piątek, 17 października 2014

273. Zamek Troskliwych Misiów, czyli Tatusiu, co ci się zrobiło między nogami? (Czarna Walkiria, cz. 2)


Drodzy Czytelnicy!
W zeszłym tygodniu Czarne Walkirie pokonały nas, lecz zebraliśmy siły i przypuściliśmy szturm na ich zamek.
Ja specjalnie w ramach doszkalania się w walce z tego typu tworami puściłam sobie w internetach zapis konferencji przeciwko dżęder (no co, w tym opku jest tego dużo…).
W każdym razie będziemy tu mieć: dużo rozterek moralnych, dużo tróloffu, dużo łotdefaka… oraz szczeniaczka. Co najmniej jednego.
Indżojcie!

Analizują: Kura, Babatunde Wolaka oraz Prezydent Internetu Q.

Zgodnie ze swoimi przewidywaniami Severus został wezwany do gabinetu dyrektora jeszcze tego samego wieczora. Kiedy wszedł na miejscu był już prawie cały Zakon i oczywiście Weasleyowie oraz Granger, która w końcu wyszła za mąż, za Rona. Snape skrzywił się na myśl o uczeniu kolejnych rudzielców.
Spokojnie, na razie żadnych dzieci nie mają (a przynajmniej aŁtorka nie wspomina), więc ten koszmar czeka cię najwcześniej za jedenaście lat.
Przez te czasy Voldzio zdoła trzy razy się odrodzić, spłodzić dwanaście córek i przerobić Hogwart na żłobek dla nich.
Tylko dwanaście? Mam wrażenie, że go nie doceniasz.

Niemniej jednak był zaskoczony, gdy zastał w gabinecie gorąca dyskusję pomiędzy Lupinem, Moody'm a dyrektorem.
“Gabinet gorąca” brzmi jak nazwa jakiejś bardzo yaoistycznej miejscówki. Być może właśnie dlatego Snape był zaskoczony, że ma tam miejsce jedynie dyskusja.
Ewentualnie to tajna komnata jakiegoś Greya. Hm, Greybacka?

- Albusie! To wręcz nieprawdopodobne! To nie mógł być Harry! – Oponował wilkołak z całą żarliwością, na jaką było go stać.
- Przykro mi, Remusie, ale opis wyglądu pasuje mniej więcej do niego.
A ja sądzę, że to był raczej ten pan. Opis pasuje mniej więcej i do niego, a nawet więcej, bo  wszyscy mówią o bliźnie na skos przez twarz, a nikt nie wspomina o żadnej w kształcie błyskawicy na czole.

Daj spokój, według opisu to mógłby być nawet cholerny T3000, który się akurat wyrżnął twarzą o stół. Ale oni wiedzą, że to Harry, bo autorka im powiedziała.

Dopóki jednak nie nawiążemy kontaktu z dowódcą Czarnych Walkirii niczego nie możemy być pewnie. –Powiedział Albus siadając za biurkiem.
- Przypuszczam, że wiesz, gdzie znajduje się ich siedziba? – Mruknął Moody łypiąc na wszystkich swoim magicznym okiem.
Dyrektor westchnął.
- Znam lokalizację, ale nigdy tam nie byłem. – Przyznał wyjmując jakąś starą mapę, na której było zaznaczone kilka miejsc. Jedna z kropek była podpisana jako „Black Wing Castle". Była to siedziba czarnych Walkirii w niedostępnych górach.
Aaaaaha, ten ściśle tajny zamek, o którym nikt nie wie, gdzie jest?
Nie no, położenie na mapie jest znane, tylko nie wiadomo, jakiego obszaru to mapa, bo poza “Black Wing Castle” nie ma tam żadnych innych napisów.
“...and remember: X never, ever marks the spot”. Indiana Jones.

- Na, co więc czekamy? – Spytał, Ronald Weasley zrywając się z fotela. – Musimy mieć pewność! A jeśli to był Harry zabrać go do domu.
Khę, khę. Harry od ładnych paru lat jest dorosły i nic nie wiadomo o tym, żeby był ubezwłasnowolniony…
Jest uke. To z definicji oznacza, że potrzebuje kogoś do gwałtów opieki.
Prawdziwy przyjaciel: najpierw ratuje, potem zadaje pytania.

- Natychmiast siadaj Ron i przestań się gorączkować! – Fuknęła na niego matka. –Niby jak chcesz się tam dostać? Nasz magia nie działa tam tak jak powinna.
- Niestety… - przyznała Hermiona. – W tych górach jest jakiś minerał, który pochłania magię.
Taki kryptonit Potterlandu?
Btw, czy smoki nie są przypadkiem MAGICZNYMI stworzeniami? To jak tam żyją?
Żrą ten minerał.
Wydalają. Pochłania każdą magię prócz smoczej. Dlatego smoki są uważane za tak niebezpieczne.

Wybrali sobie naprawdę świetne miejsce na lokalizację. Ale w pobliżu jest chyba jakieś miasteczko. Może tam udałoby się nam czegoś dowiedzieć? - Zasugerowała. Naprawdę nie straciła zdolności trzeźwego myślenia. W porównaniu do jej męża, który chyba nic się nie zmienił i nadal był tak narwany, jak w czasach szkolnych.
- Hermiona ma myśl. – Zgodził się Remus. – Tamtejsi mieszkańcy powinni coś wiedzieć. A przynajmniej zauważyć.
Albus myślał dłuższa chwilę.
- No dobrze… Ale nie możemy tam iść wszyscy. Poza mną pójdziesz ty Remusie, Molly i Artur, Ron, Hermiona… Niech będą jeszcze Fred i George… - dodał, a bliźniacy wyszczerzyli się zadowoleni, podczas, gdy ich matka próbowała oponować. – I oczywiście ty Severusie.
Że tak zapytam: po jaką cholerę ich tam tylu? Po co na przykład całe stado Weasleyów? Ron - ok, jako najbliższy przyjaciel Harry’ego, ale cała reszta?
Bo jak się w górach zrobi zimno, to mogą się zbić w ciasną grupkę i ogrzewać się nawzajem. Pingwiny tak robią.
Ja najbardziej się zastanawiam, po co tam Snape.
SPOILER: Bliźniacy Weasley zdecydowanie po nic.
SPOILER: Wszyscy pozostali (oprócz Snejpa) także.


