czwartek, 23 października 2014

274. Kogo boli Język Trolli, czyli Duch Wolności w kapelutku (Język Trolli, cz. 1)


Drodzy czytelnicy!
Analiza McDusi spotkała się ze sporym odzewem, a zatem, w oczekiwaniu na najnowszą część Jeżycjady - Wnuczkę do orzechów - która ma się ukazać już w najbliższym czasie, postanowiliśmy przyjrzeć się wnikliwie jednej z wcześniejszych części - Językowi Trolli. Zwłaszcza, że głównym tematem Wnuczki mają być perypetie sercowe Józefa Pałysa, który podobno wreszcie spotka wymarzoną damę swego serca. Z naciskiem na “damę”.
Józef jest też głównym bohaterem Języka Trolli, dziewięcioletnim małym twardzielem, “bystrym i inteligentnym obserwatorem, wyciągającym prawidłowe wnioski”, jak co pięć minut przypomina nam narrator, a wreszcie - Rycerzem Złamanego Serca, którego nagle poraziła jak piorun miłość do starszej o pięć lat koleżanki ze szkoły.
W tej części jednak Małgorzata Musierowicz postanowiła zająć się nie tylko miłościami dziewięciolatków, ale również zmierzyć z Trudnymi Tematami Współczesności. Będziemy więc mieć tu ciężką chorobę, nieślubną ciążę, upadek szkoły oraz ogólne Zło, Zdziczenie i Zupełne Zezwierzęcenie.
Indżojcie!


Małgorzata Musierowicz: Język Trolli,
wyd. Akapit Press, 2004


Analizują: Melomanka, Kura i Dzidka.


Na początek, dla lepszej orientacji tych, którzy nie czytali całej tej sagi rodzinnej, drzewo genealogiczne Borejków:
Zaczerpnięte stąd.


Środa, 31 grudnia 2003. Sylwester
1.
Dziwne uczucie! W miejscu, gdzie zwykle spokojnie pracowało jego młode serce, teraz czuł ból. Albo przynajmniej — coś w rodzaju ucisku.
Był sylwester, siódma wieczór. Siedział z tym uciskiem w piersi i toczył wewnętrzny monolog…
Uprzedzamy, natchnionych monologów wewnętrznych Józefa jest w tym tomie sporo. (Aczkolwiek często do złudzenia przypominają wywody 59-letniej kobiety, a nie dziewięciolatka.)
Właściwie, można by “Język Trolli” traktować jak powieść SF, w której ciało głównego bohatera zostało opanowane przez obcą inteligencję, wiekową, zgorzkniałą i zgryźliwą, i to ona przemawia jego ustami.


...patrząc jednocześnie na idiotyczny film z gołymi tancerkami (...).
Ehehehe, nie mówcie, że korzystając z nieuwagi rodziców, oglądał “Showgirls” ;)


Józef Pałys, syn Idy z Borejków i Marka, mimo ukończonych lat dziewięciu zwany wciąż jeszcze Józinkiem (doprawdy, zabójcza jest ta rodzinna siła bezwładu!), zachowywał się jak zwykle dwutorowo: siedząc przed telewizorem, odpowiadał monosylabami lub wręcz wcale, lecz jego żywa myśl wędrowała w przeszłość, ku przyczynom obecnych przypadłości sercowych.
Do takiej praktyki przywykł od dawna; monologi wewnętrzne były mu istnym wybawieniem oraz sposobem na przetrwanie. Matka miała zwyczaj przemawiać do niego w sposób ciągły, i to - jak sama twierdziła - od pierwszych chwil po jego narodzinach, a nawet grubo wcześniej. W istocie, pierwszym wspomnieniem, jakie potrafił przywołać, był dźwięk jej ostrego, nieco piskliwego głosu: matka nadawała non stop, wierząc (jak najsłuszniej), że Józinek wszystko słyszy i rozumie. Celem jej było podniesienie ilorazu inteligencji swojego pierworodnego na taką przynajmniej wysokość, jaką osiągnął jego genialny kuzyn, starszy o jedenaście miesięcy Ignacy Grzegorz Stryba.
Ida przenosiła ciążę? O dwa miesiące???
W “Nutrii i Nerwusie” (czas akcji: koniec czerwca 1994) dostajemy informację, że Ignaś ma pięć miesięcy, a Ida jest wówczas w piątym miesiącu ciąży, a zatem Jożin powinien być młodszy od kuzyna o dziewięć miesięcy, nie jedenaście.


(Na rozpisce dat urodzin bohaterów, sporządzonej przez MM i umieszczonej na okładce jednej z książek, mamy zaznaczone, że Ignaś urodził się w lutym, a Józin w listopadzie 2004. Nawet jeśli założyć, że jeden urodził się na samym początku lutego, a drugi pod sam koniec listopada, więc należy te dwa pełne miesiące doliczyć, to dzieli ich różnica dziesięciu, nie jedenastu. To jest drobiazg, szczegół i w ogóle można powiedzieć, że czego się czepiamy - no ale skoro autorka już sobie sporządziła tę rozpiskę, to czemu jej nie pilnuje? Zwłaszcza, że tu babolek jest faktycznie bez znaczenia, ale w innych przypadkach - np. takiej Belli, córki Robrojka - wywraca do góry nogami całą chronologię wcześniejszych części.)


Efekt: IQ Józefa Pałysa znacznie powyżej zakładanego poziomu, przy jednocześnie występującej skłonności do rozbudowanego introwertyzmu. Porozumiewanie się ze światem zewnętrznym ograniczał Józinek do absolutnie koniecznego minimum, i to z całkowitą premedytacją. Rodzina uważała go za zajadłego milczka i chyba żywiła przekonanie, że jest trochę ograniczony - panował bowiem zwyczaj zwracania się do syna Idy nieco głośniej niż do innych dzieci, całkiem jakby niedosłyszał.
Po pierwsze, niedosłyszenie nie oznacza ograniczenia umysłowego. A powyższe zdanie jest skan-da-li-czne!!! Po drugie - albo mu to IQ zbadali, więc wiedzą, że jest inteligentny, tylko milczący i nie powinni uważać go za ograniczonego, albo nie zbadali - więc w takim razie skąd ON o tym wie? Jeśli rodzina uważa go za tępola, to on powinien też; w dzieciństwie buduje się obraz siebie głównie polegając na informacjach od otoczenia, a zwłaszcza od najważniejszego autorytetu - rodziców.


Tłumaczono mu też rzeczy najzupełniej dla niego oczywiste, a także nieświadomie ignorowano go przy toczeniu ważnych rozmów (wiele się dzięki temu nasłuchał!). Ograniczony, hm? - dobre sobie! Tak to pewnie i wyglądało z boku.
Dla mnie to tak wygląda nawet po przestudiowaniu jego bogatych monologów wewnętrznych. (Nie cierpię Prawdziwego Mężczyzny Józina, jest dla mnie najbardziej irytującym bohaterem Jeżycjady zaraz po Mili Sekutnicy.)
A Gabuchna? :)
Ha, konkurencja jest silna.


On się tym raczej nie przejmował. W gruncie rzeczy, to bynajmniej nie dziadek był w rodzinie najprawdziwszym stoikiem, takim, co mocny jest w myśli i czynie, nie zaś tylko w gębie!
Taaak, mieliśmy okazję podziwiać w McDusi, w słynnej scenie potrząsania szczurem, jaki Józin piętnastoletni jest mocny w czynie i w gębie. Tylko co to ma do stoicyzmu?
Nie trzeba odwoływać się aż do McDusi, i w tym tomie będziemy mieć mnóstwo przykładów - zwłaszcza czynów.
Kiedy potoki matczynej wymowy ustawały, Józinek bywał atakowany bezwarunkowymi żądaniami, trudnymi w danym momencie do spełnienia: mama domagała się od niego odpowiedzi lub wypowiedzi, gdy tymczasem on, przytłoczony potęgą jej ekspresji, mógł jedynie milczeć jak debil. Owszem, nader szybko opanował sztukę mowy lecz, po pierwsze - z wrodzonej ostrożności wolał zbyt wcześnie tego nie ujawniać...
Jego wrodzony stoicyzm sprawił zaś, że nigdy nie odczuwał potrzeby zakomunikownia: “Nie ciem ten sialik, jeśt bzidki! Ciem sie bawić ałtko, telaś! Nie beńde jad ziemniaćków!”.


...a po drugie - w takich chwilach zaskoczenia jakoś nie mógł zaprezentować swych umiejętności i zaspokoić oczekiwań rodzicielki. W trzecim roku życia wpadł wreszcie na szczęśliwy pomysł, żeby rzucać jej na odczepnego parę słów w typowo niemowlęcym narzeczu i ten właśnie bełkocik (wskazane było upuścić przy tym nieco śliny) jakoś mamę - przynajmniej chwilowo - satysfakcjonował.
Trzylatki rozmawiają już całkiem sprawnie, więc NIE WIERZĘ, że pani doktor Ida Pałys, w dodatku ogarnięta obsesją porównywania swych dzieci z dziećmi sióstr, uznała za “satysfakcjonujący” niemowlęcy bełkocik (gu-gu, da-da) wydobywający się z ust jej trzyletniego syna! Raczej w popłochu i panice oprowadzałaby go po wszystkich logopedach w Poznaniu i okolicy!
Józio już jako niemowlę przeczuwał, że lepiej będzie nie ujawniać zbyt wcześnie umiejętności mowy, w trzecim roku życia natomiast opracował sobie całą strategię z tym związaną. Jak widać, zanim stał się Józefem Swanłysem, wyrabiał 300% normy Gary’ego Stu.


Zawsze mu się zdawało, że w gruncie rzeczy nie interesuje jej, co on ewentualnie miałby do powiedzenia. Biedaczka, w swej beztrosce - skądinąd przemiłej - uciekała od istoty rzeczy, poprzestając zaledwie na pozorach kontaktu. I tak już pozostało do dziś.
Myślałam, że narzekanie “Starzy mnie wcale nie rozumieją” to specjalność nasto-, nie dziewięciolatków.
On już urodził się stary ;)
Ciekawy przypadek Józefa Pałysa.


W praktyce bieżącej Józef Pałys zachował swoje dawne metody, nieznacznie je modyfikując w miarę potrzeby. Mówił krótko, treściwie, zwięźle - natomiast wypracowany od lat system samoobrony kazał mu rozbudowywać się w głąb. Bogactwo leksykalne i konstrukcja jego skrywanych wypowiedzi wprawiłyby zapewne w zdumienie…
Mujborze, kto by pomyślał, że Stanisław Barańczak, pisząc o świni, mógł mieć na myśli Józefa!


Świnia


     Niech nikt nie czyni Pośmiewiskiem Świni,
     Wieprza
     Lub Knura:
     W Pokłady Sadła głęboko zapadła
     Lepsza
     Natura.
     Leżąc na boku czy stojąc w rozkroku
     W Kale
     I w Błocie,
     Świnia jedynie wygląda na Świnię,
     Ale
     W Istocie
     Są w niej Otchłanie, w których nie postanie
     Stopa
     Krytyka,
     W których Bezkresie Świnia łatwo zniesie
     Kopa
     Czy Prztyka.
     Kiedy więc nurza w Gnojówce Odnóża,
     Burczy
     I Czmucha,
     Dostrzeżmy w Knurze Kultury Przedmurze
     Twórczy
     Wzlot Ducha.
     Choć ma w zasadzie na Ryja Fasadzie
     Zero
     Jałowe,
     Knur jak dzień długi w myślach składa Fugi
     Cztero -
     Głosowe.


(Stanisław Barańczak, Zupełne zezwierzęcenie)

...tę część publiczności, która żyje w przekonaniu, że dziecko to zaledwie kawałek przewodu pokarmowego, zakończony wlotem i wylotem, a pozbawiony inteligencji, rozumu, logiki oraz poczucia humoru.
Taaaak. Ja jestem inteligentny, tylko… eee… nie umiem tego okazywać!
“A to się postaraj.”


Ludzie często popełniają ten błąd! Kucając przed wózeczkiem lub cmokając nad czyjąś nieletnią główką, upraszczają swe wypowiedzi do minimum, w przekonaniu, że istota mniejsza od nich posiada także i mózg drobniejszych rozmiarów, o niedoskonałej przy tym sprawności. Nic bardziej mylnego! - zakrzyknął w duchu Józinek, przełączając się jednocześnie pilotem z Polsatu na RTL, gdzie fikały cztery naguski z piórami, jakimś sprytnym sposobem przytwierdzonymi do tyłków.
Czujecie tę degrengoladę współczesnego świata? Te głupie filmy w telewizji, gołe tancerki, pióra w tyłku… Nasz dziewięciolatek bardzo jest zniesmaczony powyższym upadkiem obyczajów, prymitywizmem i głupotą. Ale dalej siedzi przed telewizorem i owe durne programy ogląda.


Tymczasem Ida domaga się od Józinka informacji, gdzie są jej rękawiczki.


Józef Pałys, jako znakomity i inteligentny i taki skromny obserwator, zawsze wiedział, gdzie co leży.
Dziwne, że tej jego cechy nikt jakoś nie zamierzał uznawać za wybitną, podczas gdy u rozpasanego gawędziarza Ignacego G. Stryby (tak! tak właśnie ten miągwa podpisywał zeszyty szkolne!) przejawy geniuszu widzieli we wszystkim, nawet w tym, jak bekał po obiedzie (naśladując w tym, rzecz jasna, Józinka).
Jak widać, Jożin faktycznie posunął zwięzłość wypowiedzi do maksimum, stosując się przy tym do starej, wschodniej tradycji, która właśnie bekaniem i mlaskaniem nakazywała chwalić potrawy przy stole.
Cóż, już mali Lisieccy po zjedzeniu pierogów “odłożyli łyżki i jednocześnie beknęli”. A podobno ich maniery przy stole były, wg Mili B., nienaganne, zwłaszcza w porównaniu z rozrabiającymi Natalią i Patrycją...


- Kredens - powiedział.
- Dzięki! - krzyknęła mama i, zapinając błyszczący naszyjnik, rzuciła się do kuchni.
- A mój krawat wieczorowy? - zapytał tata, wysuwając zza drzwi łazienki wąsatą głowę oraz obrośniętą na czarno klatkę piersiową.
- W lodówce...
- O!
Autorka wzięła Standardową Księgę Dowcipów, poziom siódmy, otworzyła na rozdziale “Roztargnieni ludzie”... O! To się doskonale nada!


Istny dom wariatów - orzekł w duchu Józinek. I po to właśnie są monologi wewnętrzne. Można powiedzieć „dom wariatów" i nikt się nie obrazi.
Taki z niego Wujek Cięte Monologi Wewnętrzne.


Można powtarzać z udręką: Trolla, tęsknię za tobą - i nikt nie ma o tym pojęcia, toteż nie wypytuje, nie doradza, nie odradza, a już zwłaszcza - niczego nie zabrania.
I nikomu też nawet do głowy nie przyjdzie, że Józef Pałys drugiego września Anno Domini 2003 spotkał - powiedzieć to należy z całą szczerością - istotę absolutnie wyjątkową.  
Zastanawiam się, dlaczego on o tej absolutnie wyjątkowej istocie, którą tak kocha i za którą tak tęskni - myśli po nazwisku?

2.
Tamtego pamiętnego, ciepłego wtorku, we wrześniu, Józinek szedł do szkoły z najwyższą niechęcią. Wyższą o wiele niż zazwyczaj.
Tu należy się czytelnikom wyjaśnienie: Józef Pałys nie uczęszcza do zwykłej poznańskiej rejonówki. Korzysta z magicznego przejścia prowadzącego do rzeczywistości alternatywnej, łudząco podobnej do realiów znanych nam z książek/filmów takich jak Młodzi gniewni czy Hej, skarbie. Sądząc po wszystkich dalej opisanych mrożących krew w żyłach potyczkach, Józin pół życia spędza na Bronksie.  


Jedyną pociechę stanowił fakt, że tego dnia już nie obowiązywał strój apelowy, złożony - tfu, tfu! - z granatowych spodni z kancikami oraz białej koszuli z krawacikiem. Ubrany po ludzku (sprany podkoszulek i znoszone szorty)...
Znaczy, będzie cały dzień siedział na lekcjach ubrany, jak na WF? Poza tym, dzieci w tym wieku intensywnie rosną, podkoszulek i szorty z zeszłego roku powinny być nie tylko sprane i znoszone, ale i mocno przyciasne.
Nasz mały Gary Stu siłą woli powstrzymał wczesnoszkolny skok pokwitaniowy.


...Józinek stanął w drzwiach swojej szkoły i za nic nie mógł zmusić się do wejścia. Hall tego olbrzymiego gmachu, mieszczącego podstawówkę i gimnazjum, pomalowany był na kolor zwietrzałej musztardy z Dijon, a pachniał - rzecz ciekawa - także zwietrzałą musztardą z Dijon.
Hrabiostwo Borejkostwo nie powie po prostu “musztardowy” (a ja nie będę wymagać od MM, żeby nazwała to tak, jak prawdopodobnie wyraziłby się pierwszy lepszy uczeń - “sraczkowaty”), nie, to musi być kolor musztardy z Dijon, na pierwszy rzut oka odróżnialny od koloru sarepskiej, kremskiej czy stołowej!
Znaczy, że świeżo malowane. W ciągu kilku miesięcy ta zła współczesna młodzież wybrudzi ściany na podobieństwo musztardy francuskiej, a rok szkolny zakończy już otoczona barwami musztardy meksykańskiej.
Czy kolor musztardy zwietrzałej jest inny niż musztardy niezwietrzałej?
Proponuję sprawdzić to eksperymentalnie, zostawiając otwarty słoik na stole :)
Przeczytałam “na ścianie” :)
To tylko wtedy, jeśli wrócisz ubzdryngolona. Kremem Choco, rzecz jasna.


