwigał ciężar śmierci zbyt wielu jak na ten wiek osób. Szkoda mi go, bo naprawdę zasłużył na więcej. - powiedział Narrator Współczujący.
Więcej ciężaru?
Na ten cały produkt ruchooporopodobny należałoby spuścić jakiś ciężar. Najlepiej 15-tonowy.


Zośka przekazuje informację o śmierci Eden, Nina idzie płakać do jej pokoju.


Eden była w tym pokoju. Była razem z siostrą i wydawać by się mogło, że w kółko powtarzała: "życie idzie dalej, Ninka". Ale dla Niny nic już nie było w porządku. Nic już nie było takie samo. Wszystko było nie tak, jak powinno być. Eden była z nią w tym pokoju, powtórzę raz jeszcze.
W tym pokoju była, gdybyście nie zapamiętali.


Eden była w Polskich flagach, które wystawały z szafek. Była też i w tych Niemieckich, zdobycznych flagach z jej ukochanym Rudym.
Niemieckie flagi były ze swastyką, a nie z Rudym.
Taki ciąg skojarzeniowy: swastyka -> ogień -> Rudy.
Dżizas, one to wszystko trzymały tak na wierzchu…?!
Czemu się dziwisz?


Rudy umiera. Przed śmiercią słucha jeszcze recytacji “Testamentu mojego” Słowackiego. Oczywiście, recytuje Nina. Oczywiście, z pamięci. Nieźle ją przeszkolili… a może uczestniczyła w wakacyjnym kursie dla cudzoziemców?


Ostatnie myśli Jana Bytnara: rodzice. Ojciec. Mama. Duśka. Zośka. Chłopaki. Alek. Buzdygan, oni wszyscy… Nina, Elsa… Zosia… Eden. Eden.
Odszedł tego samego wieczoru.
Do Edenu.


Dam ci za to róży kwiat.


Rozdział 9: "Dziękuję ci za wspomnienia."

Warszawa nocą była niezwykłym widokiem. Ale nie w marcu.
I raczej nie przy obowiązującym zaciemnieniu.


Kiedy na dworze w nocy jest cholernie zimno.
I na ogół mokro. Albo wręcz śnieg leży.


Ale Ninie to chyba nie przeszkadzało, bo siedziała na dachu domu wpatrując się w gwiazdy. Otuliła się kocem i co chwilę ocierała łzy, załamana.
I popijała kakao z kubka.


Życie dało jej w kość. Trudno jej było uwierzyć, że jeszcze jakieś kilka tygodni temu wszyscy razem doskonale bawili się zawieszając Polskie flagi. Albo dość niedawno, na zabawie Alka… albo w parku… to wszystko wydawało się teraz Ninie takie odległe i nieosiągalne.
No właśnie, to wszystko wygląda, jak wesoła zabawa… i nagle wtem! nie wiadomo czemu, nie wiadomo jak, ktoś aresztuje Rudego… Dlaczego go torturują, czego od niego chcą? Nie sposób wywnioskować tego z opka. Takie fanfikowe pójście na skróty, bo przecież każdy zna tę historię.


Można odurzyć się pierwszym pocałunkiem. Można przeżyć na samej słodkiej herbacie i bożych łaskach. Można kochać jak grzesznik, przegrywać jak zwycięzca. Nic nie jest odporne na stłuczenie...
Dupa jest! Przecież mówi się “dupa nie szklanka”!