– Dodał dyrektor patrząc na swojego mistrza eliksirów, który nie wiedział czy ma go przekląć czy mu dziękować. Po tym, co zrobił chłopakowi bardzo wątpił żeby tamten powitał go z otwartymi ramiona.
Niemniej, dopuszczał nieśmiałą myśl, że może… jednak…
Zresztą, nie na otwartych ramiona najbardziej mu zależało.
Nie wiem, może myśli, że gwałt na Harrym to coś jak zabijanie Kenny’ego w South Parku - pozostali bohaterowie krzykną coś w stylu: Oh my god, you raped Harry! You bastard! i chwilę później zapomną?

Jeśli Potter został Czarną Walkirią to równie dobrze już mógł sobie wybierać trumnę i zaklepać miejsce na wieczny spoczynek.
Zawód wysokiego ryzyka, znaczy się.

W górach wstawał nowy dzień. Większość Walkirii była już na nogach od jakiegoś czasu. Tylko ci, którzy mieli nocny patrol mogli pospać nieco dłużej.
Harry z błogim wyrazem twarzy leżał szczelnie owinięty kołdrą z tutejszej wełny. Nie wiedział, jak to możliwe, ale wełna z tutejszych owiec miała jakieś kojące właściwości. Nie tylko było mu ciepło, ale też ostatnio przesypiał spokojnie wszystkie noce i coraz rzadziej męczyły go koszmary.
W związku z czym postanowił porzucić ciężką i niepewną dolę asasyna i zająć się sprzedażą wełnianych kołder emerytom.
To nie wełna, tylko opary haszyszu.

Uśmiechnął się zadowolony, że jeszcze nie musi wstawać. A przynajmniej tak myślał do czasu, gdy poczuł na policzku małą rączkę i usłyszał piskliwy głosik, który chciał żeby się obudził.
Głosik obdarzony świadomością?

Uchylił jedną powiekę i zobaczył, jak jego dziecko szczerzy się do niego zadowolone. (...)
- Obiecałeś mi coś. – Powiedział stanowczo chłopczyk. Harry spojrzał na niego sennie. Co on mu obiecał? Zerknął na kalendarz, który powiesił na ścianie. Durne przyzwyczajenie, ale przydatne, gdy coś się planowało. Pod dzisiejszą datą zapisane było czerwonym pisakiem: Wypad do miasteczka.
Pod datą sprzed tygodnia: zabójstwo T. Denvera. Pod jutrzejszą: włamanie do Gringotta.
Data przyszłotygodniowa była zakreślona na różowo, z podpisem: CZAS ODWALIĆ TEGO YAOIA DO KOŃCA.

Harry westchnął tylko. Czasami zastanawiał się czy to dziecko nie ma czegoś, co mugole zwykli nazywać zespołem ADHD.
Jaki obeznany w mugolskiej terminologii!
Jak się okaże - nie on jeden.

Tancred miał tyle energii w sobie, że nawet kilka Walkirii do pilnowania go to było mało. Przy nim trzeba było mieć oczy dookoła głowy.
Harry wyszedł z łazienki ubrany w skórzane spodnie podbite od spodu cienkim, ale ciepłym futrem, czarną koszulę i skórkowy kaftan. Długie włosy splótł w luźny warkocz. Usiadł na łóżku i sięgnął po wysokie skórzane buty, których zawiązanie chwilę mu zajmie.
Co ciekawe, autorka pisząc ten fanfik pamiętała, że Walkirie mieszkają w wysokich, mroźnych górach, w związku z czym muszą ubierać się ciepło. Niestety, rysując komiks uznała, że ważniejszy jest Imperatyw Pokazania Pępka, więc strój komiksowej Walkirii wygląda tak:

Fascynują mnie jego biodra, są tak nachalnie kobiece i do tego autorka postanowiła zaznaczyć… nie wiem, kości biodrowe naszego Walkiria? Owszem, u mężczyzn podobny efekt mogą dać mięśnie boczne brzucha, ale… cóż, niekoniecznie tak to wygląda.

.x2.gif
(męskie podbrzusze - rycina poglądowa)

Jego myśli jakoś odruchowo skierowały się w stronę spraw, które czasem załatwiono w łóżku.
Chociaż ogólny konsensus był taki, że toaleta lepsza.
Śniadanie też wygodniej jadło się przy stole.

Do tej pory nie przemógł się żeby zacząć z kimś sypiać. Próbował, ale nic z tego nie wyszło.
A to jakiś obowiązek, czy cuś?
Jeszcze się pytasz? Tyle czytelniczek czeka, po co w ogóle czytać dalej opko, jeśli nie mamy obietnicy co najmniej dwóch stron seksów?

Kiedy ktoś próbował go objąć i przytulić dostawał ataku paniki. Wszystkie mięśnie nagle stawały się sztywne, a on sam miał problemy z oddychaniem. Dał sobie [w żyłę], więc spokój powoli [go ogarniał] godząc się z tym, że zawsze będzie już sam. Odgonił od siebie te smutne myśli kręcąc głową. Miał, dla kogo żyć.
Miauuuu, dla kogo żyć, panie premierze? Dla kogo żyć?
Panie Potter, czemu udaje pan hetero, a tak naprawdę jest pan uke?

[Harry z synkiem idą do miasteczka]

To było na wpół mugolskie miasteczko, gdzie zasadniczo osiedlili się dziwni ludzie. Wyrzutki społeczne, jak określali sami siebie. Ktoś uciekał przed prawem, kogoś chcieli zabić mimo niewinności, para, która musiała uciekać żeby wziąć ślub,
W dwudziestym wieku w Europie???
A może to północ Syberii.
A gdzieś pisali, że to Europa? A może to Tybet?

kobieta z dziećmi, którą maltretował mąż, pustelnik szukający spokoju, grupa zniszczonych życiem robotników i wiele innych ciekawych jednostek. To sprawiało, że miasteczko żyło swoich życiem.
Nie zaś życiem przyjezdnych. Całkiem to logiczne.

Było tu nawet kilku czarodziejów z różnych krajów, ale najciekawsze było to, że wszyscy żyli ze sobą w zgodzie. Tutaj nie liczyła się przeszłość, gdy ludzie walczyli o przetrwanie. Nie raziło ich siedlisko Walkirii i smocze gniazda. Wszyscy żyli w zgodzie ze sobą.
Ok. Wynika mi z tego obraz społeczności, w której raczej każdy pilnuje swoich tajemnic i nie wtrąca się w życie sąsiadów, prawda?