Mętnie polśniewające ściany, obwieszone gablotkami i plakatami, a także papieroplastyką, tworzyły ponurą perspektywę, zamkniętą szybem klatki schodowej.
Józinek grzecznie skinął głową panu woźnemu, który tkwił w oszklonym boksie, na wypadek gdyby do szkoły chciał wkroczyć dealer narkotyków (obecność cichego staruszka była wielce skuteczna; dealerzy nie wchodzili nawet w progi szkoły, tylko spokojnie handlowali sobie na chodniku).
Ach, w tym Poznaniu to dopiero jest światowe życie, mnie nigdy nie było dane spotkać dealera. Tyle lekcji, pogadanek i broszurek o tym, jak odmówić dealerowi czającemu się pod szkołą, a nigdy nie było gdzie tej umiejętności spożytkować :-(


Józinek wszedł na piętro, gdzie od kolegów, zgromadzonych pod zamkniętymi drzwiami klasy trzeciej ,,f', usłyszał, że pani jeszcze się nie pojawiła. Było to raczej normalne. W tej szkole sporo czasu traciło się na wyczekiwanie pod drzwiami; nauczyciele nie przykładali się do swojej roboty, w przekonaniu, że za takie marne grosze nie warto kiwnąć nawet palcem. Józinek szczerze popierał ich stanowisko. Niech się nie przykładają.
To znaczy, Józefie, masz jakieś wtyki w pokoju nauczycielskim i wiesz, że pedagogom znienacka zwiększono zakres obowiązków i obcięto pensje, stąd twoje szczere poparcie? Czy może zgodzili się na takie, a nie inne warunki, podpisali umowy, po czym stwierdzili: „Pie****ę, nie robię”?
Może któryś z nauczycieli wywnętrzał się przy uczniach. Może takie komentarze padały w domu. W każdym razie wydawać by się mogło, że skoro Józin “szczerze popiera”, to znaczy, jest z takiego stanu rzeczy zadowolony…

Nie lubił tylko tego wystawania - zawsze z nudów bolały go szczęki.
...ale, jak widać, i wtedy znajdzie powód, żeby ponarzekać.


Tego dnia jednak nie czekali długo. Już po dwunastu minutach od dzwonka na pustym korytarzu pojawiła się pani wicedyrektor Zajęczyk ze swoją kunsztowną fryzurą w kolorze smoły…
Jak mamy wielokrotnie podkreślone, Józin to stuprocentowy facet, nie lubi piskliwych głosów, bezsensownego paplania, nie przegląda się zbyt długo w lustrze, bo na co to, po co i o rety rety. Jednocześnie poświęca zdumiewająco dużo uwagi odcieniom włosów otaczających go dziewczyn i kobiet, ich makijażowi, lakierowi do paznokci, wysokości stanu ich spodni… Wszystko oczywiście po to, żeby komentować je z pogardą.


...i rozdzieliwszy tłukących się bliźniaków jednojajowych o nazwisku Trojak...
Ach, te subtelne żarciki z nazwisk...


...wydała rozkaz, by klasa natychmiast ustawiła się parami. Następnie przeprowadziła trzecią „f' na drugie piętro, do sali biologicznej, należącej do gimnazjum.
- Wasza pani nie przyszła - wyjaśniła im po drodze, sądząc widocznie, że sami tego, w swej głupocie, nie dostrzegli. - Lekcję spędzicie u mnie.
To chyba najbardziej dla mnie irytująca cecha Józina w tym tomie - ciągłe przenikliwe komentarze w jego natchnionych monologach wewnętrznych: po co ci głupi dorośli mi to mówią, przecież sam widzę, sam bym się domyślił, w ogóle jestem mądrzejszy od nich wszystkich, po co się mnie o coś pytają, powinni sami przewidzieć, że nie znam odpowiedzi itp.


Zero zdziwienia. Nie takie rzeczy tu się widywało.
Och, to zblazowanie starego wygi; normalnie Old Shatterhand na prerii.


Sala biologiczna była obszerna i mieściła dwa podwójne rzędy stolików, toteż, ścieśniwszy się, gimnazjaliści mogli przyjąć trzecioklasistów bez większego trudu, a też i bez zaskoczenia.
Dzieje się to drugiego września, a więc skoro wszyscy są przyzwyczajeni, podobne praktyki musiały odbywać się w minionym roku szkolnym. I żadne dziecko przy kolacji nie opowiadało rodzicom, co tam w szkole? Żaden rodzic na zebraniu nie zrobił awantury o to, że nauczyciele nie przychodzą do pracy i dziewięciolatkowie nudzą się na lekcjach gimnazjalistów?


Wicedyrektorka otarła pot spływający jej spod sztywnej, czarnej grzywki (od rana było upalnie, lecz okna sali musiały być zamknięte, gdyż znajdowały się tuż nad skrzyżowaniem dwóch bardzo ruchliwych arterii).
-  Trzecia „f', uprzedzam was! - powiedziała ostro, siadając za swoim stolikiem. - Jak mi który gębę otworzy, to w nią dostanie!
Kiedy przeczytałam to pierwszy raz, zatkało mnie. Zresztą za drugim i trzecim razem też. Później przestałam czytać.
Cóż, to ta sama wstrętna i ponura “buda”, która opisywana była w “Tygrysie i Róży” jako miejsce ze wszech miar nieprzyjazne, zabijające wszelką indywidualność, gdzie uczniowie na lekcji biją się, a nauczycielki czytają Harlequiny. Niemniej Borejkowie, znając tę ponurą rzeczywistość, nie zdecydowali się poszukać dla swych dzieci i wnuków jakiejkolwiek innej placówki, zachowując się, jakby to wciąż był PRL, a dzieci przypisane były na stałe do rejonowej podstawówki i nic nie mogło tego zmienić. Do tej szkoły chodzi przecież nie tylko zblazowany mały twardziel Jożin, ale i wrażliwy i delikatny Ignaś…
Z drugiej strony - no tak, zapomniałam, że Borejkowie lubią prezentować światu szlachetne ubóstwo, z którym kłóciłoby się posyłanie dzieci do szkoły z czesnym.
To nie musiałaby być zaraz szkoła z czesnym. W Poznaniu jest naprawdę sporo podstawówek państwowych na wysokim poziomie. A jak sama zauważyłaś, rejonizacja już nie obowiązuje.


Przykro było usłyszeć tę wulgarną inwokację, lecz poza Józefem Pałysem nikt raczej nie przejawił niesmaku. Trzecioklasiści ucichli posłusznie, wydobyli zeszyty od polskiego i zaczęli w nich gryzmolić to, co pani Zajęczyk napisała na tablicy: „Lekcja organizacyjna. Spis lektur" - i dalej leciały tytuły.
Znaczy, przepisywali lektury dla gimnazjum, czy pani Z., w błysku natchnienia przewidując, że będzie musiała awaryjnie zająć się podstawówką, przygotowała spis również dla nich?
E, wzięła spis od jakiejś koleżanki polonistki w poknauczu.
O matko, w czym? W Poznaniu tak się mówiło?
W poknauczu :) Nie, to na jakimś forum czy gdzieś wyczytałam :D


- Przepiszcie wszystko, i żeby mi było cicho! - usłyszeli. - A jak skończycie, to przepiszcie jeszcze raz! - zapewniwszy im w ten sposób zajęcie, nauczycielka otworzyła dziennik i jęła odczytywać listę obecności gimnazjalistów.
Może jeszcze każe im pisać piórem od profesor Umbridge, co się będziemy ograniczać w tej szalonej wizji szkoły upadłej.


Józinek też położył przed sobą zeszyt, jak wszyscy, lecz nie trudził się przesadnie w ten upał, wiedząc, że zawsze będzie mógł odpisać, co tylko zechce, od którejś ze swoich licznych wielbicielek.
Pozostawię to bez komentarza… na razie.
Ach, te kobiety, czepiają się go, łażą za nim, spokoju nie dają, normalnie musi strząsać je z siebie jak szczury.


Nie to, żeby miał jakieś trudności w czytaniu i pisaniu - skąd! (czytał i pisał najlepiej w klasie, nie wspominając o liczeniu). Nie lubił działać na rozkaz. Szkoła, niestety, była stworzona nie dla niego.
Ach, Gary, Gary, jakiś ty wyjątkowy.
Co ciekawe, nigdzie nie ma wzmianki o jakichś szkolnych kłopotach Józina, więc widocznie, mimo całej niechęci do szkolnego drylu i przekonania, że jest ponad to - pokornie mu się poddaje.


Zamiast pisać, zajął się obserwacją, a ta była satysfakcjonująca, bo właśnie starsi koledzy reagowali na wyczytywanie z listy obecności i można było sycić oczy pełną gamą barwnych typów. Na przykład Adamczak Manuel okazał się pryszczatym brunetem z głową oblepioną oleistymi włosami, z których pionowo sterczało siedemnaście starannie ulepionych kosmyków.
- Obecny - rzekł Manuel łamiącym się basem i opadł na krzesło obok blondynki o nieprzytomnych oczach, obwiedzionych naokoło czarną kreską. Nazywała się Bielska Barbara. Cała szkoła mówiła na nią Barbi. Józinek zdziwił się, gdy zobaczył, że siada ona nie na krześle, lecz na kolanach Manuela, zaś pani Zajęczyk udaje, że tego nie widzi.
Ot, typowa scena rodem z Młodych gniewnych.


Zajęty obserwacją, przegapił moment, kiedy ktoś zapukał i wszedł do sali. Usłyszał tylko, jak pani Zajęczyk mówi:
- A! Trolla.
Wtedy odwrócił głowę, i ją zobaczył. Była pulchna i nieduża, a na głowie miała dziwaczny, jasnozielony kapelusz o wysokiej główce. Tyle zauważył na pierwszy rzut oka, ale i tak już był pod wrażeniem.
O, ciekawe. A jak kilka lat później McDusia była zaokrąglona, to już ble i fuj.
To tylko podkreśla absolutną wyjątkowość Trolli.


- Ładnie zaczynasz pierwszy dzień w nowej szkole - wygłosiła pani Zajęczyk przykrym tonem. - Spóźnienie - dwadzieścia minut!
- Były problemy przy wejściu - wyjaśniła nowa uczennica i Józef Pałys poczuł ze zdziwieniem, że mu po plecach przebiega dreszcz. Jej głos był elektryzujący: niski, miły, mocny i jakby żartobliwy - czuło się, że wirują w nim drobiny śmiechu, jak błyszczące kryształki cukru zamieszane w herbacie. To ciepłe i aksamitne brzmienie (Józinek był na to wyczulony: ostatnio odkrył bluesa) stanowiło miłe zaskoczenie dla kogoś, kto na co dzień nękany był wrzaskiem, ochrypłymi krzykami i wulgarnym bełkotem kolegów i koleżanek.
Józin, przypomnijmy, jest w trzeciej klasie PODSTAWÓWKI, ma lat dziewięć. Odkąd to dziewięciolatki mają ochrypłe głosy i wulgarnie bełkocą?
Uparcie milczący Józef mógł oczywiście na to rozgadane towarzystwo spoglądać z wyższością i sypać celnymi ripostami w monologach wewnętrznych.


Głos Trolli brzmiał jak muzyka. Józinek poczuł, że wzbiera w nim zachwyt.
- Co takiego? - zazgrzytał mu w uchu sopran wicedyrektorki.
- Pan woźny mnie nie zna z widzenia - wyjaśniła Trolla swoim roześmianym głosem. - A że nie mam jeszcze legitymacji najpierw przeprowadził mi rewizję osobistą, a potem wezwał dyrektora.
Woźny płci męskiej przeprowadził rewizję osobistą uczennicy. Aha.


- Aha - nie zdziwiła się pani Zajęczyk. - To siadaj.
I Trolla posłusznie usiadła na pierwszym lepszym wolnym krześle. Tak właśnie wkroczyła bezpośrednio w życie Józefa Pałysa, gdyż to pierwsze lepsze krzesło znajdowało się po prostu obok niego.
- Wstań! - zakrzyknęła wicedyrektor, ledwie Trolla usiadła.
- Powiedz klasie, jak się nazywasz!
- Trolla - powiedziała klasie Trolla.
- Imię!
- Stanisława.
Może dlatego wszyscy o niej  mówią i myślą po nazwisku - jest ono stworzone wręcz do tego, by stać się szkolną ksywką i chyba nawet ona sama używa go w tym sensie.


- Trolla Stanisława rozpoczyna naukę w naszej klasie. Witamy. Siadać i zdjąć kapelusz - rozkazała pani Zajęczyk i zajęła się znów listą obecności.
Trolla usiadła, lecz kapelusza nie zdjęła. Zamiast tego rozejrzała się ze zdziwieniem po sali, a zatoczywszy wzrokiem pełny okrąg natrafiła na sterczącą tuż obok rudą czuprynę Józefa Pałysa i na jego oczy, zamglone obecnie przez zachwyt.
- Co jest? - spytała, zaskoczona.
- Zastępstwo - wyjaśnił.                    
- Aha.
- Trolla, nie gadać! - padło od stolika. - I zdejmij ten kapelusz, kurczę! Ale już! Czubińska Alina.
Spóźniona 20 minut Stanisława wiele nie straciła, skoro lista obecności doszła dopiero do literki C... Niczego już w tych zdegenerowanych szkołach nie uczą.


- Obecna - odezwał się głos z tyłu, lecz Józinek już tam nie patrzył. Jego wzrok utkwiony był obecnie w twarzy Stanisławy Trolli - w jej policzkach jak pączki, w jej nosie, który przypominał trąbkę motyla...
...serio?!



...oraz w jej ustach o kolorze przekrojonego arbuza. Spod zielonego ronda wystawały ciemne kosmyki koloru czekolady…
Jożin chyba znów jest głodny.


Nie tylko Józinkowi rzuciło się w oczy, że ona wciąż jeszcze była w kapeluszu.
- Trolla! - powiedziała wicedyrektor. - Co ja ci kazałam zdjąć!?
A Trolla nie zareagowała. Absolutnie! Józinek siedział bez ruchu, onieśmielony, a gęba sama mu się rozdziawiała. Ta Trolla była nadzwyczajna! - bijąca od niej mieszanina niezależności i uroku sprawiła, że mu się zakręciło w głowie.
- Dziubała Piotra! - e, sorry, Dziubała Piotr! - przejęzyczyła się ze zdenerwowania pani Zajęczyk...
...i przezajęczyła pani Języczek, skoro już się tak subtelnie i zabawnie nabijamy z cudzych nazwisk.
Naprawdę rozochocenie MM w tych nazwiskowych dowcipasach każe mi się obawiać, że w kolejnym tomie usłyszymy o pani Ruchała, która miała narzeczonego o nazwisku Bosko :(
Bez obaw, takie nazwisko nie przejdzie jej przez klawiaturę :)


...a usłyszawszy ciężki szurgot, podniosła wzrok.
Trafił on prosto w kapelusz i wicedyrektor znieruchomiała.
- Zdjąć to! - krzyknęła i już miała dalej wyczytywać, gdy dotarło do niej, że zielone nakrycie głowy wciąż się znajduje w tym samym punkcie przestrzeni. - Ile razy mam mówić! - wybuchnęła. - Zdejmij kapelusz!
- Ale ja nie mogę - łagodnie odrzekła Trolla.
- Co znaczy nie mogę, co znaczy nie mogę! Sorry, ale ja nie będę tolerować! - pani Zajęczyk była już bardzo rozgniewana i słysząc znajomy ton jej głosu gimnazjaliści wysłali nowej koleżance ostrzegawcze spojrzenia. Powinna była bez trudu zrozumieć ten zbiorowy przekaz, skoro go pojął nawet trzecioklasista. Ale ona tylko uśmiechnęła się łagodnie.
- Nie dosłyszałaś! - dała jej szansę pani Zajęczyk i Józinek nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu troszeczkę stracił pewność siebie. - W naszej szkole polecenia wykonujemy bez dyskusji!
- Ja nie dyskutowałam - zdziwiła się Trolla.
- My tu nie siedzimy w kapeluszach! - ciągnęła sprawę pani Zajęczyk.
- A ja tak - odparła Trolla pogodnie.
Pani wicedyrektor okropnie się zestresowała. Jej twarz pokryły malinowe placki.
- Zdejmij to! - rozkazała.
- Nie mogę.
- Bo co?!
- Przyjmijmy, że mam tłuste włosy - grzecznie zaproponowała Trolla.
- Przykro mi, to twój problem - odpowiedziała równie uprzejmie pani Zajęczyk. - Skoro nie chciało ci się umyć głowy przed przyjściem do szkoły, będziesz musiała teraz pokazywać się z tłustymi włosami.


Po klasie przeleciał chichot, ale nagle zanikł. Wicedyrektor powstała i zrobiło się zupełnie cicho. Zwłaszcza trzecioklasiści siedzieli jak zające pod miedzą.
- W tej chwili zdejmiesz kapelusz albo ci wpiszę uwagę! - powiedziała strasznym głosem pani Zajęczyk.
Zaprawdę, uwaga do dzienniczka straszną jest groźbą dla gimnazjalisty.
Tak się składa, że sama chodziłam go patologicznego gimnazjum. Nauczyciel grożący wpisaniem uwagi usłyszałby chóralny wybuch śmiechu, a karany w ten sposób uczeń zyskałby +100 do zaj***tości. Już prędzej delikwenta wyrzucano za drzwi. Bynajmniej nie działało to na niego wychowawczo, ale przynajmniej nie protestował, a nauczyciel miał do końca lekcji spokój.


Trolla potarła swój okazały nos i oddała się namysłowi. Józinek dostał wypieków z przejęcia. Po chwili jego sąsiadka wydobyła z plecaka dzienniczek ucznia i ruszyła ku nauczycielce. Położyła przed nią zeszycik.
- Muszę się chyba zdecydować na uwagę - powiedziała uprzejmie. - Ja codziennie będę w kapeluszu. No co ja zrobię. Trudno - powiedziała to takim tonem, jakby jej było kompletnie wszystko jedno.
Aż wiało od niej duchem wolności.
Takim jak na tym obrazie? :)


The-Ghost-of-Freedom2.jpg
[http://kafastudio.com/wp-content/uploads/The-Ghost-of-Freedom2.jpg]


Teraz, kiedy tak stała, widać było, jak bardzo jest niewysoka. Miała drobną sylwetkę, pulchne ręce i nogi oraz odstający kuperek. Głowa w zielonym kapeluszu wydawała się nieco zbyt duża w stosunku do reszty ciała. Trolla wyglądała jak przerośnięty krasnal. Nazwisko nadzwyczajnie do niej pasowało.
A dla mnie to nazwisko było potężnym rozczarowaniem. Tytuł “Język Trolli” zdawał się zapowiadać jakąś ciekawą historię, a tu… Równie dobrze “Szósta Klepka” mogła opowiadać o Klepce Celestynie, szóstym dziecku ubogiej matki, a “Kwiat Kalafiora” o panu Kalafiorze, zapalonym ogrodniku, itd.
(A “Małomówny i rodzina” to powieść  o Józefie Pałysie ;) )


Dość długo tak stała, a dyrektorka mierzyła ją wzrokiem. Nagle mrugnęła i opuściła oczy.
Wow, wow, Trolla wygrała pojedynek, wow.