Można upaść na samo dno, a potem powrócić jako ktoś nowy. Tego wszystkiego nauczyła się od ludzi, których poznała w tym kraju.
Ktoś usiadł na dachu obok niej, więc podzieliła się z nim kocem. Kto to był?
Oczywiście Elsa.
Któżby inny.
– Co zrobimy teraz? – zapytała cicho. Nina westchnęła ciężko. Sama nie wiedziała. Niby miała rodzinę w Wielkiej Brytanii; mogłaby się tam udać,
Jasne, najlepiej samolotem, tak jak poleciał wujcio Rudi Hess.
...i zostać natychmiast internowana jako obywatelka wrogiego państwa.
No i tu mamy jakiś trop, pozwalający wyjaśnić, skąd u Niny takie nietypowe poglądy - jeśli kontaktowała się ze swymi angielskimi krewnymi, mogła zyskać inną perspektywę. Ale! Ojciec Niny był esesmanem; czy pozwolono by mu utrzymywać kontakty z brytyjską rodziną? Czy sam pozwoliłby na to córce, widząc, jaki wpływ mają na nią krewni? No i przede wszystkim - czy nie byłby pod pilną obserwacją jako potencjalny szpieg?
Może to krewni w Anglii byli szpiegami i kontaktował się z nimi w ramach obowiązków zawodowych. Powinien co prawda być gdzieś bliżej, w Holandii czy Belgii, ale przełożeni zorientowali się, że wykorzystuje kanały służbowe do korespondencji prywatnej, więc zdjęli go z tego stanowiska i przenieśli do GG.


ale… miałaby zostawić tutaj wszystkich? Nie.


Eden pochowano “w tajemnicy przed władzami” tego samego dnia, co Rudego i obok jego grobu (a z jej mogiły wyrósł krzak głogu, który… a nie, przepraszam, nie ta bajka). Przejdźmy do jej pożegnalnego listu.


I mamy oto najdłuższe “ostatnie słowo” osoby umierającej.
Raczej ostatni słowotok.


Moja kochana, najcudowniejsza siostrzyczko!
Przepraszam. Nawet nie wiesz, jak mi teraz głupio, jak okropnie się czuję. Boże, jak mi wstyd. Nigdy cię nie słuchałam, a jak już powinnam – to zignorowałam. Głupia, naiwna ja. Wybaczysz mi kiedykolwiek to, że cię zostawiam? Mam taką nadzieję. Nie wiń Zośki, chłopak i tak już ma tyle na sumieniu. On nie miał z tym nic wspólnego, on próbował pomóc, naprawdę, Orsza też. Szkoda, że ich nie widziałaś, jak mnie zobaczyli! Ich miny…
No, mina Orszy musiała wyrażać niezły wkurw.


Chciałam ci tylko powiedzieć, jak bardzo cię kocham. Nigdy ci tego nie powiedziałam. Nigdy. I tak mi szkoda. Boże, tak mi przykro… chciałabym cię jeszcze raz przytulić, żebyś mnie skarciła za wszelkie moje zachowanie, ale nie chcę, żebyś mnie widziała w takim stanie. Chcę, żebyś zapamiętała tą inną mnie. Tą mnie, która bawiła się z tobą na małym podwórku naszego domu w Berlinie. Tą, która nie wie, że pisze i mówi się “tę”. Pomyśl czasami o mnie, dobrze? Nie zapomnij. Nie pozwól, żeby o mnie zapomnieli. Chcę, żeby ludzie pamiętali.
Pomniczek jakiś? Tyci-tyci? Najlepiej gdzieś koło Wedla!


Lepszy żywy obywatel niż martwy bohater.


Życiem możesz dużo więcej dać niż tym, że zginiesz. Nawet jak będą o tobie pamiętać, warto sobie zadać pytanie: i co z tego? Ale ja, jako ta głupia, i tak cię o to błagam – pamiętaj o mnie. Przynajmniej ty.
Powiedz Elsie, że zawsze była dla mnie jak druga siostra, i Zosia też. Ucałuj je ode mnie na pożegnanie i przekaż, jak bardzo będzie mi ich brakowało. Ale ciebie mi będzie brakowało najbardziej… ciebie i Janka.
Rozstanie boli tak bardzo dlatego, że nasze dusze stanowią jedno. Może zawsze tak było i może na zawsze tak pozostanie. Może przed tym wcieleniem żyliśmy po tysiąc razy i w każdym życiu siebie odnajdowaliśmy. I może za każdym razem z tego samego powodu nas rozdzielano. Co oznaczałoby, że dzisiejsze pożegnanie równa się pożegnaniu sprzed dziesięciu tysięcy lat i stanowi preludium przyszłego pożegnania. Smutne. Mam nadzieję, że się mylę. Mam nadzieję, że kiedy go już ponownie spotkam, to go rozpoznam, i nie pozwolę losowi ponownie nas rozdzielić.
Nicholas Sparks, Pamiętnik