Harry szedł powoli ścieżką prowadzącą przez grotę. Wychodziła niedaleko miasteczka, ale tylko Walkirie z niej korzystały. Była niewidoczna od strony zabudowań. Tancred szedł przed nim ostrożnie stawiając swoje krótkie nóżki. Nie chciał upaść i się potłuc. Ale był taki podekscytowany za każdym razem, gdy szli do miasteczka. Harry rozważał czy za dwa, trzy lata nie posłać syna do tutejszej niewielkiej szkoły żeby nauczył się pisać, czytać, liczyć. Na razie wolał nie myśleć, co będzie potem. Być może wyśle chłopca do jakiejś szkoły magii. Ale na taką decyzję miał jeszcze czas.
O ile się orientuję, to w magicznym świecie nie ty wybierasz dziecku szkołę, tylko szkoła wybiera sobie dzieci.
A bo ja wiem? Draco mówił, że ojciec chciał go zapisać do Durmstrangu, ale jego matka się nie zgodziła...

Wyszli z groty na pokrytą świeżym śniegiem ścieżkę i spokojnie udali się w kierunki zabudowy.
We wszystkie kierunki naraz.
To już zaawansowana umiejętność asasyńska.

- Jip! – Pisnęło coś niedaleko nich. Harry odwrócił głowę i zobaczył małego polarnego lisa.
To znaczy, że zamek Walkirii znajduje się gdzieś za kołem podbiegunowym!
Ojtam. W Polsce kobieta znalazła jakiegoś pytonga dusiciela w muszli klozetowej, to Harry mógł sobie znaleźć lisa polarnego. Ot, leżał sobie.

To musiał być szczeniak, bo nijak nie wyglądał, jak dorosły osobnik. Poza tym był przerażająco puchaty!
W tym miejscu pasowałoby wstawić szczeniaczka. To wprawdzie nie jest lis polarny, ale puchatość ma przerażającą jak trzeba:

Ten szczeniaczek też niezły. I puchaty. I przerażająco... słodki:

aetuhj.jpg

Dorzucam do puli kotećka:

tumblr_milar86LbZ1s4wmqto2_r1_500.gif


- Lisek! - Pisnął Tancred i zanim Harry zaoponował już brnął w kierunku zwierzaka. Lisek tymczasem siedział sobie spokojnie i patrzył na nich błękitnymi oczkami. Chłopczyk dotarł w końcu do zwierzątka i pogłaskał je po głowie. O dziwo lisek zaczął się do niego łasić.
Harry, zabieraj synka i zmiataj; dzikie zwierzęta nie podchodzą do ludzi - chyba że są wściekłe!
Ojtam. Gołębie podchodzą, może to lis-śmietnikojad.
Śmieciożerca.

[Tancred upiera się, żeby zabrać liska; Harry początkowo protestuje, ale kiedy wrzask małego grozi strąceniem lawiny, zgadza się]

Doszli do miasteczka i pierwsze, co Harry zrobił to zabrał swojego synka i jego nowego pupilka do sklepu gdzie zwierzaka mogli zbadać, zaszczepić i kupić mu obróżkę ze smyczą.
Badania i szczepienia w zasadzie powinien wykonywać weterynarz, no ale dobrze - magia…
Magii tam nie ma, bo kryptonit pochłania. Ok, może miejscowy weterynarz prowadzi przy okazji i sklepik.

Następnie odwiedzili kilka sklepów, gdzie Harry kupił potrzebne im ubrania, kilka książek, owoce, trochę słodyczy i coś do zabawy dla synka jego nowego pupila.
No proszę - lisek niby szczeniak, a już ma synka.
Szybko dziś ta młodzież dojrzewa.

Westchnął tylko niosąc zakupy, podczas, gdy jego mali podopieczni baraszkowali przed nim w śniegu skacząc przez zaspy.
W pewnym momencie Harry miał wrażenie, że dostrzegł jakiś ruch pomiędzy domami. Spojrzał w tamtą stronę, ale niczego już nie dostrzegł. Pewnie jakieś zwierzę. Jego instynkt Walkirii nie alarmował go żeby to było coś niebezpiecznego.
Uliczki musiały być calkiem puste, skoro uwagę Harry’ego zwrócił po prostu “jakiś ruch”.
Zawsze mógł to być Rudy Mundek, Ziutka druh.
Zastanawiam się, skąd wziął się u Harry’ego instynkt Walkirii. Bo Peter Parker dostał pajęczego zmysłu, gdy go ugryzł radioaktywny pająk, więc...
Harry’ego ugryzł naprocentowany Severus.

- Tancred! Wracamy do zamku! –Krzyknął do synka. Chłopiec wziął liska na ręce i podbiegł go ojca, a potem obaj powoli ruszyli ścieżką w drogę powrotną nie zauważając utkwionych w nich ciemnych oczu.
To były Oczy z Cheshire, unoszące się swobodnie w powietrzu w oderwaniu od reszty ciała.
Ślepy Io przechodził i parę mu się zgubiło.
Chwilę przedtem przejeżdżał koło nich tajemniczy mężczyzna o zielonych oczach i mówił, że się gdzieś w tym kraju umówił z blond włóczykijem…
Severus przeklinał siarczyście pod nosem. Kto by przypuszczał, że istniało na świecie miejsce, gdzie magia nie funkcjonowała normalnie? Cała grupa jakimś cudem dobrnęła do miasteczka, które tonęło w śniegu, a czym tutejsi mieszkańcy nie zdawali się w ogóle przejmować.
- Najlepiej rozdzielmy się i popytajmy miejscowych. – Zasugerował Remus.
Ciekawe, w jakim języku? O ile pamiętam, zamek Walkirii miał znajdować się “w górach, gdzieś za granicą” - obstawiałabym Norwegię ze względu na koło podbiegunowe.
Najwyżej będą mówić głośno i bardzo powoli, szeroko otwierając usta.

Hermiona od razu złapała Rona za ramię i pociągnęła go za sobą do najbliższego sklepu.
Prychając z pogardą: “Pffff! Nie mają tu nawet porządnego centrum handlowego!”

Severus nie miał zamiaru na nic czekać tylko poszedł w górę uliczki wzdłuż domów i sklepów rozglądając się. Czuł się lekko podenerwowany. Jeśli naprawdę znajdą chłopaka to na pewno nie będzie to zbyt miłe spotkanie.
W miarę jak szedł uliczka rozszerzała się i przybywało ludzi krzątających się wokoło.
Aha, więc jednak ulice nie były puste.