Wpisała uwagę do dzienniczka, a jej pióro robiło dziury w papierze.
- Twoi rodzice muszą jutro przyjść do szkoły - powiedziała.
- Nie przyjdą, niestety. Są w Monachium. I to na dłużej.
- To kto jest twoim formalnym opiekunem?
- Chwilowo chyba siostra.
- Dorosła, tak? Jest proszona na rozmowę. Jutro na dużej przerwie.
- Siostra przecież pracuje - zdziwiła się Trolla. - Będę musiała poprosić szwagra.  
Nie zdradzimy chyba wielkiej tajemnicy, jeśli już w tym momencie wyjaśnimy, że kapelusz Trolli przykrywa łysinę po leczeniu nowotworu. Kapelusz sam w sobie na razie zostawmy w spokoju, póki co nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że wychowawczyni gimnazjalistki nie jest poinformowana o jej chorobie. To obowiązek opiekunów dziewczyny! No tak, ale wtedy pani Zajęczyk nie miałaby o co robić afery, nie pokazałaby pokazałaby pełnej gamy możliwości współczesnego bezdusznego nauczyciela, a Staszka nie mogłaby tak dobitnie zamanifestować ducha wolności.
A patrząc obiektywnie, nie oczami zauroczonego Józinka, dzielna i niezależna Staszka Trolla zachowuje się równie bezczelnie jak Barbi - odpowiada nauczycielce dopiero po trzecim zwróceniu uwagi, wcześniej zwyczajnie ją olewa.
Tak. Wypowiedziane uprzejmym tonem “a ja nie mogę”, “a ja tak” nie robi się wcale mniej bezczelne i aroganckie od wykrzyczanego.


3.
Józef Pałys kompletnie nie pojmował tych babskich uprzedzeń. Dlaczego niewinny kapelusz powodował takie emocje? Przebiegając wzrokiem po gimnazjalistach mógł bez trudu wyróżnić osoby znacznie bardziej prowokujące niż Trolla. Oprócz Barbi i Manuela były tu przecież postacie o włosach turkusowych i malinowych, było trzech dorodnych dresiarzy-repetentów, a także paru hip-hopowców, była Guślarz Grażyna, cała jakby w żałobie, w czasie lekcji spokojnie zmieniająca tipsy z niebieskich na czarne, była też niejaka Kaczkowska z tatuażem na nerkach i brylancikiem w nosie. Ani te istoty, ani nawet Kopiec Kristal i jej znakomicie widoczne czarne stringi nie wzbudzały w wice-dyrektorce takiej agresji, jak Trolla i jej kapelusz.
O, Obca Inteligencja w ciele dziewięcioletniego chłopca przemówiła. A jak się zna na kolorach - włosy turkusowe lub malinowe, wcześniej usta o kolorze przekrojonego arbuza… Bardzo to rozróżnianie odcieni spójne z wizerunkiem hipersamca, nieprawdaż.
Ja się natomiast zastanawiam, dlaczego duchem wolności wiało akurat od Trolli w kapelutku, a od pozostałych uczniów - kolorowowłosych, z tatuażami i kolczykami, pokazujących na różne sposoby, że regulamin szkolny mają w duuu… żym poważaniu - już nie.
I znów powraca rodzina Kopców, plebejuszy z bloków, którzy jaśnie państwu herbu Borejko stópek całować niegodni. Aby podkreślić ich śmieszność, za każdym razem przedstawiani są jako Kopiec Ktośtam, koniecznie z imieniem dopiero po nazwisku.
(Fragment z Tygrysa i Róży:
Przeprosiła za spóźnienie i wśród ciężkiego zaduchu przedostała się przez zapchaną stolikami, gwarną klasę, na miejsce pod oknem, gdzie siedziała z niejaką Kopiec Esmeraldą. W rodzinie Kopiec Esmeraldy była tradycja nadawania pięknych imion. Najstarsze z dziewięciorga dzieci zwało się Kopiec Arleta, najmłodsze – Kopiec Paskal.
– Ale żeś się spóźniła – powiedziała pełnym głosem Kopiec Esmeralda.
Obrzydliwe to.)


[Trolla dostaje uwagę, Józinek gapi się na nią zachwyconym wzrokiem i oznajmia “Jesteś super!”. Przedstawiają się sobie, Trolla obmyśla zdrobnienie od jego imienia: Pepe. Lekcja z gimnazjalistami szybko mija, 3f wraca do swojej sali, a Józin widzi Trollę jeszcze tylko raz, kiedy po lekcjach wsiada ona na swój skuter i odjeżdża.]

To właśnie wtedy, gdy ona na tym skuterze znikała wśród pojazdów, błyskając czerwonym kaskiem to tu, to ówdzie,
Czerwonym kaskiem założonym na kapelusz, dodajmy...


Józef Pałys zdał sobie sprawę, że spotkał istotę wyjątkową i że odtąd - cokolwiek by zaszło - będzie ona wywierała olbrzymi wpływ na jego życie. Mimo że, niestety, był od niej młodszy o dobrych parę lat!
I jak sobie postanowił, tak rzeczywiście - wielbił jej wyimaginowany obraz przez lata całe, porównując doń rzeczywiste dziewczyny. Oczywiście, żadna nie miała najmniejszych szans wygrać z ideałem. Chociaż... wielkimi krokami nadchodzi “Wnuczka do orzechów”, podobno w tej części Jożin wreszcie kogoś spotka.


4.
Kolejny dzień wrześniowy przyniósł nowe rewelacje. (...)
Józinek, który dobrze pamiętał, że na dużej przerwie przybyć ma szwagier Trolli, zaraz po dzwonku udał się na parter, w nadziei, że przy tej okazji ją ujrzy. W okolicy pokoju nauczycielskiego, który przylegał do gabinetu dyrekcji, pełno było zdezorientowanych i zacukanych pierwszaków, którzy stali jak słupki, zamiast sobie trochę powrzeszczeć i poszturchać się dla zdrowia.
Jak dzieciaki na przerwach wrzeszczą i przepychają się, to źle. Jak stoją spokojnie - jeszcze gorzej. Ech, Jożin, Jożin, nieba można by ci przychylić, a ty byś jeszcze narzekał, że za mało niebieskie.


Za załomem korytarza, przy wejściu na schody, gimnazjaliści otaczali wianuszkiem Trollę, która spokojnie pochłaniała drożdżówkę (Józinek odnotował ten fakt z zadowoleniem, uznając, że dobrze by było, gdyby jej to przeszło w codzienny nawyk - wiedziałby wtedy zawsze, gdzie jej szukać). Wszyscy z ciekawością wypatrywali szwagra, o którym Trolla zdradziła niewiele poza ogólną charakterystyką:
- Helmut jest słodki.
- Helmut? Czy to Szkop? - chciał koniecznie wiedzieć Manuel, podczas gdy Trolla, ujrzawszy Józinka, uśmiechnęła się do niego jak do starego przyjaciela i potargała mu czuprynę. - Pewnie przyjdzie w oficerkach i tyrolskich gaciach. Niech mi tu tylko nie jodłuje, bo mu zaraz odpłacę za historyczne krzywdy narodu.
- Jesteś głupi - powiedział odważnie Józef Pałys.
- To będzie miły blondynek - spodziewała się Barbi. - O takiej niewinnej germańskiej urodzie.
No i jak mogłam sobie odmówić, jak…?
...choć przypuszczam, że Barbi miała na myśli raczej kogoś takiego:
http://i13.photobucket.com/albums/a282/abphotography/bluehaha.jpg


- Wy jak sobie chcecie, ale ja się stąd nie ruszam - rzekł groźnie Manuel.
- Ja też nie - włączył się ze zdenerwowaniem chudzielec w okularach. - Nie mogę dopuścić do nacjonalistycznego skandalu.
- Może chcesz się ze mną spróbować na rękę? - zapytał drwiąco Manuel.
- Raczej na głowę.
- Słabizno ty.
Jeśli ten dialog ma świadczyć o upadku i degrengoladzie współczesnej młodzieży, to sorry, ale jakoś tego nie widzę ;)


Wreszcie zauważono wylęknioną postać rodzicielską, lecz okazało się, że to fałszywy alarm: na rozmowę przybywał właśnie tata zbuntowanej gimnazjalistki, tej, co to podczas uroczystej inauguracji roku szkolnego, w czasie transmitowanego przemówienia pani minister Edukacji Narodowej, dostała ataku śmiechu i nie mogła się uspokoić, a także nie chciała wyjaśnić, co ją tak śmieszy.
My też nie wiemy. Nie wiemy nawet, o kogo chodzi (choć to oczywiście jest do sprawdzenia). Nic nie starzeje się tak szybko, jak aktualne aluzje polityczne…
Ja tu widzę raczej kolejny przytyk do beznadziejności tej szkoły - uczniom głupawka zdarza się niezależnie od tego, czyjego wystąpienia słuchają, ale nie każdy nauczyciel robi z tego aferę z wezwaniem rodzica do szkoły. Najgorszą konsekwencją mojego nieopanowanego ataku śmiechu na lekcji historii (w podstawówce) było wystawienie mnie za drzwi, i to jak mniemam nie była kara, tylko odizolowanie mnie, żebym się uspokoiła i nie przeszkadzała klasie.

Nagle jednak w polu widzenia pojawił się sam pan dyrektor, który szedł bokiem, z głową dziwnie wykręconą w tył. Zaraz za nim w podobny sposób kroczyła para uczniów. Wreszcie w mrokach hallu zamajaczyła jakby kupa pakuł; rychło rozpoznano w nich wspaniałe dredy. Cała bujna ich masa pokrywała głowę i barki chudego, wysokiego Murzyna, który - przyodziany w powiewne, żółte, czerwone i zielone szaty - kroczył właśnie korytarzem, a na ręce niósł śliczne brązowe dziecko w zielonej bluzeczce.
A pan dyrektor dużej szkoły w dużym mieście gapi się, jakby nigdy w życiu Murzyna nie widział? Czyżby w tym półtoratysięcznym tłumie uczniów nie było ani jednego kolorowego dziecka?
Zwłaszcza w tej alternatywnej rzeczywistości:
http://ewinsidemovies.files.wordpress.com/2010/02/precious_3201.jpg


W szkole mogło nie być. Natomiast Poznań jest miastem akademickim i Murzynów na ulicach całkiem sporo. W dodatku niedaleko tej konkretnej szkoły jest duży akademik.
Dredy też nie powinny budzić szczególnego zdziwienia; skoro w szkole są uczniowie o włosach turkusowych i malinowych, z irokezami i wygoleni na łyso, to pewnie i dredziarze się znajdą.

- To niemożliwe - wyszeptał Manuel.
A jednak musiał to być właśnie wyczekiwany przez wszystkich Helmut, bo Trolla uśmiechnęła się na jego widok i zasalutowała mu z daleka, on zaś pomachał jej szerokim gestem. Podszedł zaraz do drzwi pokoju nauczycielskiego i mocno w nie zapukał. Niedostępny z zewnątrz gabinet otwarto i wychyliła się z niego siostra katechetka, zaś do uszu podsłuchujących dotarło grzeczne zapytanie, wypowiedziane z doskonałą dykcją, potężnym, aksamitnym i soczystym basem:
- Proszę siostrę, czy szczeka pani Zajączek?
Mam wrażenie, że Musierowicz pozazdrościła Chmielewskiej postaci pana Muldgaarda i też postanowiła stworzyć cudzoziemca, który będzie ach-jakże-zabawnie przekręcał wyrazy. No ja nie wiem, przy kwestiach pana Muldgaarda kwiczałam ze śmiechu, tu - jakoś nie.


Głos ten wypełnił, zdawało się, całą przestrzeń budynku. Takim głosem zdobywa się wielkie sale koncertowe, nawet bez użycia mikrofonów. Takim głosem bez trudu podbija się serca kobiet, a także - budzi zawiść w duszach młodych mężczyzn, którzy mimo najszczerszych chęci wciąż jeszcze dysponują tylko altem.
Pewnie trudno w to uwierzyć Prawdziwemu Mężczyźnie, ale jedne kobiety wolą głos Benedicta Cumberbatcha, a inne - Briana Molko czy Pollarda Berriera. I chciałabym, żeby zakompleksieni młodzi mężczyźni też zdali sobie z tego sprawę.
Myślę, że Jożinowi po prostu ten bas kojarzy się z dorosłością, za którą tak bardzo tęskni.


Wicedyrektor Zajęczyk wyskoczyła ze swego gabinetu jak kukułka z tyrolskiego zegara.
- Kto to? Kto to? - zakukała w popłochu.
- To ja, proszę panią Zajączek. Pan Helmut „Scratch" Oracabessa. Dzieńdobry dzieńdobry.
(...)
- Czy pani wywobabczyni naszej Stachny? Stachny Trolla? - dopytywał się, zdejmując zarazem z czarnych loczków dziecka jasnozieloną czapkę z daszkiem. - Czy pani Zajączek chciała widzieć szwagiera?
Wicedyrektorka przycisnęła obie dłonie do szyi.
- Tak, proszę pana - odrzekła słabo. - Jest taka sprawa, że Stanisława...
- Yes taka sprawa, żes tanisława - powtórzył radośnie pan Oracabessa. - Yes taka sprawa, żes tanisława - kiwając się łagodnie na boki, zaczął lekko wystukiwać rytm, uderzając dłonią o ścianę. Dziecko natychmiast podchwyciło ten rytm, wybijając go panu Oracabessie na głowie. - Yeah, yeah, yes! Taka sprawa, żes tanisława! Oh, man, przepraszam - przeląkł się nagle, widząc minę pani Zajęczyk. - Nic się nie stało?
O, i to się pani Musierowicz udało, jak za starych dobrych czasów powiedzonek typu “li i jedynie”. Do tej pory na hasło “Jest taka sprawa” mam ochotę odpowiadać “że Stanisława”! :)
Ja też :) Poza tym przejęłam “pani wywobabczyni”.


- Nic - warknęła wicedyrektor.
- Pani Zajączek utopi w łyżce dziegciu - zażartował pan Oracabessa, a zerknąwszy na twarz wicedyrektorki dodał wyjaśniająco: - Idiom.
- Proszę?... - nie zrozumiała pani Zajęczyk. - Cóż, jest taka sprawa, że...
- ...Stanisława - podpowiedział jej usłużnie pan Oracabessa, rozdziawiając wielkie usta w szerokim uśmiechu życzliwości.
- ...Stanisława... - pani Zajęczyk zrobiła się czerwona, po czym nabrała powietrza, które uszło z niej po chwili w długim, powolnym jęku. - Ona... ach, ona nie chce zdjąć kapelusza! Na lekcjach!
Pan Oracabessa wyraźnie oczekiwał dalszego ciągu, lecz ten nie nastąpił. Wobec tego uśmiechnął się dobrotliwie.
- Tak, ona nie zdejmą. Nie zdejmą kapelusza, yeah.  
A ja nie powiem pani na osobności, że to z powodu białaczki i że dziewczyna może wymagać szczególnej troski. Taki jestem wyluzowany, oh yeah!
No bo jak to tak, odkryć karty na samym początku, cały suspens diabli wezmą.
Suspens naciągany jak kapelusz na uszy.
A można było przecież przeprowadzić tę scenkę tak, by coś zasugerować, a nie zdradzić tajemnicy. Ot, pan Oracabessa prosi o chwilę rozmowy na osobności, a pani Zajęczyk po tej rozmowie jest wyraźnie poruszona i odnosi się do Staszki niespodziewanie miło. Czy coś w tym rodzaju.


Zapadła cisza. Po chwili ogólnego milczenia i bezruchu pan Oracabessa poczuł się zakłopotany.
- A to jest zupełnie mała córeczka Jagienka Oracabessa. Powieś ładnie dzieńdobry dzieńdobry.
- Dzieńdobry dzieńdobry - odezwała się cicho Jagienka i - zawstydzona - ukryła uśmiechniętą buzię na ramieniu ojca.
- Ma uczulenie na truskawek - wyjaśnił on. - Dostała wysypek na całe ciałko. Jak ja zobaczyłem, ciarki mi przeszły koło nosa. Idiom.
Pani Zajęczyk milczała, tłamsząc sobie oburącz szyję i wlepiając oczy w swego rozmówcę.
- Teraz ja pojadę do poradni de - dorzucił zachęcająco pan Oracabessa, a kiedy wicedyrektorka nadal nie miała mu nic do powiedzenia, przyjął to z pogodą i wykonał niski ukłon, nie wypuszczając z objęć Jagienki.
- Dziękuję - powiedział. - Zrób ładnie ,,pa pa" do pani wybowabczyni - polecił Jagience. Jagienka, wciąż kryjąc buzię, zrobiła „pa pa".
Wicedyrektor Zajęczyk odpowiedziała jej tym samym.
- Ja nie wierzę, że to widzę! - wyjęczał zachwycony Manuel.
- Cicho! - syknęła Barbi.
Pan Oracabessa uśmiechnął się szeroko, krzepiąco, po czym skłonił głowę i z godnością oddalił się ku wyjściu. Nagle coś sobie przypomniał i wykonał kilka kroków z powrotem.
- Nigdy! - zagrzmiał z daleka do pani Zajęczyk, która znów się chwyciła za szyję. - Żadnej truskawki we wrześniu! Sypane! Woła o pomstę na puszczy!
Dalej w tekście będziemy mieć informację, że on się tych idiomów specjalnie uczy, ma zeszycik, w którym je sobie zapisuje itd. Używa ich też bardzo chętnie, zdecydowanie częściej niż używałby ich w zwykłej rozmowie zwykły Polak, a co dopiero uczący się języka cudzoziemiec. Wnioskuję więc, że takie smaczki językowe to jego hobby. Dlaczego więc, do ciemnej śrubki, przekręca KAŻDY, ale to dosłownie każdy idiom? Nie tylko w tym dialogu, ale i w całej książce nie ma ani jednego przypadku, gdzie Helmut użyłby idiomu poprawnie, zawsze coś mu się pomerda (najczęściej sklei ze sobą dwa różne, jak tu - “wołać o pomstę do nieba” i “wołać na puszczy”). Dlaczeeegoooo???
Bo to jest postać Zabawnego Cudzoziemca. Podkreślanie, że to cudzoziemiec. Tak jak, zauważcie, kiedy czytamy o małym Walentym Oracabessa, bezustannie jest podkreślane, że jest on czarny. Czarny Walenty, czarna buzia Walentego, czarna noga Walentego wystająca spomiędzy innych nóg, i tak dalej.

5.
Wszystkie te wydarzenia przemknęły teraz przez głowę Józefa Pałysa z szybkością wprost zawrotną, pomiędzy numerem czterech golasek z piórami na tyłkach, a występem gołej pieśniarki z piórami na głowie.
Szczęście, że to nie jest Sylwester 2013, dopieroż by wydziwiał nad kostiumem Maryli Rodowicz!