A ty! Ty… daj sobie szansę na szczęście, którego się tak boisz. Zbyt łatwo się poddajesz, Nina. Mówisz: "boję się jego reakcji", ale to nie tego tak naprawdę się obawiasz. Boisz się tego, że cię zostawi. Nina, tacy już są ludzie! Odchodzą! Ale przychodzą nowi! Sama mi to zawsze mówiłaś!
Nie ten, to będzie inny!


Miałaś rację. Polska to piękna rzecz. Dała nam tyle! Co z tego, że tyle samo odebrała!
A ta uparcie trwa na stanowisku, że to Polacy aresztowali Rudego...


Cóż ona nam dała! Dała nam wolność, przynajmniej w pewnym sensie. Dała nam miłość, przyjaźń, życie. Bo widzisz, miałaś rację, całkowitą rację: rzecz nie polega na tym, aby przetrwać. Chodzi o to, żeby żyć. Żyć pełnią życia, czerpać z niego garściami.
Powiedziałaś to już? Kocham cię. Nie chcę żyć bez ciebie. Zmieniłeś moje życie. Ja to powiedziałam, i nie żałuję. Szkoda tylko, że nie będę w stanie mu tego powtórzyć. Ale Nina, rozejrzyj się. Bo to jest właśnie to. To wszystko… może zniknąć jutro.
Zajmij się moim kochanym Jankiem, dobrze? On potrzebuje kogoś takiego, jak wy. Ty, Elsa i Zosia. Zaopiekujcie się nim. Nie musicie mu mówić, że go bardzo kocham… on to wie. Tak samo, jak ja to wiem. Będę za wami wszystkimi tak bardzo tęsknić!
A jak już nie będziesz mogła znieść samotności, to wspominaj. Pamiętasz, jak śpiewałaś tą swoją ukochaną piosenkę? Dla wszystkich nastoletnich bohaterów wojennych, którzy nigdy nie mieli szansy ukończyć swojego ostatniego tańca… tak mi potem powiedziałaś.
Nie mówcie tylko, że chodzi o “Może kiedyś innym razem”, bo ostatnia rzecz, z jaką się kojarzy, to młodzi bohaterowie.


Miałaś rację. Zawsze miałaś rację, a ja głupia nigdy cię nie słuchałam.
No i mammi i papa. Ich też nigdy co prawda nie słuchałam. Byłam młoda i głupia, i zbyt późno zaczęłam dostrzegać to, co jest ważne. Nie wiedziałam, co mam. Póki tego nie straciłam. Moi kochani rodzice… przeproś ich. Ja nie chciałam. Naprawdę… tak wyszło. Tak miało być, najwyraźniej. Mam nadzieję, że pomimo to nadal będą mnie kochać. Bo ja zawsze będę was kochać. Nie ważne, gdzie będę, Nina. Zawsze będę przy tobie. Jesteś moją siostrą, a siostry trzymają się razem. Zawsze i na zawsze. Kocham was wszystkich, tak bardzo was kocham.
Czas się pożegnać. Czas najwyższy, i przykro mi, że nie mogę być tam teraz z wami. Z tobą, Ninka. Czas, abyś mnie puściła wolno. Dziękuję, że byłaś aż tak wielką częścią mojego życia. Dziękuję, że uczyniłaś je lepszym, choć może nie zawsze ci to okazywałam… dziękuję ci za wszystko.
Dziękuję ci za wspomnienia.
I pamiętaj, Nina: ludzie, którzy odchodzą, zamieniają się we wspomnienia i duchy, które żyją w nas. I właśnie w ten sposób utrzymujemy ich przy życiu.
Kocham cię i nigdy nie przestanę.
Może kiedyś, innym razem, jutro, kto to wie?
O matko, jednak o to...