[W pewnym momencie Snape zauważa Harry’ego - którego od razu rozpoznaje - z synkiem.]

Nie wiedział, co ma o tym myśleć. Czyżby chłopak dorobił się dziecka? Ale jakim cudem?
Normalnym, nikt przecież nigdy nie posądzał Harry’ego o bezpłodność, nie?
To bez ślubu tak można?

Minęły cztery lata od jego zniknięcia, a ten mały wyglądał na jakieś trzy latka...
Cała krew odpłynęła z twarzy mężczyzny, gdy uświadomił sobie, jaka może być prawda. To po prostu było niemożliwe! Ten chłopiec nie mógł być… jego? Ale to by oznaczało, że ma syna.
Oparł się o ścianę czując jak robi mu się słabo. Co on miał o tym myśleć? Słyszał o przypadkach, gdy dwójka czarodziei miała dziecko w sposób naturalny, ale takie przypadki były tak rzadkie, że aż graniczyły z cudem. Normalnie potrzebny był specjalny eliksir czy zaklęcia.
Ałtorko, może uzgodnij zeznania sama ze sobą? Kiedy Harry poszedł do uzdrowiciela, ten nie zdawał się być szczególnie zdumiony całą sytuacją i nie traktował ciąży Harry’ego jako czegoś nadzwyczajnego, graniczącego z cudem. Również pierwsze skojarzenie Snape’a - “to mój syn!” - wskazuje na to, że przypadki, kiedy dwóch mężczyzn jest w stanie spłodzić ze sobą dziecko, są częstsze.
No i jeśli już, to dlaczego Snape zakładał, że Harry nie uzyskał dziecka właśnie za pomocą specjalistycznych zaklęć czy substancji?
Może trzeba było zażyć eliksir przed, a nie po, czy coś… aby wytworzył macicę w tyłku.

Odetchnął głęboko kilka razy zanim wyszedł na drogę i zaczął iść w kierunku skąd przyszedł. Musi powiedzieć dyrektorowi, że widział Pottera, ale dziecko przemilczy. Albus jeszcze dodałby dwa do dwóch i wiedziałby wszystko.
Chyba nieczyste sumienie mu tak podpowiada, bo normalnie to raczej każdy uznałby, że Harry po prostu spotkał jakąś miłą dziewczynę.
Widocznie Severus uważał, że uczniowie z zasady są aseksualni i niezdolni do podjęcia współżycia z własnej inicjatywy.
Ewentualnie Harry, jako uke, nie może mieć seksów innych niż te bardziej czy mniej wymuszone przez swojego semca.

A wtedy skandal, zwolnienie z pracy były murowane. O ile nie skończyłoby się to Azkabanem za gwałt na Złotym Chłopcu.
Hm, jak dla mnie, to Azkaban powinien być jego pierwszą obawą, a nie ostatnią, po opinii publicznej, zwolnieniu z pracy i skandalu. Ale właściwie z tych rozważań to w ogóle wychodzi, że Azkaban ewentualnie groziłby mu nie za gwałt jako taki, tylko za gwałt na osobie ważnej dla czarodziejskiego świata. Gdyby skrzywdził jakiegoś nic nieznaczącego Puchona, mógłby spać spokojnie...

Widząc resztę grupy w całości mógł tylko zgadywać jak długo go nie było. Dopiero, gdy podszedł do nich powiedział cicho:
- Widziałem Pottera.
I tyle. Dwa krótkie słowa, ale podziałały, jak zapłon i ludzie zasypali go gradem pytań. Musiał powiedzieć, gdzie go widział, gdzie poszedł i czy to na pewno był on. Szlag go trafiał, gdy musiał im po kilka razy wszystko mówić.
A czego się spodziewał? Że powie “Chyba widziałem kotecka” i wszyscy będą tym oświadczeniem w pełni usatysfakcjonowani?
Mam wrażenie, że ci bohaterowie w ogóle nie myślą, tylko mówią to, co akurat jest ałtorce potrzebne do posuwania fabuły naprzód. Ktoś widział jakiegoś dziwnego kolesia, którego nikt logicznie by nie skojarzył z Potterem? Wleczmy się do siedziby Walkirii, to na pewno Harry! Snape powinien ukrywać dla własnego dobra, że widział Harry’ego? Ciul z tym, muszą się w końcu spotkać!
Mówią to, co akurat jest ałtorce potrzebne do posuwania, kropka.

Popatrzył na Albusa, który stał zamyślony.
- Uspokójcie się. – Poprosił i wszyscy zamilkli. – Uważam, że teraz powinniśmy znaleźć jakiś nocleg. Dni teraz są tutaj bardzo krótkie, a my wszyscy jesteśmy głodni i jest nam zimno. Najlepiej, jak zastanowimy się na spokojnie, jak wejść do siedziby Walkirii i jak dowiedzieć się, co z Harrym.
Powiedzcie im, że jesteście z gazowni i przyszliście sprawdzić licznik.

Wszyscy musieli przyznać mu rację. Działanie pod wpływem emocji mogłoby się źle skończyć.
- Tym bardziej – zaczął Remus. – że nie mamy pojęcia ile ich jest i jak ich twierdza jest strzeżona. Ktoś będzie nam musiał powiedzieć, jak się do niej dostać.
Już widzę tych wszystkich chętnych do udzielania informacji… Chyba że przywieźli ze sobą naprawdę dużo złota i mają jakiś magiczny program ochrony świadków.
Spójrz jeszcze raz na okładkę Czarnej Walkirii. To to coś budzi w tobie przerażenie? Znaczy, prócz przerażenia nad anatomią dziwa…
Ja mam naprawdę dużo dobrej woli i zakładam, że Walkirie mogły być przerażające… póki nie trafiły na bardzo nieudolną autorkę i rysowniczkę.

Dyrektor skinął głową.
- Rozpytywałem o to nieco. – Przyznał. – Walkirie mają tu gdzieś w okolicy ścieżkę, która prowadzi przez labirynt jaskiń do ich zamku. Musimy spytać jakąś Walkirię bezpośrednio, bo nikt z mieszkańców nie zna drogi.
Dzień dobry, czy ty jesteś może Czarną Walkirią z zakonu najgroźniejszych asasynów na świecie? A pokażesz mi tajne przejście do waszego zamku? Pięknie proszę!