Retrospekcja nie zrobiła mu dobrze - posmutniał. Zdał sobie sprawę, że przez trzy miesiące od poznania Trolli tylko czterokrotnie miał okazję z nią porozmawiać. Owszem, widywał ją codziennie w tym jej zielonym kapeluszu - uśmiechała się do niego zawsze, była dla niego wyjątkowo miła i wichrzyła mu czuprynę nad czołem - jednak nie tego wyłącznie oczekiwał po ich znajomości.
I jakież to logiczne wnioski wyciągnął z tego ten bystry i inteligentny obserwator?
I czegóż to oczekiwał, mianowicie, bystry i inteligentny obserwator?


Raz jeden pozwoliła mu się odprowadzić - i to nie do domu, a do jakiejś poradni w Śródmieściu.
Niestety, akurat w tym momencie zdolność bystrej i wnikliwej obserwacji opuściła Józefa i nie zauważył, jakiej.


Tuż przed Gwiazdką wreszcie, podczas szkolnego opłatka, Trolla odnalazła Józinka sama, wskutek czego omal nie uleciał ze szczęścia pod sufit. Przeszła całą wielką salę, pełną ludzi, by złożyć mu życzenia!
- Wszystkiego najlepszego na Święta, przyjacielu - powiedziała wesoło i przełamali się opłatkiem. - Taki zawsze jesteś dla mnie miły...
O, nawet nie wiesz, jaki cię spotyka zaszczyt.


...Masz! Prezencik dla ciebie - potargała mu włosy nad czołem i odeszła. A on, wzruszony, patrzył za nią jeszcze przez chwilę, obserwując, jak zielony kapelusz znika w tłumie, po czym opuścił wzrok na upominek.
No, cóż. To był wielki lizak owinięty kolorowym papierem. Omal nie wyrzucił prezentu do kosza. Zreflektował się jednak, zabrał go do domu - a tam, otworzywszy paczuszkę, znalazł w niej czerwone paskudztwo z napisem LOVE wykonanym z białego cukru.
Postawił lizaka w wazoniku, na swoim biurku, gdzie stał do dziś. Bo co można zrobić z czymś takim? A w ogóle, trzeba trzeźwo oceniać każdą sytuację. Gdyby treść napisu choć trochę odpowiadała prawdzie…
...to dopiero miałbyś problem, chłopcze. Chyba że mówimy o miłości braterskiej lub bliźniego (ale to brotherly love lub charity, nie samo love). A może w tej alternatywnej rzeczywistości czternastoletnie dziewczyny chodzą na randki z chłopcami dziewięcioletnimi?
Widziałaś kiedyś lizaka z napisem “Charity”...?
Swoją drogą, nie mam pojęcia, po co MM oparła całą fabułę książki na zakochaniu dziewięciolatka w gimnazjalistce. Nie wynika z tego nic poza dalszymi bezsensownymi scenami w kolejnych tomach Jeżycjady (bo wierny rycerz Józef,  jak już się w wieku lat dziewięciu zakochał, to do grobowej deski). Naprawdę wszystko, co tu się dalej będzie działo, mogłoby wyglądać podobnie, gdyby tych dwoje połączyła głęboka przyjaźń.
I byłoby to wiarygodniejsze.
Zwłaszcza, że najważniejszym wątkiem wydaje się tu wcale nie relacja Józinka z Trollą, ale z Ignacym Grzegorzem. To ich konflikty wybijają się na pierwszy plan, jeśli chodzi o interakcje między bohaterami, a pogodzenie się chłopaków puentuje książkę. Niestety, jak wiemy z późniejszych tomów, jest to zgoda równie nietrwała, co rehabilitacja braci Lisieckich.


...Trolla z pewnością postarałaby się z nim zobaczyć w czasie ferii świątecznych. Ale nie. Nie miała takiej potrzeby.
I w tym momencie Józina olśniewa myśl, że nawet jeśli Trolla chciała jakoś się z nim skontaktować, to nie mogła, gdyż nie zna nawet jego nazwiska, a co dopiero adresu albo telefonu. To tak a propos wyciągania logicznych wniosków z sytuacji.


6.
[Jożin jęczy w duchu, że cały świat bawi się i kąpie w szampanie, a tymczasem on i siostra…]


Sylwestra mieli spędzić u dziadków, piętro wyżej. Superfrajda, rzeczywiście. Dziadek będzie bez końca gadał po łacinie, a babcia zasiądzie przed swoim laptopem i nie będzie można z nią słowa zamienić.
Józefie, bluźnisz!


Od Gwiazdki nie upieczono tam pewnie żadnych nowych ciast, a więc do jedzenia będzie tylko ten podeschnięty makowiec oraz twardawe kawałki świątecznego piernika.
U BOREJKÓW?!
Zrzęda-Józef już się rozwija w brzuchu Józinka…
Rozwija się? On już tam jest, duży, wypasiony i dobrze zadomowiony.


Trzeba będzie znosić mięczakowatą obecność Ignacego G. Stryby. Z pięć razy padnie pytanie, czy dzieci umyły zęby (obsesja babci). I zamknie się je na koniec w pokoju bez telewizora.
Z tego wynikałoby, że był jakiś inny pokój z telewizorem. Widać na tym etapie Borejkowie jeszcze nie uważali, że telewizja robi tylko kisielek z mózgu.
Albo to tylko ta józinowa metoda doszukiwania się we wszystkim powodów do narzekania. Tak jak wigilia klasowa mu się nie podobała, bo była bez kiełbachy.


[Ida] Zaprowadziła jego i Łusię do mieszkania dziadków na wysokim parterze, uprzednio zamknąwszy na siedem spustów drzwi sutereny. Tata, tłumiąc ziewanie i starając się nie okazywać, jak bardzo nie chce mu się iść na bal, ruszył uspokajać czekającego już taksówkarza.  
Postać Marka Śpiocha jak zwykle bardzo pomysłowo opisana.


Mama zawsze przesadzała, we wszystkim.
Zostali przekazani babci w taki sposób, jakby istniały tysiączne obawy co do ich bezpieczeństwa, zdrowia i równowagi umysłowej
Czy mnie się zdaje, czy też dopiero co Jożin określał zachowanie swej matki jako beztroskę, skądinąd przemiłą?


- choć przecież oboje, od zarania życia, bywali u dziadków kilka razy dziennie, a często i w nocy (jak się ma rodziców lekarzy, człowiek nie zna dnia ani godziny).
No cóż. Zrozumiałam to tak, że rodzice Józinka bywają w środku nocy wzywani do nagłych przypadków. Ok, ale jakie nagłe przypadki laryngologiczne może mieć Ida?
Mnie się wydaje, że jednak wtedy po prostu siedzi na dyżurze, według wcześniej uzgodnionego grafika, a nie jest wyrywana nocą z łóżka.
Raczej tak.


[W kuchni Borejków dziadkowie i wnuki zasiadają przy stole]


To był stary i naprawdę wielki stół z jasnego drewna, zawsze wyszorowany do czysta, i bardzo przez wszystkich lubiany. Wygodnie się przy nim jadło, wygodnie rysowało, czytało albo gadało. Podarowała go babci jej dawna opiekunka Gizela, która była bardzo dobra i kochana. Czasem, jak Babi o niej mówiła, mimo woli głaskała ten stół, jak człowieka.
Józinek uniknął dysonansu poznawczego, ponieważ nie było go jeszcze na świecie, kiedy dobrą i kochaną opiekunkę Gizelę przedstawiano jako cwaną panią Trak, która wyrolowała naiwnych Borejków przy zamianie mieszkań (Kwiat kalafiora).
W ogóle - jak MM mogła nie zauważyć, że wprowadzenie tak ważnej dla rodziny postaci (dla tych, co nie czytali: Gizela przygarnęła Milę, kiedy rodzice dziewczynki zginęli w czasie wojny i wychowała jak własną córkę) dopiero w ...nastym tomie cyklu sprawi potworny dysonans poznawczy? W powieściach sprzed “Kalamburki” nie ma słowa o tym, żeby Mila i Ignacy mieli jakichś rodziców czy opiekunów, a ich córki - dziadków. Jedyną bliską rodziną jest Józef, brat Ignacego (kurde, męcząca jest ta powtarzalność imion w Jeżycjadzie). Po “Kalamburce” czytelnik odnosi wrażenie, że ciepła, kochająca i silnie związana ze sobą rodzina Borejków po prostu pozbyła się starej matki, wyrzuciła ją poza nawias swego życia, nie utrzymując żadnych kontaktów...


Teraz cały blat był zastawiony. Pachniało dobrym żarciem. Były tu smażone kiełbaski i sałatka z majonezem, pepsi, truskawkowy koktail oraz fura bułeczek z cebulką. Były też francuskie gniazdka z wiśniami i bitą śmietaną. Niestety, początkowy entuzjazm nieco w Józinku przygasł, gdy okazało się, że on i Łusia nie są bynajmniej jedynymi biesiadnikami. Przy stole roiło się już od kuzynów płci żeńskiej i męskiej, a głowy ich lśniły i mieniły się wszystkimi odcieniami jednej barwy - od marchewkowego, poprzez miedziany, rdzawy, aż po przynajmniej dwie odmiany koloru kasztanowego.
W rodzinie Borejków, jak widać, gen rudości jest dominujący - takie włosy mają nawet dzieci rudej Idy i bruneta Marka (oczywiście nie jest to niemożliwe, Marek mógł być również nosicielem genu).


Były tu wszystkie młodsze dzieci wszystkich trzech sióstr mamy, a więc: Ania, córka cioci Patrycji - powolna, czerwonolica grubaska, oraz jej pulchna siostrzyczka Nora.
Grubaska po raz pierwszy...


Był też i Szymon, syn cioci Natalii, ze swoim małym bratem Jędrkiem (dziadek mówił o nich: „ja się nie boję Braci Rojek") - siedzieli milcząco, obaj rumiani, szeroko otwierając zdziwione szare oczy. Do kompletu brakowało dorosłych kuzynek, Róży i Laury, lecz ciocia Gabrysia i tak była reprezentowana przez ich przyrodniego brata Ignacego Grzegorza. Jako jedyny spośród usadzonej za stołem gromadki był on bladym, ulizanym brunetem. W tym barwnym, ognistym, rumianym towarzystwie Ignacy G. Stryba wyglądał jak kukułcze jajo i taki też miał, zdaniem Józinka, charakter.
Z małego radia babci płynęły spokojne tony skrzypiec i altówki - jak zwykle słuchano tu muzyki poważnej, przeciwko czemu Józinek bynajmniej nie oponował, choć osobiście wolałby posłuchać dzisiaj Rammsteina.
O matko, skąd się Józinkowi wziął akurat Rammstein? Słuchali tego zespołu rodzice? Koledzy z trzeciej klasy podstawówki? O jakichś starszych kumplach ani słowa, gimnazjaliści są wspominani w monologach wewnętrznych Józina jedynie jako przykład wrzaskliwych i bełkoczących prymitywów - kiepski materiał na muzyczne autorytety. Jest grudzień 2003 roku, ostatni raz na Liście Przebojów Trójki Józin miał okazję usłyszeć Rammstein (konkretnie Ich will) w grudniu 2001, kiedy miał latek siedem… Nie upieram się, że wszystko to jest zupełnie nieprawdopodobne, ale miło by było znaleźć w książce chociaż króciutkie uzasadnienie. Bez niego można sądzić, że gdzieś tam taka nazwa obiła się autorce o uszy, więc jej użyła bez zastanowienia.
Zabrałaś mi przemowę! :P
Poza tym dosłownie parę akapitów wcześniej padło, że właśnie odkrył bluesa, że jest oczarowany ciepłymi i aksamitnymi głosami wokalistów, a męczą go ochrypłe i wulgarne ryki jego dziewięcioletnich kolegów. Nie mówię, że Till nie potrafi zaśpiewać pięknej ballady, ale nawet wtedy jego głosowi daleeeeko do ciepła i aksamitu ;)
W sumie - Józin mógł załapać Rammsteina od mrocznej Laury, ale właściwie nie dostajemy ani słowa na temat jej obecnych zainteresowań muzycznych. Niewykluczone, że nadal jest wielbicielką opery i jazzu nowoorleańskiego, li i jedynie.


Muzyka babci miała jednak klasę, stare kawałki Mozarta czy Vivaldiego same wpadały człowiekowi w ucho, choć trudno było pogodzić się z faktem, że ci twórcy wkładali sobie na łeb peruki i nosili atłasowe spodenki z koronkami.
Józef wyprzedza trendy i prawicowych publicystów, już 10 lat temu wyczuwał nadciągającego demona gender. Takie spodenki zmarłego przed wiekami kompozytora muszą bardzo przeszkadzać w słuchaniu jego muzyki z magnetofonu!
Może pluderki piją w kroku?
Noweś, jak tu słuchać, kiedy cały czas dręczą go wątpliwości, czy Prawdziwemu Mężczyźnie wolno! Co za szczęście, że nie mógł jeszcze widzieć teledysku do Mann Gegen Mann z Tillem w pończochach i na obcasach, ani do Mein Herz Brennt (piano) z Tillem w sukni, bo jeszcze zwątpiłby i w Rammstein…


Babi, urodzona w jakiegoś zamierzchłego sylwestra, miała też jutro imieniny (Melania), więc kolacja rozpoczęła się od urodzinowo-imieninowego toastu, wzniesionego przez dziadka, a spełnionego rzekomym szampanem (babcia zrobiła go z wody gazowanej i syropu borówkowego). Józinek wypił ten dziwaczny płyn z czystej uprzejmości; był przywiązany do babci. Ta dowcipna kobieta była wprawdzie dość popędliwa (doskonale pamiętał, jak piecze klaps wymierzony jej sękatą dłonią w młode pośladki) [bez komentarza], lecz jednocześnie nikt w rodzinie nie był równie bystry i pojętny jak ona. Józinek miał niezbitą pewność, że to właśnie Babi rozumie go najlepiej, i to w dodatku bez słów!
Borejkom w ogóle najlepiej wychodzi porozumiewanie się bez słów, gdyż, jak wiadomo, słowa są źródłem nieporozumień.


Nie wykluczał też możliwości, że jest jej ulubionym wnuczkiem, do czego ona nie przyznaje się, powodowana poczuciem sprawiedliwości (miała przecież, oprócz niego, jeszcze ich ośmioro). Skąd więc czerpał tę pewność? - cóż, z różnych drobnych wydarzeń. Tuż przed Gwiazdką, na przykład, zdarzyło mu się przypadkiem podsłuchać rozmowę babci z ciocią Gabrysia. Siedział był właśnie na sedesie, jak zwykle przy tej okazji pogrążony w długiej, refleksyjnej lekturze komiksu, gdy w kuchni, przyległej do łazienki, one dwie jęły ustalać sprawę ewentualnej operacji migdałków drogiego Ignacego Grzegorza.
- Nie obraź się, Gabrysiu - usłyszał stanowczy głos babci - ale najpierw chyba musisz sprawić, żeby Ignaś nie histeryzował na widok białego fartucha. Podczas badania - cóż, myślałam, że się spalę ze wstydu. Zesztywniał, zrobił się siny i krzyczał wniebogłosy. To nie Józinek, który zachowuje się jak mężczyzna w każdej sytuacji.
Oczywiście.
Oczywiście, zamiast uspokoić przerażone dziecko, należy spojrzeć na nie z pogardą i porównać do kuzyna.


Prawdę mówiąc, niezbyt często zaglądał do lustra, bo i po cóż miałby robić coś tak głupiego…
Tylko głupie baby zaglądają do lustra. Prawdziwy Mężczyzna Józef będzie dumnie paradował z keczupem na brodzie, ziarenkiem maku między zębami i krzywo zawiązanym krawatem.


...ale nazajutrz po tej rozmowie, będąc z mamą w aptece, z zaskoczeniem zauważył w zwierciadlanej tafli odbicie barczystego, rosłego chłopca o mocnej szyi i kwadratowym podbródku.
Tak patrzę, gdzie on ma ten kwadratowy podbródek i jakoś nie widzę…

Kiedy ostatnio - doprawdy wcale nie tak dawno temu! - tkwił przed tym samym lustrem, był zaledwie pyzatym bobasem w spacerowym wózku, wielki łeb kiwał mu się na cienkiej szyjce, a z ust dobywały się bąbelki. Pamiętał, jak bardzo go wtedy zezłościło, że mu tak obwisa ta tłusta fałda pod brodą!
Yyy… to jest opis dziecka mniej więcej rocznego, mamy rozumieć, że:
- Jożin przez osiem lat nie przeglądał się w lustrze,
- mając ten rok był w stanie rozpoznać siebie samego i w ogóle zrozumieć, o co z tym lustrem chodzi,
- pamięta cokolwiek z tego okresu,
- zdenerwował się “tłustą fałdą”? Małe dzieci przyjmują swój wygląd jako coś oczywistego, oceny i porównania zaczynają się dużo, dużo później.


Józinek roczny, fotografia poglądowa:




Obecnie - nic z tych rzeczy; śmiało mógł oczekiwać niedalekiego już dnia, gdy wreszcie zacznie się golić, a ostrze brzytwy (tak, w grę wchodziła wyłącznie brzytwa!) z chrobotem będzie się przesuwać po twardych szczękach i grubej szczecinie.
Skąd mu ta brzytwa przyszła do głowy? Chyba że z jakichś starych filmów.


Tata mówił o nim „mały atleta", kiedy wieczorem, po zwykłej serii wspólnych skłonów, pompek, przysiadów oraz boksowania, udawali się pod prysznic.
Te opisy męskości widzianej okiem Józinka wydają mi się zawsze takie... obleśne.


Józinek spokojnie przysunął bliżej misę pełną sałatki jarzynowej i przeniósł sobie na talerz kopiastą porcję. Zapachniało rozkosznie kiszonym ogóreczkiem. Uwielbiał te babcine sałatki! Ta była z kukurydzą i chrzanem - brawo, Babi!
- Smakuje ci, Józinku? - spytała babcia, patrząc z drugiej strony stołu, jak on zajada.
- Tak - odrzekł krótko. Sałatka była rewelacyjna, podobnie zresztą jak kiełbaski - tłuściutkie i chrupiące, ale po co miałby bezustannie strzępić gębę. Przecież i bez tego babcia odgadła, że on jest zachwycony.
Cuś mi się widzi, że jak Jożin już dorośnie i ożeni się, to będzie jednym z tych typów, co uważają, że jak raz powiedział żonie, że ją kocha i do tej pory tego nie odwołał, to już drugi raz nie musi. A że ten pierwszy raz był piętnaście lat wcześniej...