Dzisiaj głowa jest pod gazem i nie wie, czego chce. Może w maju, może w grudniu, może jutro po południu – może będzie lepiej. Dziś jest jeszcze źle.
Eden.
Jak na umierającą to strasznie dużo tego naklepała.
Blisko dwie strony standardowego maszynopisu.
Zawstydziła Tarasa Bulbę.


Jedyną różnicą pomiędzy śmiercią Eden a Janka było to, że Janek miał przyjaciół wokół siebie. Byli przy nim aż do końca.
No nie wiem, znalazłabym jeszcze parę różnic pomiędzy śmiercią od postrzału, a od długotrwałego bicia i tortur.


Eden umarła samotnie, bo choć był przy niej Zośka i Orsza także przy niej czuwał, to czuła się okropnie osamotniona.
A to opko było dobre, bo chociaż analizatorzy wykazali w nim liczne błędy, to aŁtorka czuła, że jest dobre.


Epilog: "Czas ucieka"

Twoja wiara była silna, ale potrzebowałeś dowodu.
Robiłem, co mogłem; to nie było wiele.
Nie mogłem czuć, więc próbowałem poczuć.
Powiedziałem prawdę - nie przyszedłem tu, aby cię okłamywać.
I nawet, jeżeli wszystko poszło źle,
Stanę przed Panem Pieśni,
Z niczym innym na moich ustach, niż Alleluja.
Boszzzz… Skoro już do czegoś było ci potrzebne “Alleluja” Cohena, to nie mogłaś przynajmniej skorzystać z tłumaczenia Zembatego?


Na ulicy Szpitalnej numer 8 w Warszawie od wielu lat ulokowana była pijalnia czekolady Wedla. Każdego dnia liczba klientów z lekka malała, więc właściciel powoli zwalniał personel, tłumacząc się tym, że już tak wiele ludzi nie potrzebuje.
Poczekałby trochę i liczba personelu też zaczęłaby z lekka maleć.


I to właśnie ten mały lokal na swoje ulubione miejsce obrała niska, filigranowa blondynka – Nina Dresner, młoda Niemka, która Warszawę znała niczym własną kieszeń w ukochanym, czarnym płaszczyku. Siedziała właśnie przy stoliku obok okna, z którego rozciągał się widok na zatłoczoną warszawską ulicę i Pałac Kultury i Nauki w oddali.
Chciałam powiedzieć, że w komentarzach do poprzedniej części pojawiło się bardzo ciekawe wyjaśnienie, skąd się tam wziął PKiN:
Jedyne logiczne wyjaśnienie dla Pekinu w Warszawie lat 40. widzę w założeniu, że w 1920 Tuchaczewski jednak zajął Warszawę... Posiedział w niej z dziesięć lat, sprowadził Rudniewa, ten wybudował Pałac, a potem obaj - ale niestety bez Pałacu - zwiali z Polski, bo Piłsudski zorganizował skuteczny ruch oporu.
© Alla


W kawiarni było cicho. Jak makiem zasiał. Ruch był mały, a Wesoły, ociągając się, postawił przez trzema kobietami filiżanki z gorącą czekoladą.
Śmierć Eden pogrążyła w żałobie całe miasto, ludzie przestali pić czekoladę i bawić się w lokalach. Na jej pogrzeb przyjechał sam Hans Frank, który, lejąc rzęsiste łzy, padł w ramiona Grota, niczym stary Kapulet w ramiona Montekiego i przysiągł, że od tej pory żadna niezgoda nie powstanie pomiędzy ich (na)rodami.