- Czyli nie pozostaje nam nic, jak czekać aż ktoś z nich się pojawi? – Spytał Artur.
- Niestety. Nie mamy innego wyjścia. Miejscowi mówią, że Walkirie pojawiają się tu, co dwa - trzy dni w swoich prywatnych sprawach. Zasugerowali, żeby wypatrywać mężczyzny o szarych włosach związanych w cienkie warkocze. Zawsze chodzi w towarzystwie około siedmioletniej dziewczynki. Mówią, że to chyba jego córka… Ale nie wiedzą, jak się nazywa, bo Walkirie nigdy się im nie przedstawiają.
A jednak! Strasznie gadatliwi ci mieszkańcy miasteczka wobec obcych…
No bo ile można siedzieć cicho i trzymać wszystkie tajemnice przy sobie. Wobec siebie nawzajem się miejscowi nie otwierają, to przynajmniej z przyjezdnymi mogą czasem pogadać.

- Poszukajmy, więc noclegu skoro nic innego nam nie pozostało. – Zasugerowała, Hermiona. Mieli o tyle szczęście, że w jedynej gospodzie w miasteczku były wolne pokoje, z których normalnie korzystali nowoprzybyli dopóki się nie urządzili na miejscu.
To by sugerowało, że ktokolwiek dotarł do miasteczka, już nigdy go nie opuszczał… Mhehehehehehehe!!! Cóż, to może wyjaśniać gadatliwość mieszkańców - wiedzą, że i tak nkt nie wyniesie informacji na zewnątrz.

Zjedli kolację i rozeszli się na noc.
Severus nie mógł jednak spać. Cały czas miał przed oczami obraz młodego mężczyzny ze szpetną blizną na twarzy i małego wesołego chłopca, który bawił się z liskiem. Poczuł dziwny ucisk w piersi. Jeśli jego przypuszczenia się potwierdzą to znaczy, że ma syna. On, który nigdy nie planował mieć dzieci.
Aaaaa! Harry złapał go w pułapkę biologiczną!
A to chytrusek.

Nigdy nie wyobrażał sobie siebie w roli ojca. Co on by mógł przekazać takiej małej istocie? Był zepsuty życiem i zdawał sobie z tego doskonale sprawę. A sposób, w jaki ten chłopiec zawitał na ten świat… Tego sobie nigdy pewnie nie wybaczy.
Och, w tej sytuacji nie musisz się przejmować “co przekażesz dziecku”, bo najbardziej prawdopodobne jest, że Harry nie pozwoli ci zbliżyć się do synka na odległość mniejszą niż kilometr.
Ja bym profilaktycznie zaznaczyła jeszcze, że ma to być kilometr w dół.

Zasnął dopiero późno w nocy, a jego sny wypełnia dziecięcy śmiech….
I tupot małych nóżek.
I zapach niemowlęcej kupki.

Tymczasem Dumbledore i reszta ekipy plączą się po miasteczku, szukając kontaktu z Walkiriami.

Dopiero po 3 dniach mieli dość szczęścia, że zobaczyli mężczyznę o szarych włosach w towarzystwie małej dziewczynki.
Mała biegała od jednego sklepu do drugiego i co jakiś czas udało jej się naciągnąć ojca na jakiś drobiazg.
Ileż sklepów mogło być w tym małym miasteczku na zadupiu wszystkiego, zamieszkanym przez garstkę wyrzutków?
Jak to ile? Wszystkie! Przecież musieli być samowystarczalni…

Musieli poczekać na dogodny moment. Kiedy dziewczynka weszła do jakiegoś sklepu, a jej ojciec został na zewnątrz Albus podszedł do niego.
- Dzień dobry. – Powiedział. – Czy moglibyśmy porozmawiać?
Falcon zmierzył go wzrokiem i skinął głową.
-To bardzo delikatna sprawa… - zaczął starzec niepewnie. – Szukam kogoś. Ta osoba zaginęła kilka lat temu, a ostatni raz widziano ją tutaj. Chciałem spytać czy nie wie pan czegoś na ten temat. – Wyjaśnił.
- O kogo dokładnie chodzi? – Spytał po chwili Falcon.
- O tą [tę!] osobę… -powiedział starzec pokazując mu zdjęcie czarnowłosego chłopca o zielonych oczach. Falcon uniósł brwi rozpoznając na nich chłopaka, którego znalazł cztery lata wcześniej w górach niedaleko zamku.
- Po, co go szukacie? – Spytał wprost nie bawiąc się w uprzejmości.
Ani w zachowywanie standardów interpunkcji.

- Cztery lata temu chłopak zniknął nic nikomu nie mówiąc. To było w nocy, zostawił tylko list, że coś się wydarzyło i, że musi odejść. – Wyjaśnił Albus.
- Coś to bardzo delikatnie powiedziane. - mruknął Falcon pod nosem. Już dawno domyślił się, że niechęć, Emeralda do seksu [i seksu do Emeralda] ma podłoże w czymś złym, czego efektem był jego mały synek.
IN VITRO!!! Mwahahahahahahaha!!!
Bał się, że przyniósł mu do domu wirus heteroseksualizmu i to dziecko jednak urodziła kobieta.

- Rozumiem, że pan go zna. - ciągnął starzec. – Chcielibyśmy z nim tylko porozmawiać i dowiedzieć się, co się stało.
- Myśli pan, że od tak wpuszczę pana do zamku? – Spytał patrząc na niego z niebezpiecznym uśmiechem. Albus poczuł się bardzo niepewnie. Od tego mężczyzny biła niebezpieczna siła.
Zamek też był niebezpieczny.
Z niebezpiecznych zamków najgorsze są błyskawiczne w spodniach.

- Ależ… Nie to miałem na myśli. – Zapewnił szybko. – Zależy nam na jego dobru. Szukamy go od czterech lat i dopiero teraz wpadliśmy na trop. Bardzo proszę. Ten chłopak jest dla mnie jak wnuk, którego nigdy nie miałem.
Naprawdę, Albusie, mógłbyś postarać się o mniej kiczowate odzywki...

Falcon milczał dłuższa chwilę.
- Za godzinę przy wylocie z miasteczka.
...chociaż właściwie po co, skoro te działają.

Taak… Autorka najpierw buduje napięcie, pisząc o tym, jacy to straszni i niebezpieczni zabójcy te całe Walkirie, jak to całe stado aurorów nie da im rady, ich zamek jest zupełnie niedostępny i w ogóle nie wiadomo, gdzie się znajduje - a potem, jak przychodzi co do czego…
- Możemy wejść?
- No spoko, wchodźcie. Pamiątki można kupić przy drzwiach.