Pakując do ust połowę bułki, sowicie posmarowanej musztardą, spojrzał poprzez stół, ponad dzbankami, półmiskami i paterami.
Czy Ida - dietoterrorystka wie, czym karmi się jej dzieci u dziadków?!


Uśmiechnięta Babi nalewała właśnie rzekomego szampana do małych kieliszeczków od likieru, żeby napiły się i najmłodsze dzieci.


Teraz powstał dziadek, odbijając łysiną wszystkie światła i światełka.
*głupawka* skojarzyło mi się to z wygaszaczem Dumbledore’a :D


- Silentium, silentium! - zawołał, sięgając znów po kielich. - Wzniosę teraz kolejny toast.
Wszystkie dzieci, nawet te, które były jeszcze we wczesnej fazie rozwoju i musiały siedzieć na stosach słowników oraz encyklopedii, wzniosły także swe puchary, kieliszki i kieliszeczki.
Że się tak zainteresuję - a czy wszystkie dzieci umieją już siadać na nocnik, a jeśli nie, to czy mają dobre, nieprzeciekające pieluchy? Bo tak się z lekka obawiam o te encyklopedie...
Już widzę, jak pięknie wznosi swój kieliszeczek półtoraroczne dziecko.


- Pijmy zdrowie naszej ukochanej! - zakrzyknął dziadek, jak zwykle zadziwiająco podobny do cocker-spaniela.
- Każdy swojej? - upewnił się Józinek. Przy stole zapanowała nagła cisza, tylko mała Nora głośno mamlała ciasteczko. Dziadkowie przyglądali się Józinkowi z czymś w rodzaju miłego zaskoczenia. Ignacy Grzegorz zrobił buzię w ciup i skromnie spuścił oczęta.
ODEJDŹ, MIAZMACIE, KYSZ, KYSZ!!!
No to się pani Musierowicz udało :D


Pozostałe dzieci gapiły się w Józinka maślanymi oczami bez wyrazu.
- Miałem na myśli naszą ukochaną Milę Borejko, moją małżonkę, a waszą babcię - wyjaśnił dziadek. Odchrząknął i z zainteresowaniem zerknął na Józinka, dorzucając: - A ty?
W umyśle Józefa Pałysa coś zaiskrzyło.
- Też - odparł, po czym wzniósł swój kielich w kierunku babci, jednocześnie skłaniając z powagą czoło. Była zachwycona.
Co mu szkodziło. I tak myślał o Trolli. Tylko o niej. Przez cały czas. Ciekaw był, czy ona choć raz pomyślała dziś o nim.
- Yh! - yy! Y! - H - h - h! - zastękała nagle gruba Ania, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi.
Grubaska po raz drugi.


Dzieci kończyły kolację. Ignacy Grzegorz, poprawnie złożywszy sztućce, pogrążył się w dyspucie z dziadkiem (tematem były dziś pieśni Horacego).  
Józinek spojrzał na kuzyna z niesmakiem. Jak to można, psiakrew, będąc facetem już dziesięcioletnim, mieć taką miękką buzię i słodkie usteczka, i oczka jak migdałki, i czółko wypukłe z loczkiem... ohyda.
Zwłaszcza kształt czoła Ignasia musi być szalenie uciążliwy w codziennych kontaktach!
Ciekawe, czy Józinowi spodobałaby się muzyka Foals. Wokalista kipi testosteronem, żadne tam atłasowe spodenki i koronki, ale ten loczek na czole!!!
Myślę, że w kwestii loczków na czole Jerry Only go przebija ;)


Poza tym… Ja wiem, że mam mózg zepsuty przez Miazmat (oj masz, masz!), ale ten opis silnie mi się kojarzy z sytuacją, kiedy ktoś chce ukryć fakt, że jakaś osoba strasznie mu się podoba i w ten sposób próbuje jakby sam siebie zniechęcić. ;)
A wiesz, że i ja miałam takie niesprecyzowane podejrzenia, jakoby Józin w ten sposób usiłował sobie coś wmówić. No bo kurczę, czółko i loczek, serio?
Loczek jak loczek, ale te słodkie usteczka!
(I zanim ktoś nam zarzuci, że dośpiewujemy dziewięciolatkom jakieś miłosne afery, o których wcale jeszcze na tym “wczesnym etapie rozwoju” nie myślą, przypominam, że sama autorka przedstawiła nam dziewięciolatka jako zdolnego do głębokiego zakochania, które przetrwało całe lata).

- Y! yyy! H! H! - stękanie kuzynki Ani zagłuszyło Mozarta i wszyscy nareszcie na nią spojrzeli. Czerwona jak wiśnia, z wytrzeszczonymi oczkami, biedna grubaska siedziała bez ruchu, wywalając język, na którego końcu sterczał, jak czapeczka na krasnoludku, wąski i długi kieliszek do likieru.
Po raz trzeci...


- Aniusiu - rzekł dziadek stanowczo. - Co ty wyprawiasz? To nieelegancko wylizywać resztki. Zwłaszcza z kieliszków. Chcesz być dziewczynką o prawdziwie ostrym języczku? Cha, cha. Doprowadź się do porządku, bo jeszcze ten kieliszek się stłucze.
- Y Y Y Y Y! - dała do zrozumienia kuzynka Ania, pokazując niepewnym gestem, że polecenie dziadka jest niewykonalne.
- Przyssało jej się - powiedział z zainteresowaniem Szymon.
- Na samym dnie kieliszka - wtrącił swobodnie Ignacy G. Stryba - wytworzyła się, jak sądzę, próżnia. Natura horret vacuum, jak wiemy, toteż wciśnięty w głąb czubek języka uległ zassaniu.
Po prostu słyszę, jak on to mówi takim rozwlekłym, nudnym, namaszczonym głosem.


- Doskonale, Ignasiu - pochwalił go dziadek. - Rozumujesz logicznie.
Cóż, pomyślał Józinek, dokładnie taką samą ilość logicznego rozumowania zawarł w swej wypowiedzi Szymon. Pierwszy też wyciągnął wnioski ze swej obserwacji. Ale to nie jego chwalono.
Dalej, jeszcze sobie podyskutujcie, poszpanujcie łaciną, snujcie monologi wewnętrzne, a grubaska niech tam sobie stęka.


O, doprawdy, trudno było o wyraźniejszy dowód, że opakowanie bywa ważniejsze od zawartości.
O, doprawdy, jakże naturalnie brzmią takie przemyślenia u dziewięciolatka.


Domowi intelektualiści najwidoczniej cenili obfite gadanie, nie zaś logiczne spostrzeżenia, a tym bardziej - czyn.
Nasz mały człowiek czynu natomiast lubi najpierw snuć rozważania “Ach, nikt tu nie myśli, nikt tu nic nie robi, tylko ja jeden, zdecydowany, opanowany, prawdziwy mężczyzna, ja jeden tu działam” zanim weźmie się do jakiejś konkretnej roboty.


- Aniu! Dość tej zabawy, to niebezpieczne! - przestrzegła Babi.
- Kieliszek jest zbyt kruchy - przekonywał Anię dziadek. - Twój język może spłynąć krwią.
Teraz to już zupełnie dziecko przerazili. O czym więc warto wspomnieć w tym momencie?


Z oczu grubaski trysnęły łzy, a z krtani dobył się rozpaczliwy skrzek.
Tak, właśnie. Najważniejsze to przypomnieć czytelnikom, że dziewczynka jest grubaską.
Powolną, tępą, czerwonolicą i w dodatku - skrzeczy...


Jednakże jej skłębione uczucia rozumiał tylko Józinek: biedaczka bała się nawet dotknąć kieliszka, gdyż nieźle ją nastraszono. Na wszelki wypadek rozczapierzyła paluszki obu rąk i usztywniła nogi.
Cóż było robić. Józinek bez słowa pospieszył jej z pomocą. Ujął kieliszek za nóżkę, ostrożnie pociągnął - i nic. Bez skutku. Kieliszek, jak przyklejony, tkwił na wystawionym języku kuzynki, ona zaś wrzasnęła - głucho i okropnie.
Teraz i Józinek lekko się wystraszył. Odskoczył w tył, a Ignacy Grzegorz oczywiście wydał z siebie szydercze prychnięcie.
- Ach! Nie można zdjąć?! - babcia zrozumiała nagle grozę sytuacji.
Brawo, Sherlocku!
Ja się tylko zastanawiam - czy kieliszek, choćby i wąski, może aż tak się zassać?...


W jednej chwili znalazła się przy wnuczce i przystąpiła do działania. - Na Boga, coś ty narobiła - narzekała, kręcąc ostrożnie kieliszkiem, co sprawiało, że oczywiście skręcał się i język Ani.
No coś ty narobiła, głupia grubasko.


- Och, faktycznie. Ani drgnie.
- Nożem! - podsunął jej Józinek. Grubaska zawyła strasznie, a z jej oczu siknęły strugi łez.
Grubaska po raz piąty.


- E! E! E! - zaczęła protestować, tupać nogami i odpychać babcine dłonie.
- Jak to: nożem?! - zdenerwował się dziadek. - Chłopcze, o czym ty mówisz? Czy dobrze rozumiem, że chcesz jej obciąć koniec języka?


8-Common-Signs-and-Symptoms-of-Nervous-Breakdown1.jpg
[http://wp.production.patheos.com/blogs/lovejoyfeminism/files/2013/09/8-Common-Signs-and-Symptoms-of-Nervous-Breakdown1.jpg]


Dom wariatów, pomyślał Józinek. Spojrzał na wzburzone, pociągłe oblicze dziadka, na jego brązowe oczy lśniące zgrozą, z trudem pohamował wybuch śmiechu.
- Nie - odparł.
- To po co ci nóż?! - pienił się dziadek, stukając kościstym palcem w blat stołu, tuż przed jęczącą Anią.
- Pokażę - rzekł krótko Józinek. Nie ma co się wdawać w rozwlekłe dyskusje, w dzielenie włosa na czworo czy ustalanie strategii. To dobre dla teoretyzujących mózgowców. Ktoś natomiast musi tu być praktykiem i zacząć po męsku podejmować decyzje.
Taaaak. Jożin - Męski, Bardzo Męski - nie zniży się do wyjaśnienia, co właściwie ma zamiar zrobić. Niech więc się nie zdziwi, jeśli Ania, wystraszona przed chwilą niemal na śmierć groźbą odcięcia języka, zacznie wyrywać się i szarpać albo uciekać i faktycznie zrobi sobie krzywdę.

Ujął tępy nóż stołowy o zaokrąglonym czubku, drugą ręką chwycił podstawę kieliszka i skierował ostrze do jego wnętrza. Ania zawyła, babcia krzyknęła ostrzegawczo, a dziadek złapał się za głowę. Lecz Józinek dobrze wiedział, co robi. Delikatnie wsunął ostrze pomiędzy mięsisty język a szklaną ściankę, aż czubek noża stuknął o dno kieliszka. I po prostu wpuścił tam powietrze! Reszta okazała się zupełną fraszką: psyk! - i już. Ania wybuchnęła na odmianę głośnym śmiechem, przeplatając go łzami ulgi, zaś dziadkowie jednocześnie usiedli na stołkach.
Na szczęście Imperatyw Narracyjny nakazał, by wszystko skończyło się dobrze.


- Co tu się dzieje? - do kuchni wpadła teraz kuzynka Laura, która dotychczas ukrywała się przed dziećmi w zielonym pokoju. Dziadkowie zaczęli na wyścigi opowiadać jej, co zaszło, Jędruś podkręcił radio tak, że ryknęło niczym megafon, a Nora z radości wczołgała się na stół. Tymczasem Józinek przyglądał się kuzynce z niedowierzaniem. Co ona z siebie zrobiła?!
Laura, zwana Tygryskiem, liczyła sobie już osiemnaście lat i mogła uchodzić za dorosłą. Jednakże nie uchodziła, przynajmniej we własnym domu. Była to osoba kapryśna, narowista i cięta, nigdy też się nie wiedziało, z czym wyskoczy. Józef Pałys cenił ostrą, barwną indywidualność Tygryska, choć na ogół, jako człowiek roztropny, wolał nie być obiektem jej zainteresowania.
Nie, żeby mu to jakoś specjalnie groziło - Tygrysa generalnie dzieci nie obchodziły wcale.


Tym, co najbardziej w niej lubił, była jej oryginalna powierzchowność. Laura miała w sobie rzeczywiście coś z dzikiego kota: może to były te skośne, świecące oczy lub giętka talia. A może po prostu ogólny wyraz istoty groźnej, tajemniczej i pełnej swobodnego wdzięku. Dziwne mu się wydało, że atrakcyjna kuzynka siedzi dziś sama w pokoju, zamiast szaleć na jakiejś prywatce.
Nam też wydaje się to dziwne, ale pani MM usiłuje od dawna nas przekonać, że nastoletni chłopcy en masse lecą nie na urodę, lecz na wartości wewnętrzne dziewczyn, dlatego też Laura o ostrym charakterku jest sama jak palec, a potulna i grzeczna Róża nie może się opędzić od adoratorów.
Z tym że owa adoracja polega głównie na przepychaniu się w kolejce do spaceru u boku damy serca i niesienia jej tornistra, więc tak wiele Laura nie traci :-P


Najwyraźniej poczyniła na wszelki wypadek pewne przygotowania: ostrzygła swoje bujne ciemne loki i ufarbowała resztki włosów na kolor zielony. Uczerniła grubo rzęsy. W uszy wczepiła srebrne koła. Usta pomalowała na fioletowo, podobnie jak paznokcie. I ubrała się na czarno. Z twarzą całą w białym pudrze wyglądała teraz tak samo mizernie i łyso, jak wszystkie dziewczyny.
Aaaaha. Dlatego mężczyźni się nie pudrują - żeby nie wyglądać łyso!
Zastanawia mnie wygląd Laury. Wydawać by się mogło, że autorka chce z niej zrobić gotkę - ale o co chodzi w takim razie z tymi włosami? Do gotki pasowałyby właśnie długie, czarne!
(dobra, sama sobie odpowiem - o to samo, co z Józinowym Rammsteinem. MM załapała coś tam kątem oka, coś tam kątem ucha, i lepi z tych strzępków figurę Współczesnej Młodzieży).
Albo też wcale nie musi tu nic do siebie pasować, bo to Laura - zbuntowana przeciw Borejkom, a zatem zupełnie w życiu zagubiona. (Do mnie też nie przemawia ten opis, już prędzej widziałabym ją z ciemnym fioletem na głowie.)


- Cześć - powiedział do niej, lecz Laura go zignorowała, z pretensją zwracając się do babci: - Podobno chcecie położyć u mnie cały ten obłąkany żłobek?
- Kogoś chyba położymy, jest tu dzisiaj cała gromada... - łagodziła Babi, lecz Tygryskowi zaiskrzyły oczy.
- Sekundę! Sama wyremontowałam zielony pokój. Sama go urządziłam. Obiecywaliście, że będzie wyłącznie mój!
Babi odpowiedziała tonem kojącym, że chce tam ulokować tylko Anię i Łusię, bo to są ciche stworzonka, na co Laura rzekła drwiąco:
- No rzeczywiście! Zwłaszcza Ania! - a gdy grubaska znów zaczęła buczeć, głos zabrał dziadek.
Po raz szósty. Wiadomo, skoro gruba, to w ogóle upośledzona. Umie tylko jęczeć, ryczeć, sapać i buczeć.


- Tygrysku, rób, co ci babcia każe - rzekł stanowczo. - A wy, chłopcy, połóżcie się u Ignasia. - Miał na myśli duży pokój obok wejścia, będący odrębnym mieszkaniem cioci Gabrysi, wujka Grzesia oraz ich młodego geniusza.
Dodam tutaj, że “duży pokój” naprawdę jest duży - według informacji z którejś innej książki liczy sobie 50 metrów kwadratowych, więcej niż przeciętne trzypokojowe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Jest to zaadaptowane lokum po dawnej sąsiadce, pani Szczepańskiej. Niestety, nie posiada odrębnej łazienki (pani Szczepańska najwyraźniej nie miała potrzeb fizjologicznych - a może chodziła z nimi do innych sąsiadów z piętra?). Co ciekawe, mimo że pokój jest tak wielki, Gaba i Grzegorz nie pomyśleli nawet o postawieniu ścianek działowych, w związku z czym Ignacy Grzegorz sypia w wydzielonym kątku za regałem. Forum ESD już dawno doszło do wniosku, że to jest przyczyna, dla której jest to jedyne dziecko tej pary ;)
Na szczęście doszło też do wniosku, że owe 50 metrów kwadratowych to jest kolejny babol autorki. BTW moje całe mieszkanie ma metrów 48...


Józinek zaciął usta. Wysłuchiwanie łacińskich maksym przed zaśnięciem, a może nawet i po?! - czy to go miało czekać w tę wyjątkową sylwestrową noc?! - To być nie może!
Waćpan niekontent?


- Wolałbym u ciebie - zwrócił się stanowczym tonem do Laury, prędzej nawet niż pomyślał. - Nie chrapię - dodał zachęcająco.
Wszyscy spojrzeli na niego, zaskoczeni tym, że wypowiedział się tak obszernie.
Pięć słów! To chyba limit na dziś wyczerpany.


Laura wzruszyła ramionami.
- Mnie tam wszystko jedno - odrzekła obojętnie, lecz on docenił różnicę pomiędzy tym, a poprzednim jej wystąpieniem. Babcia też zrozumiała, że opór Tygrysa zelżał, i czym prędzej zmieniła swe plany, co tylko potwierdziło opinię, jaką miał Józinek na jej temat: była znakomitym strategiem.
Gabrysia wybyła na imprezę, więc Mila musi wyrabiać za nią normę wszechza****stości. (Ale spokojnie, spokojnie, Gabrysia wróci i peany na jej cześć nas nie ominą.)
Znakomity strateg, wiedząc, że może spodziewać się oporu, może omówiłby kwestię rozlokowania dzieciaków na parę dni przed Sylwestrem, a nie w ostatniej chwili? Podejrzewam, że Babi zamierzała zastosować znakomitą strategię, znaną jako “Masz zrobić tak, jak ja mówię!”.