Przy stoliku były cztery krzesła. Jedno było wolne. Żadna z dziewcząt nie śmiała na nie spojrzeć. To było krzesło Eden – nic nie mogło tego zmienić.
Kiedy wychodziły z lokalu, Wesoły wynosił krzesło na zaplecze, żeby żaden inny klient nie sprofanował go swą niegodną dupą.


Wiele się zmieniło. Był rok 1944, marzec. Rocznica śmierci Eden. Chodziły pogłoski, że Polska Podziemna planuje większą akcję.
Na rocznicę jej śmierci?!
Eeetam, pogłoski to se mogą chodzić.
No przecież tylko dlatego wybuchło Powstanie Warszawskie, nie wiecie? W ramach obchodów. Trochę im się tylko termin obsunął, bo Elsa, Nina i Monia pomagały w przygotowaniach.


Wszystkie się na to cieszyły, chociaż na razie były to dla nich tylko plotki. Ale… to już jest inna historia. Może kiedyś wam ją opowiem. Kiedyś, jak już uda mi się o niej zapomnieć.
Z pamięci, czy z niepamięci - wszystko jedno, i tak brednie.


Ważne jest to, że wszystkie jakoś poukładały sobie życia. Jak się można spodziewać, Alek nie odstępował Falki na krok. Byli nierozłączni.
I Elsa i Nina cieszyły się ich szczęściem na tyle, na ile potrafiły i mogły.
Monia, która nie wróciła już do rodzinnego domu, zamieszkała u swojej najlepszej przyjaciółki. Żyły jak siostry. Ale żadnej z nich nic nie było w stanie wypełnić pustki po stracie Eden. I wszyscy to rozumieli.
Wszyscy pamiętają Eden. A Rudy… jaki Rudy?


Przez jakiś czas Falka kazała im jechać razem z nią na wieś.
Tak im kazała, kazała i kazała, aż w końcu pojechali, żeby wreszcie dała im spokój.
(chyba chodziło o “jakiś czas temu”?)
Raczej “po jakimś czasie”.


Spędzili tam kilka miesięcy, próbując zapomnieć o okropieństwach życia w Warszawie. Okupowanym mieście, które stało się więzieniem dla wszystkich ludzi w nim mieszkających.
Stało się więzieniem dla wszystkich, ale gdyby ktoś chciał wyjechać na wieś, to spoko.
A robota konspiracyjna nie zając, nie ucieknie.


Zośka i Ninka stawali się sobie coraz bliżsi i bliżsi, aż w końcu doszło do tego, że nie potrafili bez siebie żyć. A oni wszyscy żyli jednym: żyli nadzieją. Bo prawda jest taka, że chwytamy się każdej nadziei. Sięgamy w nicość i czasem wbrew wszystkiemu, wbrew logice udaje nam się ją schwycić.
A czasami z nicości, wbrew nadziei i logice, wychodzi opko.
I rzewne pierdololo.


Ale podczas gdy my próbujemy pozbierać się po stracie, dzieje się coś jeszcze. Czas ucieka. Czas na nikogo nie czeka. Czas leczy rany. Wszyscy chcielibyśmy mieć więcej czasu. Czas wstać, dorosnąć. Oj tak, tak. Czas zapomnieć, czas…
Time everlasting, time to play B-sides, time ain’t on my side, time I’ll never know - tak mi się skojarzyła ta wyliczanka.


Być może gdzieś tam jest Bóg.
Alleluja, Alleluja.
I tu ja bym dopisała coś do rymu, ale się powstrzymam.

Z okolic Arsenału pozdrawiają: Jasza jadący na akcję metrem, Kura rozmawiająca przez telefon w trzech językach naraz, Dzidka śpiewająca “Teraz jest wojna” w KFC, Gabrielle konspiracyjnie owinięta flagą,  Babatunde Wolaka na niewidzialnej rikszy
oraz Maskotek rżnący głupa na Szucha.