[Falcon przeprowadza całe towarzystwo przez jaskinię do zamku]

Molly jęknęła przerażona, gdy [zobaczyła, że] mały, może trzyletni chłopczyk w najlepsze siedział sobie na łapie jednego ze smoków i stamtąd rzucał piłeczkę małemu białemu liskowi, który biegał za nią radośnie popiskując.
A może to jednak nie był lisek, może on po prostu znalazł psa?

Severus poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. To był ten chłopczyk, którego widział z Potterem. Teraz miał na sobie kurteczkę z kolorowych skórek.
Z rudego lisa, srebrnego lisa i czarnej pantery, wykończoną lamówką z różowej anakondy.
A kaptur był od krowy Mućki.

Kaptur miał podbity futerkiem [z innego białego liska], ale aktualnie nie miał go na główce i było widać czarne rozwichrzone włoski, uroczo podkręcające się na końcach. Zielone oczka popatrzyły na nowoprzybyłych ciekawie i Severus [chyba “Severusek”!] omal nie jęknął. Kształt oczu był identyczny, jak u niego, ale kolor mały miał po Harrym.
Jeśli macie nadzieję, że dziecko Harry’ego będzie służyć do czegoś innego niż bycie pretekstem do nazwalenia zdrobnieniątek niczym pieskowych kupków na skwerku, to się mylicie. Bardziusieńko.

[Falcon wysyła dziecko, żeby sprowadziło Harry’ego, znaczy, Emeralda. Kiedy ten się pojawia, Hermiona z radości rzuca mu się na szyję. Harry mdleje, a kiedy się budzi...]

– Idźcie sobie stąd.-Powiedział krótko wstając.
Gdyby wstawał długo, zdążyłby wygłosić całą przemowę.

- Ale… Harry! Zniknąłeś bez słowa! – Zaprotestowała.
- Nie bez słowa… Zostawiłem wam list żebyście mnie nie szukali, a wy starym zwyczajem oczywiście musieliście… - westchnął nie patrząc na nią.
- I ty uważasz, że to było fair? – Spytał Ron podchodząc do nich. –Na gacie Merlina, stary! Prawie zawału dostałem, jak się okazało, że zniknąłeś!
- Przykro mi, że tak to odebrałeś, ale jeśli chcecie mnie sprowadzić z powrotem to zapomnij o tym. Nie wrócę. - Powiedział twardo biorąc dziecko na ręce.
- To chociaż powiedz, dlaczego! – Prosiła, Hermiona.
- Nie powiem! - warknął Hermion.

Harry milczał dłuższą chwilę.
- Nie mogę… Przepraszam… - powiedział w końcu. Wszyscy wyglądali jakby mieli paść z szoku.
- Jak to nie możesz? – Naskoczył na niego Ron. – Zostawiasz nam kartkę, że coś się stało i mamy cię nie szukać! A w końcu, jak już się nam udało cię znaleźć to się okazuje, że nie chce nas znać. – Powiedział z wyrzutem i zerknął na dziecko. – Miałeś romans z kimś? Dlatego nie mogłeś ożenić się z Ginny? Bo tamta dziewczyna była w ciąży? – Spytał.
- NIE! – Wrzasnął w końcu Harry doprowadzony niemal do granic wytrzymałości. –Nie miałem z nikim romansu i chciałem ożenić się z Ginny, ale nie mogłem!
- Jak to nie miałeś? To, kto jest matką tego dziecka?
LITOŚCI. Harry zniknął, nie było go cztery lata… a teraz nikt nawet nie zapyta, co się z nim działo, jak znalazał się w zamku Walkirii, dlaczego zemdlał, kiedy Hermiona go dotknęła - tylko dla wszystkich najważniejszą kwestią jest, z kim ma dziecko i dlaczego nie mógł ożenić się z Ginny?! Brakuje tylko, żeby Ron ryknął  “Splamiłeś honor rodziny!” i zabił go na miejscu.
Ron Dulski-Borejko.
- On nie ma matki! – Krzyknął chłopak.
Po tym wyznaniu zapadła głucha cisza.
- O la la… Będzie draka… - mruknął Falcon pod nosem i zaczął ostrożnie wycofywać się na niewielka odległość.
Na swoim własnym terenie będzie “ostrożnie wycofywać się”. Nie ma co, twardy zawodnik.
W ogóle te Walkirie są trochę jak metalowe bikini bohaterek słabego fantasy - nie mają sensu, nie mają żadnego zastosowania i tylko żal patrzeć na powód, dla którego autor wsadził je do dzieła.

- Jak to nie ma…? – Spytała Hermiona. – To skąd się wziął…?
Bocian? Kapusta?
[komentarz polityczny on]
osiolki.png

[komentarz polityczny off]

- Harry… - Zaczął Albus niepewnie. –Chcesz nam powiedzieć, że…
- Niczego wam nie chcę powiedzieć, ale jak już tak bardzo to wałkujecie to tak! Ja go urodziłem! –Warknął. Po tym wyznaniu nie ryknął w okolicy nawet jeden smok.
Znaczy… normalnie ryk smoków był takim odpowiednikiem śmiechu z puszki w sitcomach?
I oczywiście nie chce z nimi gadać, ale najważniejszą rzecz jednak warknie, bo Imperatyw Narracyjny.

- Ale kicha… - mruknął Falcon pod nosem widząc osłupiałe twarze ludzi, wściekłą twarz podwładnego i zaciekawioną twarz dziecka.
Faktycznie, tak dorodnych smarków pod nosem jeszcze nigdy nie widział.

Wiedział, że może być afera, ale nie przypuszczał, że aż taka! Tymczasem zielonooki mężczyzna zabrał dziecko i wszedł do budynku bez słowa. Falcon po jego ruchach umiał już rozpoznać, kiedy jest zdenerwowany albo wzburzony. Ale teraz to były czyste nerwy okraszone wściekłością i paniką.