- A więc Józinek u Laury - zadysponowała. - Nora u nas. Dziewczynki w pokoju Róży. A u Ignasia - Szymon i Jędrek. Może tak być?
Chwila. Jędrek Rojek młodszy jest od Nory, ma około półtora roku. Dlaczego więc dziadkowie biorą do siebie Norę, a Jędrka kładą spać z innymi dziećmi????
Ale ja się na pewno nie znam. Nie to, że MM nie pamięta, mimo rozpiski, w jakim wieku są jej bohaterowie.


jezyk-trolli,pdl,9741.jpg

Nikt nie wyraził sprzeciwu.
- Szkoda jednak - wtrącił Ignacy Grzegorz, poprawiając krawacik - że nie będziesz spał u mnie, Józinku. Chciałem z tobą nareszcie pogawędzić. Wiesz - takie długie, nocne rodaków rozmowy.
O co zakład, pomyślał Józinek, że to znowu jakiś cholerny cytat.
- Może jutro - odpowiedział równie uprzejmie. Bądź co bądź, był to sylwester, uroczysta kolacja, urodziny babci, i nie należało popełniać grubych nietaktów przez bezpośrednie wyrażanie swoich uczuć za pomocą, na przykład, silnych ciosów albo też kopniaków wycelowanych w czyjś miękki tyłek. Odrobina ogłady oraz opanowania - i już życie rodzinne biegnie bez zakłóceń.  
MM uważa młodych chłopców za coś w rodzaju małych niedźwiadków, które poszturchują się, przepychają i wdają w bójki - dla zabawy. Tak na przykład opisuje braci Lelujków:
“A skąd wiesz, cholera, że ja bym jej nie chciał zabrać do kina w swoje imieniny?
– Bo niczego takiego nie mówiłeś! – burknął Wiktor, czerwony jak rak, i złapał Adriana wpół. – Nie właź na mnie, nie właź na mnie, dobra?
– Łapy przy sobie, Wituś, bo ci je odgryzę! – Darek naparł bokiem na brata i docisnął go do regału. Wiktor podciął mu nogę i obaj runęli na parkiet.
– Uspokójcie się! – zawołał dla porządku Lucek, po czym z najwyższą przyjemnością zanurkował między braci, by mocować się z nimi, popychać i wymieniać kuksańce. “
Niestety, w przypadku Jożina i Ignasia to nie są żadne braterskie przepychanki tylko prawdziwe agresywne ataki, motywowane głęboką niechęcią małego maczo do “miągwy”. Ignaś zresztą nie pozostaje dłużny, tylko odpłaca na swój sposób - donosząc albo wyśmiewając się (Józin jest tak małomówny, że rodzina uważa go za lekko opóźnionego, więc coś mi się widzi, że Ignaś wyobrażał sobie “długie, nocne rodaków rozmowy” jako ciąg kpin z tępego kuzyna, który nie potrafi się odgryźć). I nikt tego nie widzi - ani matki, ani babcia - rodzinny strateg, ani opisująca to autorka...


7.
Było już wpół do dziewiątej. (...) Laura, przez chwilę niezdecydowana, usiadła wreszcie za stołem, biorąc czysty talerz i sztućce. Rozejrzała się z zainteresowaniem po pozostałościach z uczty.
- Sałatka, hm? - spytała w przestrzeń i nałożyła sobie solidną porcję. Po chwili na jej talerzu znalazły się jeszcze kiełbaski i oto urocza kuzynka zaczęła jeść z apetytem zapaśnika sumo. Józinek co chwila na nią spoglądał. Ciekaw był, w którym momencie ona zje całą tę fioletową szminkę.
Szminka, co za bezeceństwo. Józek tak wielką darzył kuzynkę pogardą, że aż oczu nie mógł oderwać.


Babcia wyniosła z łazienki otulone w jeden duży ręcznik dzieciaki i przeszła przez kuchnię, ciągnąc za sobą smugę mydlanego zapachu. Laura spojrzała za nimi i cmoknęła z niezadowoleniem, po czym przeniosła wzrok na Anię. Grubaska, trzymając rączki na stole, nieruchomo wpatrywała się w fascynującą kuzynkę.
Po raz siódmy.


Laurze to się nie spodobało.
- No, co tak się gapisz? - burknęła. - Rykwo jedna ty.  
Ania nadęła się z obrazy.
- Nie nadymaj się, nie nadymaj - skarciła ją Laura. - Po co masz wyglądać jak ropucha. Ale też narobiłaś kłopotu! Kieliszek! He, he. Dobrze, żeś sobie nie wpakowała do buzi żarówki!
Z Ani uszło powietrze.
Z głośnym świstem zapewne. I cały czas patrzyła tępo.  


- Żarówki? - powtórzyła.
- Żarówki, żarówki. Czytałam w internecie o takim przypadku
Bla bla, Laura opowiada historię o chłopaku, który założył się, że włoży do ust żarówkę, a potem nie mógł jej wyjąć; Jożin jest sceptyczny, bo przecież “Skoro włożył, to i wyjął, to chyba logiczne. Usta są bardzo rozciągliwe, żarówka gładka”. Na efekty nie trzeba długo czekać...


Stanął przed umywalką i zobaczył żarówkę. Leżała na półce pod lustrem. Szklaną gruszkę pokrywał od wewnątrz ciemny nalot. Przepalona. Można by sprawdzić, czy Laura miała rację. Opłukał żarówkę z kurzu i ostrożnie wytarł ręcznikiem, po czym, trzymając za oprawkę, włożył ją w szeroko otwarte usta.
Swoją drogą, musiał mieć naprawdę wielką tę paszczę. Przyznam się - spróbowałam! Nie, nie włożyć, przymierzyć tylko - i nie jestem w stanie otworzyć ust tak szeroko, żeby żarówka weszła, opiera się na zębach.
Albo żarówka była z tych mniejszych ;)
No właśnie próbowałam z taką raczej mniejszą...


No i co. Wielkie mi rzeczy. Spojrzał na siebie w lustrze…
Odnotujmy to w kronice!


...nawet śmiesznie wyglądał, z tym gwintem sterczącym z gęby. Naciągnięte policzki oblegały charakterystyczny gruszkowaty kształt. Złapał za oprawkę i pociągnął. Ale żarówka nadal tkwiła w jego ustach. Coś niezrozumiałego stało się też z jego szczękami. Zablokowały się, jakby je kto zacementował.


Spanikowany Jożin wpada do kuchni, gdzie rozpętuje się pandemonium podobne do tego przy kieliszku Ani.


Była to jedna z najbardziej upokarzających sytuacji, jakie Józef Pałys w ogóle przeżył. Zacisnął pięści, żeby się zmusić do zachowania spokoju, po czym energicznie podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę i podał ją babci. To tajemne porozumienie, które, jak mu się zawsze zdawało, łączyło go z tą kobietą, okazało się faktem. Babi spojrzała mu w oczy, zastanowiła się przez moment i wykręciła z pamięci numer doktora Kowalika. Józinkowi właśnie o to chodziło.
Sama by na to nie wpadła, gdyby dzieciak jej nie podpowiedział? Ktoś tu mówił coś o jakimś znakomitym strategu?


Numer ten wybierano zawsze, kiedy w domu zdarzało się coś nagłego, groźnego lub choćby tylko groteskowego, a rodziców Józinka nie było akurat w pobliżu. Czyli często. Okazało się, że los mu sprzyja. Doktor Kowalik wziął dzisiaj nocny dyżur w szpitalu i - jak powiedziała jego żona, głos której doskonale słychać było nawet, gdy się stało z daleka od telefonu - zrobił to celowo, żeby tylko nie iść na bal medyka!
Już od miesiąca na ulicach Poznania powiewały złowrogo płachty obwieszczeń, informujących o wysokim wymiarze kary dla wszystkich medyków, którzy mając wolne w Sylwestra nie pojawią się na tymże balu, tylko na przykład zostaną w domu przed telewizorem.


Józinek, mimo swej niedoli, przelotnie się zainteresował tym faktem. Co było złego w balu medyka? I dlaczego o tym nie wiedzieli jego rodzice? Nie miał jednak zbyt wiele czasu na rozważania, bo już babcia kazała mu się ubierać, i to w ohydne ciuchy Ignacego Grzegorza: skafander w kolorze pomarańczy i tandetne, podrabiane adidaski. Niestety, musiał usłuchać: tylko to na niego pasowało, a jego własne okrycie zostało przecież za zamkniętymi drzwiami domu.
To znaczy, że znakomity strateg stale bierze na przechowanie dzieci Idy z piętra niżej, ale nie ma klucza do ich mieszkania?
Najwyraźniej. Dziwi mnie też, że Ida, ostrożna aż do przesady, nie zostawia jednego kompletu kluczy u rodziców, na wypadek chociażby zgubienia własnych. Albo jakiejkolwiek interwencji w mieszkaniu, gdyby - na przykład - przez okno wpadła petarda. Albo konieczności zabrania stamtąd czegokolwiek, co akurat okaże się niezbędne jej dzieciom. I tak dalej.


Józinek miał nadzieję, że Babi okaże zrozumienie do końca: chyba nie każe mu w tym stroju paradować po ulicy, w dodatku - z żarówką w gębie? Znów podał jej słuchawkę, wybierając zarazem numer radio-taxi. I tym razem postąpiła tak, jak należało - wezwała taksówkę i włożyła botki.
W tym miejscu odnotowuję aż trzy babole naraz. Ja wiem, że pani MM taksówkarz był potrzebny, żeby dokładnie opisać starą miejską legendę o żarówce w ustach. Ale:
  1. Z mieszkania Borejków do szpitala Raszei jest jakieś trzysta metrów. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego Józinek nie mógłby ich przejść, zasłaniając sobie trzy czwarte twarzy szalikiem. W grudniowy wieczór nikogo przecież by to nie zdziwiło. (Ależ Dzidu, twarz jak twarz, ale czym zasłoni sobie “ohydny pomarańczowy skafander” i “tandetne podrabiane adidaski”?! Ciemno było!)
  2. Jest to wieczór sylwestrowy, wieczorna godzina. Próbowaliście kiedyś w dużym mieście łapać taksówkę w Sylwestra wieczorem, ot tak? Udało się?
  3. To już nie każdy musi wiedzieć, ale w okresie, w którym toczy się akcja Języka Trolli, w Poznaniu żadna korporacja taksówkarska nie przyjmowała zleceń telefonicznych w wieczór sylwestrowy! Można było owszem, zamówić sobie taksówkę NA wieczór sylwestrowy, ale dzień-dwa dni wcześniej. Wzięło się to stąd, że jakiś rok-dwa wcześniej powstał nieprawdopodobny sajgon, ludzie dobijali się telefonicznie, a wszystkie taksówki były w rozjazdach i brane przez łebków na postojach, nie dało się tego ogarnąć, Sodoma z Gomorą, ludzie pospóźniali się na te (nuworyszowskie oczywiście) bale i imprezy, i nauczone tym smutnym doświadczeniem, przez następnych kilka lat, radio taxi wyłączały się w sylwestra :)


No i tak. A wystarczyło użyć np. portiera w szpitalu albo zwyczajnie, sąsiada napotkanego w bramie.


[Taksówkarz] Ustawił sobie lusterko tak, by oglądać pasażera wraz z jego żarówką. Gapił się namolnie przez całą (niedługą, mimo koniecznego objazdu ulicą jednokierunkową) drogę do szpitala Raszei.
- Przecież jak weszła, to musi wyjść! - komentował bez ustanku. - Usta, pani szanowna, się rozciągają, a żarówka jest gładka.
Babcia rzuciła mu groźne spojrzenie, lecz taksówkarz tego nie widział i gadał dalej - a Józinek siedział, upokorzony dodatkowo tym, że ciemniak powtarzał jego własne argumenty sprzed kwadransa.
No właśnie, powtarza dokładnie jego argumenty, więc skąd to obraźliwe określenie? Bo co, bo taksówkarz?
Bo ma przed oczami żywy przykład, że żarówki nie da się wyjąć, a mimo to i tak się mądrzy.


[W szpitalu doktor Kowalik szybko i sprawnie usuwa żarówkę z paszczy Józinka, bez zbędnych komentarzy, za co ten jest mu nieskończenie wdzięczny. Doktor i babcia wymieniają jeszcze parę zdań na temat kondycji polskiej służby zdrowia…]

- Pani Milu! Pani Milu! Wie pani, co się dzieje ze służbą zdrowia. To jest kryminał. Nie ma pieniędzy już nawet dla szpitali onkologicznych. Chorzy na raka czekają miesiącami na przyjęcie do szpitala. Bal medyka? Jaki bal medyka?! Paru medyków na górze powinno popełnić honorowe harakiri. Co by i tak nic nie pomogło.


Aż tu wtem!


Ruszyli do wyjścia, otworzyli białe drzwi - i któż to się pojawił w progu, zapłakany, drżący jak osika, a popychany od tyłu przez kuzynkę Laurę? Kto sprawił, że w jednej chwili Józef Pałys został pocieszony, a jego duszę oblała słodycz spełnienia? Rodzina! - nie masz to jak rodzina: w progu stał Ignacy G. Stryba - z gwintem żarówki w gębie. Wyglądał jak idiota. Ubrany był w skafander Ani, za mały na niego, i w buty Laury, mocno na niego za duże.
I pewnie jeszcze na obcasie? Choć mrrrrhoczna Laura mogła akurat w tym okresie preferować glany.
Nie rozumiem tych wariacji na temat ubrań, prawdę mówiąc. Jożin musi włożyć ciuchy Ignasia, bo u dziadków nie ma własnych, ok (bezsensowność niepozostawienia żadnego klucza do mieszkania Pałysów wskazała wcześniej Melomanka). Ale! Okazuje się, że wychuchany Ignacy nie ma nic zapasowego? Tandetne i przemakające(!!!) adidaski jako jedyne buty na zimę?! Na litość boską, Gabrielo, ogarnij się i zajmij swoimi dziećmi!


Migdałowe oczy miał pełne łez, był też siny, sztywny z przerażenia i stawiał opór. Kuzynka musiała go brutalnie wepchnąć do gabinetu. Ale ledwie zobaczył człowieka w białym kitlu - momentalnie zrobił w tył zwrot i chciał dać nogę. Zamknięto mu drzwi przed nosem. Mówiąc ściśle, uczynił to Józef Pałys.
(...)Założył ręce na piersiach i zajął pozycję naprzeciwko stanowiska, przy którym pan doktor już wkładał nowe rękawiczki. Ignacy Grzegorz, spojrzawszy prosto w twarz kuzyna, nagle przestał się ślimaczyć. W jego oczach pojawił się wyraz zastanowienia, a zaraz potem - dumy. Na wyzwanie, wyczytane z twarzy kuzyna, zareagował, przyznać trzeba, jak facet: dygotał, ale podszedł jednak do stolika, przy którym doktor odpieczętowywał kolejną strzykawkę. Już już zdawało się, że drogi chłopiec wymięknie na widok lśniącej igły, ale jakimś cudem się sprężył i zebrał w sobie.
- O! Ten mi wygląda na strachajłę - zauważył bystry pan doktor i klepnął miągwę w wątłe plecy. - Spokojnie, synu. Mam nadzieję, że się nie boisz zastrzyków? Ignacy Grzegorz zwiotczał, zzieleniał i bezszelestnie osunął się na stołek.
- Cóż - powiedziała babcia. - Nie będziemy tego ukrywać. Ignaś niekiedy...
Miągwa wyprostował się nagle i rzucił babci oburzone spojrzenie, jakby właśnie dopuściła się zdrady.
Eee tam, skąd to oburzenie? Ma z tym babskiem do czynienia na co dzień, powinien się już przyzwyczaić.
No niestety, do pewnych rzeczy przyzwyczaić się nie da.


Następnie skierował wzrok na Józinka (który stał sobie jak przedtem, z założonymi rękami, nie kryjąc już uśmieszku)...
No proszzzz, jak doktor sobie pokpiwał, to było straszne upokorzenie, ale na kuzyna już sobie można patrzeć ze złośliwym uśmieszkiem.


...i jakoś od tego zhardział. Powstał z wysiłkiem, dumnie odrzucił głowę z loczkiem i poddał się koniecznym zabiegom. Nawet nie pisnął, kiedy wbito mu w policzek igłę. Lekko sflaczał dopiero przy drugim zastrzyku.
- I... siup! - powtórzył się doktor Kowalik, tym razem nie bez trudu wydobywając żarówkę.
- O, było gorzej. Ten użył setki. Pani Milu, to ilu jeszcze pani ma wnuków?
- Uprzejmie dziękuję - takie były pierwsze słowa Ignacego G. Stryby po uzyskaniu drożności jamy ustnej. Prawdziwy mężczyzna, Józef Pałys, nie mógł okazać się gorszy.
- Dziękuję bardzo uprzejmie - powiedział.
Uff, niebezpieczeństwo zażegnane. Gdyby nie podziękował, wyrosłyby mu jajniki.


- A ja dziękuję jeszcze bardziej uprzejmie - dorzuciła Babi.
Znaczy, teraz babcia stała się jeszcze bardziej prawdziwym mężczyzną?


Wyszli całą czwórką na korytarz, gdzie oczywiście nastała pora na podsumowanie i kilka słów nauki moralnej.
- Czy wy naprawdę musicie doświadczać wszystkiego? - zadała celne pytanie babcia, lecz nie oczekiwała odpowiedzi. - Ignasiu, nie w każdej dziedzinie musisz naśladować Józinka, choć są takie, w których byłoby to wskazane. Idziemy w prawo, do wyjścia na Zacisze. Będzie bliżej do domu.
Dzięki słusznej jak zwykle decyzji rodzinnego stratega…
Autorko, przypomnij to jeszcze na każdej stronie po kilka razy, bo nie zapamiętamy.  
Umieram z podziwu. Cóż za niepośledni umysł: wie, którędy bliżej do domu!!!


...mieli niepowtarzalną możliwość zobaczyć, kto wchodził do szpitala z tej właśnie strony. Małpia sylwetka taksówkarza zarysowała się wyraźnie na tle wielkich, szklanych drzwi. Kierowca bardzo się spieszył - pędził przed siebie, osłaniając twarz szalikiem. Najpierw ujrzeli jego wydęte policzki, a zaraz potem mogli się przekonać, że i ten mężczyzna uległ naglącej potrzebie doświadczania. I że chyba użył dwusetki.
A ta cała historia wcale nie była zerżnięta z dowcipu krążącego w Internecie, no gdzieżby.
Oraz niech ktoś mi wytłumaczy jej sens, w tym miejscu i w takim kształcie, jak została tu umieszczona. Ja widzę tylko jeden: nabicie objętości książki. Z historyjki nie wynika żaden morał, nie jest też w żaden sposób powiązana z wydarzeniami wcześniejszymi czy późniejszymi… Gdyby jeszcze było tak, że np. Józin kpił sobie z Ani, która zassała kieliszek, a potem został za to ukarany podobną przygodą - ale nie, przecież on właśnie jej pomógł. Nie rozumiem.
Może żeby pokazać, że Ignaś to mazgaj, a Józinek - Prawdziwy Mężczyzna.
Ha! Przecież to właśnie Ignaś, o którym wiemy, że panicznie boi się lekarzy, zastrzyków itd., zniósł zabieg DZIELNIE, ale... nie doczekał się za to słowa pochwały, w ogóle nie zostało to zauważone! Jeśli w rodzinie Borejków raz uznali cię za miągwę, to będziesz miągwą, choćbyś gołymi rękami pokonał niedźwiedzia.
I właśnie tu mógłby być taki piękny morał, jak z dawnej dobrej Musierowicz: odważny jest nie tylko ten, kto się nie boi, ale przede wszystkim ten, kto się boi i ów strach przezwycięża!