[Falcon wyrzuca całe towarzystwo z zamku, zakazując im wracać, o ile Emerald nie będzie chciał z nimi rozmawiać]

Severus nie raz miał problemy ze snem, gdy coś go nurtowało i szukał rozwiązania. Ale nigdy w całym swoim życiu nie musiał się zmagać z czymś takim. Doszedł do wniosku, że nawet udawanie lojalności wobec Voldemorta była niczym w porównaniu do tego, co teraz musiał rozwiązać.
Jak miał przeprosić, Harry'ego za to, co zrobił? Nad tym pomyśli, gdy znajdzie sposób, jak w ogóle przekonać chłopaka do rozmowy. Harry był nastawiony względem wszystkich wyjątkowo bojowo. Mógł być pewien, że zrani, jeśli zostanie zmuszony. Gołym okiem widać było, że w ich obecności nie czuł się komfortowo. Zemdlał, gdy Granger go objęła. Zgadywał się, więc, że ma wstręt do jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z drugą osobą.
No, niekoniecznie; z tej sytuacji można było wyciągnąć jeszcze kilka innych wniosków (np. zemdlał, bo był w szoku na ich widok, bo był osłabiony z powodu choroby, bo cokolwiek jeszcze innego zajrzał do scenariusza opka i wie, co będzie dalej) ale oczywiście Imperatyw Narracyjny podsuwa Severusowi od razu właściwe rozwiązanie.
Albo zwyczajnie wyrzuty sumienia.

Gdyby tylko chłopak mógł mu wybaczyć to, co zrobił… Nie liczył na to, ale chciał go, chociaż przeprosić. Jakkolwiek…
Westchnął głęboko. I jeszcze ten chłopiec… Tancred. Jego syn. Od razu zauważył, że dziecko głupie nie było. Wiedziało, jak się zachowywać przy tak niebezpiecznych stworzeniach, jakimi są smoki, unikał zbędnych ruchów, które mogłyby sprowokować bestie, a do tego obserwował wszystko dookoła.
Tylko zachowywał się, jakby mu mózg zastąpiono cukierkami.

Sam nie wiedział, co czuł względem tego dziecka. Fizycznie było jego… Ale co z uczuciami? Czy po tym jak stracił Lily byłby w stanie kogoś kochać?
Ojtam, kochać nie musisz, wystarczy, że będziesz płacił alimenty.
Albo przynajmniej zwiejesz do Australii.

[Ponieważ Snape nie może zasnąć, wychodzi na spacer]

Był już przy wylocie z miasteczka, gdy od strony pobliskim skał usłyszał jakieś odgłosy. Ciekawość zwyciężyła i mężczyzna podążył w tamtą stronę. Szedł ostrożnie zważając gdzie staje. Nie było łatwo iść po oblodzonych skałach i kamieniach.
Snape postanowił usunąć się z tej historii przez samobójstwo albo był takim idiotą, że nie wiedział, czym się może skończyć łażenie po górach w nocy...

Odgłosy stawały się jednak coraz głośniejsze i głośniejsze. W końcu był tak, blisko, że ledwo je znosił. Zupełnie jakby skały uderzały jedna o drugą. Lawina?
Snape chciał na własnej skórze sprawdzić prawdziwość przysłowia, że ciekawość zabiła kota?
Nie może zginąć. Jest głównym bohaterem, a opka nie pisał George Martin.
*czepiactwo mode on* George R.R. Martin, w odróżnieniu od Sir George’a Martina od Beatlesów.
Ja tylko chciałam subtelnie zasugerować, że jestem za młoda, aby pamiętać Beatlesów. Foch.

Wyjrzał niepewnie zza jednej ze skał i od razu musiał się uchylić przed lecącymi okruchami skał. Wyjrzał znowu i rozejrzał się niepewnie szukając [skał] źródła zagrożenia. Niedaleko niego, po prawe stronie siedział smok, a młody czarnowłosy mężczyzna rąbał w spadające skały długim toporem rozpryskując je na drobne kamienie.
No, Falcon go potem pobłogosławi za niszczenie broni służbowej...
Ze niby jak? Lawina spadała, a Harry sobie stał i rąbał kamienie na kawałki? Co to za matrix, ja się pytam…
Gdyby lawina stała, a Harry spadał i rąbał, miałoby to mniej więcej tyle samo sensu.

Severus od razu go rozpoznał. To był Harry!
Niby mógł to uznać za łut szczęścia, ale jaką miał gwarancję, że chłopak nie wbije mu tego topora w plecy czy głowę, kiedy tylko go zobaczy. Następną skałę, która leciała, na Harry'ego chłopak rozwalił gołą pięścią.
Tłumacząc z języka Yody na nasze: chłopak rozwalił lecącą skałę na [posąg] Harry’ego [i jakieś odłamki].
Skoro umie pięścią, to po co mu topór?
Wiesz, my też umiemy pisać ręcznie, a robimy to na kompie ;)
Harry z okładki zdecydowanie nie byłby w stanie rozrąbać kamienia. Najwyżej mógłby kogoś zatłuc swoimi kośćmi biodrowymi. Też plan.
Albo zadźgać podbródkiem.

Snape otworzył szeroko oczy. Poprawka! Nie potrzeba mu topora żeby go poważnie uszkodzić… Stwierdził, że lepiej chyba będzie się jednak wycofać. Lecz zanim zdążył się odwrócić usłyszał stanowcze:
-Przestań się chować i wyjdź…
Severus nie mógł nie usłuchać. To było straszne i komiczne zarazem. Bał się swojego byłego ucznia. Widział, jak oczy chłopaka robią się wielkie i okrągłe, gdy go rozpoznał.
- Czego chcesz? – Warknął mrużąc oczy, jak drapieżnik, który ocenia potencjalną ofiarę.
Severus warknął, tak?
Trudno powiedzieć, oni obaj w tym opku warczą mniej więcej po równo, aż dziw, że żaden nie “ironicznie”.

- Porozmawiać…
- Nie mamy, o czym rozmawiać! Wynoś się! – Powiedział ściskając mocno broń prawą ręką.
- Chyba jednak mamy. – Powiedział Snape odzyskując swój sarkastyczny ton.
I było to ostatnie zdanie jakie wypowiedział, za chwilę już rzęził w agonii - tonem bynajmniej nie sarkastycznym.

- Nie! Nie mamy! Zostaw mnie w spokoju!
- A jednak… Co masz zamiar powiedzieć dziecku, gdy pójdzie do Hogwartu? –Spytał.
Wow, skąd ta nagła troska o przyszłość dziecka?
To nie jest kwestia troski. To jest kwestia podstępu retorycznego.
Kiedy przenieśliśmy się do Dynastii i jak stąd wyjść?