8.
Laura już siedziała w internecie i zajadle klekotała klawiszami. Józinek rozejrzał się nieśmiało. Duży pokój, z oknami wychodzącymi na Roosevelta, opuszczony został przez ciocię Natalię zaraz po jej ślubie.
Dziękujemy ci, Robercie, żeś uwolnił nieszczęsną starą pannę z komunałki na Roosevelta! Wprawdzie już dawno temu zarobiła pieniądze na własną kawalerkę, wprawdzie ta introwertyczka nie miała tam swojego kąta, wprawdzie nie mogła zapraszać gości na wieczór, ale nic to, musiała trwać przy rodzinie, dopóki mąż jej nie wyswobodził.
Wprawdzie do dziś mieszka z tym mężem i dwoma synami w maleńkiej dwupokojowej klitce na poddaszu, z czego w jednym z pokoi mieści się tylko łóżko i krzesło, ale nic to.


Laura kompletnie go odmieniła. Przypominał teraz jaskinię czarownicy. Jedyny żywszy akcent koloru wnosiły ściany, tradycyjnie i od lat malowane na kolor zielony. Tyle że po okresie szmaragdowym i butelkowym nastała obecnie era - jak mówiła Babi - „psychotycznego turkusu".
Jak na takiego supermęskiego maczo, co to się żadnymi “babskimi” sprawami nie interesuje (i nie wykazuje też żadnych ciągot artystycznych) to Jożin naprawdę doskonale rozróżnia kolory.


Poza tym wszystko tu było czarne: zasłony, stare meble pociągnięte smolistym lakierem, ponure fotografie na ścianach (przedstawiające głównie Laurę w różnych pozach i ujęciach) i wazony, krzesło na kółkach oraz komputer. Tapczan okrywało coś przeraźliwego, co przypominało patchwork ze skórek nietoperzy. W pokoju panował półmrok, paliła się tylko lampa obok komputera.
Mhrrrrrrrock, mhrrrrrock wszędzie, mhrrrrock i zuo!

[Jożin układa się w kącie na karimacie i pogrąża w czytaniu komiksu. Odnotujmy, że nie jest to żaden pełen przemocy Superman czy Batman, ale stary, poczciwy Tintin.]


- Dobrze ci tam? - spytała nagle Laura wciąż wpatrzona w monitor.
- Uhm - mruknął, nie odrywając się od komiksu.
- Wolisz być ze mną niż z moim braciszkiem, hm?
- Hm? - zdziwił się Józinek tym nieoczekiwanym tematem.
- Nie krępuj się, mów śmiało. Mnie on też denerwuje. Zostałam zaniedbana przez matkę, gdy się urodził. Takie rzeczy długo zalegają w psychice.
Józinek powstrzymał się od komentarzy, gdyż nie bardzo rozumiał, o czym ona gada.
Osobiście nie miał takich problemów. Jego pięcioletnia siostra była bardzo sympatycznym i bezbronnym stworzonkiem. Cieszył się, kiedy przyszła na świat. Dużo też pomagał mamie, kiedy Łusia była malutka. Nauczył się nawet zmieniać pampersy i przyrządzać kisiel żurawinowy (cenny ze względu na witaminę C i mikroelementy).
Łusia jest młodsza od Józinka o cztery lata, co oznacza, że on jej te pampersy zmieniał samemu będąc jeszcze przedszkolakiem… Ja wiem, że w rodzinie Borejków dzieci wychowują się same, ale może jednak bez przesady…?!


Lubił karmić siostrzyczkę z butelki i nosić na barana. W ogóle ją lubił. Trochę mało była odporna na przyjazne braterskie kuksańce - zawsze podnosiła bolesny ryk. Kiedy jednak podrosła, doszli do porozumienia, które opierało się na prostej zasadzie: starszy rządzi, ona słucha i wykonuje.  
A jak nie, to przyjazny, braterski kuksaniec i znów chodzi jak w zegarku.


- Cholera mnie bierze! - wyznała nagle ona.  [Laura]
- Hm?
- Wszyscy się bawią. Róża też poszła z tym swoim odwiecznym Fryderykiem, a ja siedzę sama w domu, z dzieciarnią...
Jeśli bawią się wszyscy poza nią, to z kim rozmawia przez gadu-gadu?


...Nie, żebym miała coś przeciwko tobie, rozumiesz. Tak tylko... jestem wściekła. Przez cały wieczór byłam wściekła.
Józinek odwrócił z szelestem stronicę komiksu. Prawdę mówiąc, niezbyt zważał na jej wyznania. Wydawały mu się raczej banalne.
Uhm, to zblazowanie… Nie takie rzeczy się słyszało w swej dziewięcioletniej karierze powiernika wszystkich kobiet wokół!


Ale ona dopiero się rozkręcała.
- Mam osiemnaście lat, inne już za mąż wychodzą, a ja?!...
that-70-s-show-kitty-laugh-o.gif
JS8TQoH.gif


Skąd ona się urwała, z Anglii czasów Jane Austen, czy Południa Stanów Zjednoczonych czasów Scarlett O’Hary?


...Żaden chłopak mnie nie chce. Zachowują się tak, jakby chcieli uciec. Czy ja jestem trędowata, czy co? O co tu chodzi? Powiedz - jaka ja jestem?
Józinek niechętnie oderwał wzrok od Tintina, spojrzał na kuzynkę i wydał krótki werdykt:
- Groźna.
- Groźna?! - odwróciła się do niego gwałtownie, błyskając oczami, a czarne krzesło na kółkach zatoczyło wraz z nią półokrąg. - Ciekawe! A słowo „ładna" nie przyszło ci do głowy?
Ależ spokojnie, Lauro. Kuzyn po prostu nie mógł ci powiedzieć “groźna i ładna”, bo to byłyby całe trzy słowa. A już prawie wyczerpał dzienny limit długich zdań.
Swoją drogą, też sobie eksperta znalazła… Pokażcie mi osiemnastolatkę, która będzie zwierzać się z problemów sercowych dziewięcioletniemu dziecku i szukać u niego rady.


- Nie - wyznał.
- Dlaczego?! Czy ja nie jestem ładna? - spytała wprost, całkiem bezbronnie, aż mu się jej żal zrobiło.
- Może być - odpowiedział powściągliwie. Opinię o jej zielonych włosach i białym pudrze postanowił zachować dla siebie.
- No, to dlaczego siedzę tu sama w sylwestra?!
Bo należysz do tych, co uważają, że kobieta może pójść do kina, kawiarni czy na imprezę tylko z mężczyzną? Broń Boże z koleżanką albo sama?


- Też siedzę - odparł.
Kuzynka spojrzała na niego z zaskoczeniem, jakby dopiero teraz dostrzegła w nim człowieka.
- Miałeś jakieś plany? - spytała z niedowierzaniem.
- W tym wieku?
Odejdź, Obca Inteligencjo, kysz, kysz! To jest ewidentnie kwestia osoby dorosłej, która dziwi się, że dziecko TEŻ mogłoby coś planować, a nie dziecka o samym sobie.


- Ale chciałbyś poszaleć, co? A co byś zrobił, gdyby rodzice jednak gdzieś cię puścili?
Józinek się zastanowił.
- Jest dziewczyna...
- Oho! - ożywiła się Laura. - A co ona dziś robi?
- Pewnie się bawi.
- Bez ciebie, co?
- Z rodziną. Jej szwagier to Murzyn - rozgadał się nagle Józinek.
“Rozgadał się”... No rzeczywiście, całe sześć słów! Józek, Józek, cóż to się z tobą dzieje?


- Nazywa się Helmut „Scratch" Oracabessa.
- No, co też ty powiesz, no, coś podobnego - zainteresowała się Laura. - A gdzie on mieszka? W Afryce?
W Afryce mieszka czarny koleżka. Najpierw dyrektor szkoły gapi się, jakby w życiu Murzyna nie widział, teraz Laurze też nie przyjdzie do głowy, że mógłby mieszkać sobie po prostu w Poznaniu… Na jakim świecie oni żyją?
W Poznaniu, przypominam, mieście a-ka-de-mic-kim!!! Już w latach siedemdziesiątych czarnoskóry nie był tam żadnym dziwem.


- W Poznaniu. Ma chyba studio nagrań.
- Ciekawostka! Będzie coś o tym w internecie?


Z pomocą internetu Laura i Józin ustalają adres studia nagrań, a kiedy okazuje się, że to całkiem blisko ich domu, podejmują decyzję, że wproszą się na Sylwestra do Oracabessów.
Problem był tylko taki, że nadal nie miał tu własnego skafandra ani butów. Kuzynka wymknęła się z pokoju i powróciła ze swoim płaszczem, niosąc także ów ohydny pomarańczowy skafander Ignacego Grzegorza oraz jego jeszcze bardziej ohydne adidasy.
- Wkładaj to! - zarządziła, widząc jego odruchowy opór. - Trudno, trudno, nie protestuj! Tylko to na ciebie będzie pasować. Tu masz jego czapkę w cholerne biedronki. Uważaj: buty włożymy dopiero na schodach. Teraz idź cichutko jak myszka. I nie zatrzaśnij przypadkiem drzwi za sobą - ja je po cichu zamknę. Mam klucze.
Zbuntowana Laura jak widać nie jest aż tak zbuntowana, żeby po prostu wyjść, argumentując, że jest pełnoletnia i g… jej mogą zabronić. No ale ok, rozumiem, że musi zachować tajemnicę ze względu na obecność Jożina.


9.
Józinek rzadko wychodził z domu po dziesiątej, a już w sylwestra nie zdarzyło mu się to nigdy. Ze zrozumiałym przeto zainteresowaniem rozglądał się po tak dobrze sobie znanych ulicach Jeżyc. O tej godzinie, tego szczególnego wieczoru, ulice były zdominowane przez wystrojonych ludzi, spieszących na swe bale i imprezy, a także przez stada wulgarnych łysków, ganiających po bramach i podwórzach, by testować tam petardy, koperytka, rakietki, pszczółki i wszelkie inne materiały wybuchowe. Grube ryki, wrzaski, rechot i przekleństwa już teraz rozdzierały powietrze - a cóż dopiero będzie tu się działo o północy!
Jak nic, będzie Sodoma i Gomora.
O, o, znowu są “grube ryki”!
A  czegoś się spodziewała, Dzi, przecież prawdziwa kultura skończyła się wraz z młodością dziadków Borejko.


Na jezdniach wciąż były korki. Wszystkie sklepy, z wyjątkiem monopolowych, już pozamykano.
Żeby wulgarne łyski miały się gdzie zaopatrywać w szlachetną whisky ;)


Za to park, otaczający skwerek zwany Teatralką, był mroczny i cichy. U dolnej krawędzi tej pochyłej łąki, otoczonej starymi kasztanowcami, ciemniała wiekowa willa, w której mieszkała ciocia Natalia z rodziną.
Borze szumiący, to po to Robert zabrał Natalię od Borejków, żeby z dwójką dzieci gnieździć się na ciasnym poddaszu u Kowalików? A chirurg Mamert, z prawie czterdziestoletnim stażem pracy, po odchowaniu dzieci, wciąż musi obcym ludziom wynajmować część mieszkania, żeby związać koniec z końcem?
Może im sprzedał tę facjatkę - co nie zmienia faktu, że jest to wyjątkowo zabawny pomysł: trzymać Robroja, świetnie prosperującego przedsiębiorcę z żoną i dziećmi, w maleńkiej klitce na poddaszu.
(Podnosiły się wprawdzie, także na forum, głosy, że nigdzie nie jest powiedziane, że jest to ta sama willa, w której mieszkają Kowalikowie - cóż, moim i nie tylko moim zdaniem, jednak jest. Po pierwsze wskazuje na to opis położenia tego domu, a po drugie oraz przede wszystkim, to jest licentia poetica Małgorzaty Musierowicz, że bohaterowie siedzą ciągle w tym samym miejscu, gdzie ulokowano ich dawno temu, bez względu na sens i prawdopodobieństwo.)


Ale okna ich facjatki były ciemne - wuj Robert zabrał ciocię do Łodzi, gdzie bawić się mieli na balu, wyprawianym przez Bellę i jej męża.
Po trochu podejrzewam, że po tym, jak Natalia wreszcie znalazła sobie męża i doczekała się dzidziusia (a nawet dwóch), autorce skończyły się pomysły na tę postać.
A ja się zastanawiam, czy w świecie Musierowicz faktycznie wszyscy (oprócz może Idy) muszą wychodzić za swe licealne miłości… Bo oczywiście mężem Belli jest Cezary “Przeszczep” Majchrzak, którego poznała mając lat 16.  
I pytanie, czy dla autorki każda większa elegancka impreza jest “balem”? Jakoś trudno jest mi wyobrazić sobie, że młodzi Majchrzakowie faktycznie wyprawiają BAL - jeśli robiliby to prywatnie, musieliby być jakimiś, nie wiem, nuworyszami?... A fe.


Józinek i Laura docierają wreszcie na miejsce; przez chwilę przyglądają się zabawie przez wielkie frontowe okno, po czym wchodzą bez przeszkód, bo drzwi nie są zamknięte.


Pulsująca, radosna muzyka wypełniała całe pomieszczenie, a wokół tańczyli szczęśliwi ludzie.
Zapamiętajmy to, bo dłuuuuuugo takiego obrazka nie zobaczymy...


Trolla ruszyła tam przez salę i w tym właśnie momencie ujrzała Józefa Pałysa. Ona jest niemożliwa, pomyślał. Wcale się nie zdziwiła na jego widok. Podniosła tylko rękę i zaraz do niego podbiegła, uśmiechnięta.
- Pepe! - wrzasnęła. - Przyszedłeś ze mną zatańczyć, co?
- Oczywiście - z powagą odparł Józinek. Był bardzo zadowolony.
- To kuzynka - tak przedstawił Laurę w obawie, by Trolla nie pomyślała sobie czego innego.
Na pewno by pomyślała. Osiemnastoletnie dziewczyny nic tylko by romansowały z dziewięciolatkami.
No wiesz, dała mu lizaka z napisem “LOVE”, z pewnością będzie zazdrosna, jak go zobaczy z inną.


Spojrzały na siebie, podały swoje imiona, a Laura dorzuciła:  - Pięknie śpiewasz. - Mimo to Józinek nie wyczuł pomiędzy nimi jakiegoś nagłego przepływu sympatii. Nagle zaczął się trochę wstydzić Laury - była przesadnie umalowana, dziwnie uczesana i jeszcze dziwniej wystrojona. Trolla wyglądała przy niej tak normalnie, czysto i miło, jak to tylko było możliwe.
Trzeba przyznać, że Jożin jest nadzwyczaj konsekwentny w swej antypatii do wystrojonych i mocno umalowanych kobiet - kilka lat później będzie snuł marzenia o pannie młodej skromnie ubranej i gładko uczesanej, i cieszył się, że kuzynkę w dniu ślubu pozbawiono strojnej sukni, wymyślnej fryzury i makijażu.


Powiesiła gdzieś ich okrycia, a potem wśród gwaru, śmiechów, szczęku talerzy i pobrzdąkiwania gitary, zaprowadziła ich do stołu obleganego przez gości. Stół uginał się od przysmaków, co Józinka niezmiernie uradowało, bowiem znowu zaczął być głodny. Przysmaki te były wyłącznie bezmięsne. Dostrzegł misę swojskiego bigosu z grzybami, sałatki i surówki warzywne, jakieś smakowite placuszki, chlebki i naleśniki, oraz przeróżne do nich smarowidła.
Chyba tylko miłość do Trolli sprawiła, że Jożin, wielbiciel tłustych, smażonych kiełbasek i boczku, zaakceptował wegetariańskie menu ;)


W wielkim garze był wonny barszczyk, a wszystkim tym zawiadywała nieduża, energiczna pani o różowych policzkach, jasnych oczach i blond czuprynie z postrzępioną grzywką.
- Tereska, goście do mnie przyszli, Pepe i jego kuzynka Laura. A to jest moja siostra, pani Oracabessa - powiedziała Trolla.
Yyyy, czy tylko mnie wydaje się dziwne przedstawianie siostry “pani + mężowskie nazwisko”?
Bo ja wiem, na portalach społecznościowych dopisanie sobie drugiego nazwiska po mężu obcokrajowcu daje +100 do lansu.
“Teresa Trolla Oracabessa” to już chyba nadmiar lansu :D
Mnie tu znowu powiało jakąś Jane Austen.


- O Boże, jaki sympatyczny rudzielec! - zakrzyknęła pani Teresa. - Pokaż no się, Pepe - o, dobrze ci z oczu patrzy…
Jak to pozory mylą.


...A ty, Laura, chodzisz do naszego ogniska muzycznego?
Laura potwierdziła.
- Tak, w Pałacu Kultury, uczę się śpiewu.
O! Odnotujmy początki późniejszej śpiewaczki operowej, wielkiej nadziei polskiej muzyki.


Jożin próbuje porozmawiać z Trollą. Co prawda, jest to rozmowa dość specyficzna… Jozin-bot wychwytuje bowiem i powtarza kluczowe słowa z tego, co mówi ona:


Łatwo było dostrzec, że Trolla jest wymowna. Wymyślił, że całkiem wystarczy rzucić od czasu do czasu właściwe słówko, a konwersacja rozwinie się samoczynnie.
- Wynajął? - spytał na chybił trafił.
- Tak jest, za psi pieniądz - odpowiedziała natychmiast. - Było to trzy lata temu, o ile dobrze pamiętam. Tak! Walenty miał wtedy wietrzną ospę. Nie masz pojęcia, co tu była za rudera. Samych śmieci wywieźliśmy ze trzy ciężarówki, a potem jeszcze raz tyle gruzu. Pracowaliśmy wszyscy jak niewolnicy. No, ale teraz całkiem tu przyjemnie, nie uważasz? Tam, z tyłu, jest parę pokoi i łazienka z kuchnią, tak jakby w jednym pomieszczeniu.
- W jednym - powtórzył.
- Tak, bo po prostu prysznic się Helmutowi nie zmieścił w toalecie, to go dał do kuchni. Helmut jest wynalazczy i niekonwencjonalny, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
- Wszystko rozumiem - zaznaczył Józinek, lekko urażony. Trolla poklepała go z uznaniem po łopatce.
- Pewnie, bystry z ciebie gość, Pepe. Ciekawie się z tobą gada!
Co ta miłość robi z człowiekiem… W każdym innym przypadku Jożin już jęczałby w duchu: ile ona gada! Po co tyle gada? Jak można tak gadać o niczym!


Tak Józef Pałys  nauczył  się  sekretu  prawdziwie  udanej konwersacji: jak najmniej mówić, jak najwięcej słuchać i zadawać właściwe pytania.
- Walenty? - rzucił, znacząco poruszając brwiami.
- Tak! Walenty! - wykrzyknęła ze śmiechem ona. - Moja siostra też jest wynalazcza. Urodziła dwójkę Mulatów i nadała im imiona jak z Reymonta, co tworzy świetny efekt kontrastowy.
Helmut Oracabessa, który być może chciałby nadać dzieciom jakieś imiona popularne na Jamajce (albo niemieckie), nie miał nic do gadania.


Zresztą, one doskonale mówią po polsku, czego nie można powiedzieć o Helmucie.
- Nie można?
- W żadnym razie. Chociaż bardzo się stara. Teresa go uczy nawet idiomów, tylko że jemu wszystko się miesza.
No więc, po co? Po kij od jakiej mietły? Idiomy to zabawa dla kogoś, kto już swobodnie posługuje się obcym językiem, nie dla początkującego. Chyba że Teresa lubi pośmiać się z męża, który och-tak-zabawnie wszystko przekręca...


Helmut pochodzi z Jamajki, ale od dziecka żył w Berlinie, gdzie poznała go Tereska, kiedy pracowała tam na czarno.
Jeśli pochodzi z Jamajki, to znaczy, że urodził się właśnie tam, skąd więc to niemieckie imię? Dałoby się to jakoś uzasadnić… No ale właśnie, uzasadnić. A te niemieckie imiona Helmut i Franz wyskakują z kapelusza niczym słuchany przez dziewięciolatka Rammstein. O, właśnie, może Musierowicz zasugerowała się personaliami kojarzonego z Jamajką Gentlemana?


- Na czarno.
- Tak, jako sprzątaczka, choć oczywiście jest muzykiem. Z tego nie dało się tu żyć. Więc siedziała tam dobrych parę lat.
- Ty też?
- Nie, ja mieszkałam na Winogradach. Ale potem już musiałam przenieść się do siostry, bo rodzice pojechali pracować do Monachium.
- Rodzice?
- Oni też są muzykami. Znaleźli dobre ogłoszenie. Mama prowadzi dom jakiejś bogatej babce, a tata jest tam złotą rączką - ogród, naprawy i te rzeczy...
Och, ten upadek kultury i degrengolada, para artystów wyjeżdża za granicę prowadzić dom jakimś Niemcom, bo tu z muzyki nie da się utrzymać. Tymczasem inna artystka właśnie wraca ze swym egzotycznym mężem, żeby otworzyć w Poznaniu studio nagrań… No więc, jak to właściwie jest z tym utrzymywaniem się z muzyki?
Tak samo jak z jeżdżeniem EuroCity do Berlina w Sylwestra sześć lat później :-P Nic to, że są miejscówki, a ludzi jeździ mało tego wieczoru -  w musieroversum przy wejściu wszyscy się pchają, przewracają, krzyczą i drą sobie rajstopy parasolkami.


...Wiesz, potrzebna była kasa. Na kurację.
- Kurację?
- Pewne leki nie znalazły się na właściwej liście. To jest sytuacja, kiedy chory Polak musi sobie radzić sam.
- Sam.
Na miejscu Staszki w tym momencie poczułabym się zakłopotana. Opóźniony jakiś czy mnie przedrzeźnia?
To teraz wrócę do wielbicielek Józefa - jak on te notatki od nich zdobywa, skoro przeważnie posługuje się monosylabami, a wypowiedzenie przez niego pięciu słów traktowane jest jak doniosłe wydarzenie? Wyciąga rękę i mówi „Daj!”?
5CIpFOE.gif


- Nie wiedziałeś? Musi wydobyć pieniądze choćby spod ziemi.  
Muzyka ustała i wszyscy tańczący usiedli sobie na krzesłach albo na podłodze.
- Ale kto był chory? - spytał zdezorientowany Józinek.
- Ta twoja kuzynka na dobre zajęła się Franzem - z uśmieszkiem zauważyła Trolla.
- Kim?
- Bratem Helmuta. Młodszym. To ten od saksofonu.
Wiecie co?
Z Trolli jest naprawdę niezła artystka estradowa. Aniella i Józefina Bitner mogłyby się od niej uczyć.
Zirytowałam się z początku, że albo dziewczyna nie chce mówić o swojej chorobie, więc niech wtedy nie puszcza aluzji, albo chce - więc niech nie zmienia tematu. Ale potem przyszło mi do głowy, że przecież ona celowo naprowadza Jożina na trop, by móc później uchodzić za Dzielną, Bardzo Dzielną - no przecież ani słowem nie zająknęła się, że to ona właśnie jest chora, prawda? A ewidentnie naprowadza go na trop, bo przecież Jożin wspomina też, że jak jeden, jedyny raz pozwoliła mu się odprowadzić po szkole, to też nie do domu, a do “jakiejś poradni w Śródmieściu”.
Podobnie słynna scena w szkole. Och, jestem pewna, że autorka co innego miała na myśli, ale z punktu widzenia podejrzliwego obserwatora wygląda to tak jakby, no cóż, Trolla miała precyzyjnie opracowany plan. Bo zauważcie: do szkoły przychodzi nowa uczennica, niezbyt atrakcyjna z wyglądu, co widać nawet w opisie “oczami” zakochanego Józinka. Co więc robi, żeby zyskać popularność? Najpierw wielkie wejście (spóźniona o 20 minut), a potem afera z kapeluszem, która ustawia ją od razu na pozycji buntowniczki przeciw szkolnemu systemowi. Gdyby tego było za mało, ma jeszcze w rękawie najsilniejszy argument - szwagra. Kto by nie chciał przyjaźnić się z dziewczyną, która ma w rodzinie prawdziwego muzyka reggae z taaaaaaakimi dredami?

Józinek się obejrzał. Brat pana Oracabessy popijał piwo, zagryzając naleśnikiem, zwiniętym w rurkę. Wyglądało na to, że nie nudzi się z Laurą, ona zaś była wręcz nie do poznania: ożywiona, rozchichotana, wierciła piętą w podłodze jak to czasem robią dziewczyny, gdy je ogarnia zachwyt przemieszany z zakłopotaniem.
Serio? Nie widziałam takiego gestu poza kreskówkami.


Kompletnie przy tym nie zwracała uwagi na swego kuzyna, którym, formalnie rzecz biorąc, powinna tej nocy się opiekować! W porządku. Jemu opieka nie była potrzebna.
Wyczuwam foszek?


Tymczasem na podium powrócił pan Oracabessa, wziął gitarę basową i zaczął z niej wydobywać czarodziejskie dźwięki, co zaraz przyciągnęło chudzielca z klarnetem oraz Franza z naleśnikiem. Trolla natychmiast ruszyła do grających. Z odległego kąta sali nadciągnął gitarzysta z dredami, a zaraz po nim - drugi i oto już byli wszyscy razem, cały zespół, a pan Oracabessa zaprosił do mikrofonu i Trollę, i Laurę. Józinek musiał przyznać, że to robiło mocne wrażenie. Czy ktoś w domu w ogóle wiedział, że Tygrysek ma taki czysty, wyszkolony głos? I że potrafi tak profesjonalnie śpiewać? Ta kuzynka wciąż go zadziwiała!
Na litość boską, co to za rodzina, w której wszyscy tak pilnie ukrywają swoje talenty?! Mila pisze dramaty w tajemnicy, Ignacy w sekrecie grywa na fletni Pana, Laura nie odczuwa najmniejszej potrzeby, by pochwalić się swoim głosem i umiejętnościami, Natalia pisze wiersze, których nikomu nie pokazuje… Ja nie wiem, dla mnie to nie jest normalne, zwłaszcza w rodzinie, która ponoć jest tak kochająca, ciepła i wspierająca się nawzajem.


Muzyka była jak ciemne tło dla jej jasnego głosu, a kiedy włączyła się Trolla, Józinkowi znów dreszcze przebiegły po plecach. Oczywiście utwór, który właśnie wykonywano, był w porządku, ale te dwie śpiewające dziewczyny okazały się świetne - jedna i druga! Goście nawet nie próbowali tańczyć. Zasłuchali się, jak na prawdziwym koncercie, a kiedy utwór się skończył, wybuchnęli wielkim aplauzem. Trolla przyjęła to spokojnie. Ale dla Laury podobny entuzjazm słuchaczy był chyba czymś nowym. Zaskoczona, zamarła na podium, przez chwilę stała bez ruchu, nie wiedząc, jak się zachować, aż wreszcie znalazła właściwy, jej zdaniem, styl: wyciągnęła do publiczności rozpostarte ręce i wykonała estradowy ukłon. Kiedy się wyprostowała, była już innym człowiekiem: odniosła sukces, promieniała dumą i satysfakcją. Józinek, jako dobry obserwator, umiejący wyciągać logiczne wnioski,
Wiecie co? MM chyba faktycznie poczuła się Homerem Jeżyc, bo i do swoich postaci stosuje homeryckie epitety, przypisane na stałe. Gaba jest miła, dzielna i energiczna (nawet kiedy popłakuje w kącie), Tygrys - tajemniczy i kapryśny, Jożin to “dobry obserwator umiejący wyciągać logiczne wnioski”, Łusia jest “bystra, bardzo bystra”, a Babi to “rodzinny strateg”.


nabrał przekonania, że oto narodziła się, niestety, gwiazda i że odtąd życie rodziny nabierze zupełnie innego charakteru. Teraz jednak ochocza kuzynka musiała opuścić estradę, gdyż pan Oracabessa przystąpił do mikrofonu i ogłosił premierę światową swojego nowego utworu pod tytułem „Teresa", co zgromadzeni goście przyjęli wielkimi brawami i mnóstwem okrzyków. Utwór wykonany został na trąbce z tłumikiem, z towarzyszeniem gitary basowej i perkusji. Pani Teresa, którą posadzono na miejscu honorowym, wyglądała jak zwykle bardzo serio i jak zwykle zacinała usta, ale coś Józinkowi mówiło, że w tym momencie jest bardzo zadowolona.
Po pierwsze: skąd wie, jak ona wygląda “zwykle”, skoro zna ją zaledwie od paru godzin. Po drugie, zacięte usta świadczą raczej o niezadowoleniu… czyżby pani Teresa była jedną z tych okropnych osób, które uważają, że “chwalić nie wolno, bo się zepsuje” i we wszystkim znajdują jakieś mankamenty?
Może zaciska usta, aby ukryć wzruszenie? :)


Zabawa trwa, zmęczony Józin w końcu zasypia, a kiedy się budzi...


Noga mu zdrętwiała i kiedy zaspanym wzrokiem sprawdził, co jest tego przyczyną, zdziwił się wielce, bo ta noga była czarna! Zaraz jednak pojął, że widzi całkiem różne nogi: ta, co mu zdrętwiała, znajdowała się pod tą czarną. Ta czarna zaś wyrastała z nogawki szerokich, białych gatek i należała do małego Walentego. Spał on twardo na wznak, rozrzuciwszy kończyny na karimatce. Przez sen wykopał się spod kołderki. Józinek usiadł i ogarnął wzrokiem sytuację. On też miał pod sobą karimatkę, rozścieloną na podłodze. Był ubrany, ale bez butów.
Ok, rozumiem, że Oracabessowie przygotowali karimaty dla całego tego spędu sylwestrowych gości, ale dlaczego położyli na podłodze również swojego kilkuletniego synka? On chyba miał własne łóżko?


Za oszklonymi drzwiami, w sąsiednim pokoju, chrapali państwo Oracabessa, przytuleni do siebie jak dwa gołąbki, w podwójnym małżeńskim łożu.
No nie wiem, sypialnia małżeńska z oszklonymi drzwiami? Ja bym nie ryzykowała ;)


Nad łożem wisiał zegar elektryczny, który wyświetlał właśnie godzinę szóstą czterdzieści pięć. Nigdzie nie było widać Trolli. Ani Laury. Jak to się stało, że spuścił z oka tę nierozważną kuzynkę? Był już naprawdę najwyższy czas, by wracać do domu. Owszem, owszem, w Nowy Rok wszyscy lubią sobie dłużej pospać, ale na pewno nie Babi. Co dzień wstawała o siódmej, a ponieważ wczoraj udała się na spoczynek o zwykłej porze, było pewne, że zerwie się z łóżka dość wcześnie. Czas nagli. Trzeba odnaleźć kuzynkę. Odszukał adidasy Ignacego Grzegorza. Stały na parapecie okna, obok innego obuwia. Wyróżniały się, oczywiście; trudno by pomylić buty drogiego kuzyna z czymkolwiek innym - były akurat tak dziecinne, niemodne i pretensjonalne, jak to tylko możliwe. Nikt poza tym intelektualistą nie zdecydowałby się na taki wybór.
No, akurat bycie niemodnym to największa możliwa zbrodnia. Zwłaszcza w tej rodzinie, co się konsumpcjonizmem i materializmem nie zbruka.
I zwłaszcza dla tego małego maczo, który uważa gapienie się w lustro za zajęcie niegodne.


(ja się w ogóle zastanawiam, co takiego strasznego mogło być w tych adidaskach - w końcu fasony butów sportowych są generalnie dość podobne do siebie - i przyszło mi do głowy, że może były, o zgrozo, różowe?!)


[Jożin odnajduje Laurę pogrążoną w rozmowie z Franzem, bratem Helmuta. Ten proponuje, że ich odwiezie]


Jechali rzężącą furgonetką przez zasypane śniegiem ulice, z wolna rozjaśniane przez skąpe światło poranka;
Jako że też wstajemy rano w zimie, coś nam tu nie pasowało i sprawdziłyśmy. W Poznaniu 1 stycznia słońce wstaje dopiero około ósmej, a więc rozjaśnia się nawet jeszcze ciutkę później.


można było uwierzyć, że całe miasto jeszcze śpi, i to bardzo uspokoiło Józinka. Doszedł do wniosku, że - przy odrobinie szczęścia - może im się uda wrócić do domu niepostrzeżenie. Pewnie by tak było, gdyby nie Laura. Kiedy tylko zajechali na Roosevelta, kiedy wysiedli z transita i stanęli na zasypanym śniegiem chodniku, ona się rozgadała na cały głos. Usiłowała wymóc na Franzu termin ich przyszłego spotkania, lecz bez skutku. Potem musiała pogłębić swą porażkę, brnąc dalej, ku kolejnemu niepowodzeniu: podała mu dobitnie swój numer telefonu, nalegając, by go zapisał (powiedział, że na pewno zapamięta), następnie dorzuciła swój adres e-mailowy i już zaczynała manewry celem uzyskania namiarów Franza, gdy on zakrzyknął: - To cześć! - wskoczył do furgonetki i z łoskotem zatrzasnął drzwiczki, budząc zapewne pół kamienicy.
Droga Pani MM! Tak, my wiemy, że Tygrys jest zUUUUUUUy i jaszczurczy, i zasługuje na ukaranie na wszelkie możliwe sposoby, a przede wszystkim - BRAKIEM CHŁOPA, ale przepraszam uprzejmie - nie wierzę. Nie wierzę, że Franz, który przecież spędził z Laurą bardzo miły wieczór, nie tylko wspólnie śpiewając, ale i rozmawiając (tak!!! a więc mieli wspólne, interesujące tematy!!!), teraz tak stanowczo odcina się od wszelkich dalszych z nią kontaktów.
Franz zachowuje się jak bohaterowie programów MTV Ekipa Skądśtam, którzy są dla dziewczyn mili, żeby zaliczyć, a po zrealizowaniu celu nie chce im się już wysilać. Hmm, może nie wiemy o wszystkim, co się działo tej nocy? ;-)


Odjechał, można powiedzieć, w ostatniej chwili: właśnie uniosła się firanka w kuchennym oknie na wysokim parterze i za szybą ukazał się dziadek w bonżurce. Na widok wnuków uchylił połówkę okna i wystawił orli nos na świeże powietrze.
- Salve, Tygrysku! - zawołał rześko. - Quiescere iuventus nescit*. Co wy tu, ranne ptaszki, robicie? A wtedy Laura, z błyskawicznym refleksem i ku wielkiemu zgorszeniu Józinka, skłamała gładko:
- Spadł taki cudny śnieg, dziadziusiu, więc wyszliśmy sobie ulepić bałwanka przed śniadaniem.
Ale jeśli sądziła, że wolno jej łgać dziadkowi w żywe oczy, to myliła się głęboko.
- Bujda! Byliśmy całą noc na balu u Murzynów! - zawołał z oburzeniem Józef Pałys, na co dziadek wybuchnął śmiechem, mówiąc:
- A to paradne! - i dodał, cofając się w głąb kuchni: - Lepcie tego bałwanka, lepcie, a ja wam zrobię kakao.
Ciekawa jestem, czy on świadomie wybrał taką wersję prawdy, w jaką nikt z rodziny nie uwierzyłby, czy tak mu samo wyszło…
Moim zdaniem rzeczywiście powiedział prawdę, urażony kłamstwem Laury.
No, powiedział, tego nie neguję, ale zauważ, jak ta prawda zabrzmiała. A gdyby powiedział “byliśmy całą noc na Kościuszki, u mojej koleżanki”?
Mnie zabrzmiała tak, jak w ustach dzieciaka, który mówi prawdę, nie pomyślawszy, że brzmi  ona tak dziwnie, że i tak mu nie uwierzą :)
Czyli samo wyszło. ;)


Z podwórka przy ulicy Roosevelta 5 pozdrawiają: Kura, lepiąca bałwanka o świcie, Melomanka z Ekipą Skądśtam i Dzidka w jasnozielonym kapeluszu,
a Maskotek ogląda wykręconą z oprawki żarówkę.
(- zostaw to! bo po łapach!
- błmfffmłfff?)