Widział, Potter stężał i zacisnął mocno szczęki.
- Tancred nie pójdzie do Hogwartu. Nie życzę sobie żeby miał z tobą jakikolwiek kontakt. Nawet, gdybyś miał go tylko uczyć! – Powiedział stanowczo.
- Jeśli jest czarodziejem to pójdzie do Hogwartu. – Upierał się Snape.
Ekskjuzmi, Severusie, ale kwestia, do jakiej szkoły pójdzie wasz synek, naprawdę nie jest teraz pierwszorzędna i poruszanie jej akurat w tym momencie świadczy o… wyjątkowej arogancji?
Snape, spójrz niesporczakowi w oczy i powtórz.

1345182787839.jpg

- Co się tak na niego uparłeś? – Warknął Harry. – Nie masz do niego żadnych praw, słyszysz? ŻADNYCH! To jest mój syn i nigdy nie dowie się, w jaki sposób został powołany na ten świat. – Dokończył cicho. Severus wyraźnie się zaczerwienił.
- To, co zrobiłem było…
- Żałosne? Wstrętne? Brutalne? – Wpadł mu w słowo Harry. – Coś ci powiem i lepiej słuchaj uważnie, bo nie będę się powtarzał. Upokarzałeś mnie i byłeś dla mnie wredny przez całe siedem lat mojej nauki w szkole. Kiedy myślałem, że już się bardziej nie da kogoś upokorzyć, zrobiłeś mi coś tak ohydnego, że nie byłem w stanie nikomu spojrzeć w oczy. Wiesz, czemu uciekłem? Bo się wstydziłem tego, co mnie spotkało! Gdybym został w końcu wyszłoby na jaw, co mnie spotkało i od razu pewnie trafiłoby to do gazet. Wystarczy mi już szumu koło mojej osoby. Nie potrzeba mi kolejnych współczujących spojrzeń setek ludzi, którym się wydaje, że wiedzą o mnie więcej niż ja sam…
Harry jest jeszcze w o tyle lepszej sytuacji od wielu innych ofiar gwałtu, że jest po pierwsze chłopakiem, a po drugie - bohaterem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt nie mówiłby mu: to twoja wina, po co chodziłeś sam po zamku w nocy, a dlaczego poszedłeś z Severusem do komnat, a w ogóle, gdybyś był inaczej ubrany…
Ojtam, ten chłopak od początku ma pecha. Jak nie bazyliszek, to trafia do yaoia. Może by mu Filch wypalił, że to jego wina, bo miał zbyt obcisłą szatę czy coś...

[edycja: ok, wycofuję to, że bycie chłopakiem uchroniłoby Harry'ego przed złośliwymi komentarzami. Przyznam, że pomyślałam po prostu o typowych tekstach, jakie padają pod adresem kobiet - tj. uznawaniu ich za prowokatorki, nie ofiary. Możliwe, ze Harry'ego to akurat nie spotkałoby - ale faktycznie, dla mężczyzn przewidziany jest "inny zestaw" złośliwych komentarzy i trudno uznać wobec tego ich sytuację za lepszą. Przepraszam za nieporozumienie.]

- Co ci jest…? – Spytał Snape podchodząc bliżej.
- Nie zbliżaj się do mnie… - warknął ostrzegawczo chłopak. – Przejdzie mi…
- Ale…
- To tylko głupi atak paniki! – Warknął patrząc nagle mężczyźnie w oczy. Severus teraz wyraźnie widział, jak zimne są te zielone oczy. Kiedyś takie ciepłe, a teraz mające w sobie tylko przenikliwe zimno. I ta blizna na twarzy… Oszpecony na całe życie. Tego nie zamaskuje się niczym.
Chyba że, nomen omen, maską.
Ja bym się zdała na mugolskie metody; chirurgia plastyczna nie takie cuda czyni.
A Eliksir Wielosokowy to już totalnie.

Severus wyciągnął dłoń żeby dotknąć palcami twarzy chłopaka.
- Nie dotykaj mnie… - powiedział cicho chłopak patrząc na niego uważnie. Palce zatrzymały się zaraz przed jego twarzą.
- Nie lubisz, gdy ktoś się cię dotyka… - powiedział mężczyzna.
Gratuluję doskonałej dedukcji, Sherlocku!

Harry zaśmiał się gorzko.
- A dziwisz się? Próbowałem się przemóc, ale wystarczy, że ktoś mnie obejmie lub dotknie, a ja od razu zaczynam panikować albo mdleję… - śmiał się histerycznie.
Naprawdę zastanawiam się nad przydatnością osobnika z takimi zaburzeniami w walce. Owszem, dopóki jest ona prowadzona na odległość sztyletu czy topora… ale pierwsza próba walki wręcz i Harry zostaje wyeliminowany na zawsze!
Dlatego musi w taki sposób planować asasynadę, żeby przeciwnik nie zdążył spróbować.
Tak się zastanawiam… a nie mógł zostać snajperem? Albo, by utrzymać się bardziej w konwencji, łucznikiem?
Jeśli chodzi o bezpośredni dotyk, zawsze może postawić na modny w tym sezonie przezroczysty outfit killera.

hannibal-in-plastic-suit-2__140529214449.jpg

– O seksie nawet nie ma mowy. W ogóle nie wyobrażam sobie żebym mógł iść z kimś do łóżka… Rzygać mi się chce, jak choćby pomyślę o całowaniu, a co dopiero o bzykaniu się… - ciągnął dalej. Severus był coraz bardziej przerażony tym, jak wielką krzywdę zrobił temu chłopakowi.
Bo do tej pory myślał, że ojtam ojtam, dupa nie szklanka i się nie stłucze?
Spotykają się gwałciciel i gwałcony i radośnie gadają sobie o problemach seksualnych. Słodko.
W ogóle ta ałtorka ma coś do tematyki seksualnej, w praktycznie w każdym jej dziele prócz standardowych seksów dla seksów musi być wałkowanie tematu na wszystkie jak najbardziej żenujące sposoby - vide zgwałcony nawijający gwałcicielowi o problemach seksualnych, pytania Tancreda (zauważcie, że to w sumie jedyny raz, gdy ten dzieciak wypowiedział coś, co nie miało posuwać fabuły i/lub być urocze) czy cały tom komiksu poświęcony pogadankom kosmitów o męskich ciążach...

- Chciałbym zrobić coś żebyś mi wybaczył, to, co zrobiłem… - zaczął niepewnie, a wzrok chłopaka znowu skupił się na nim.
- Ty chyba sobie ze mnie kpisz. Czy ty w ogóle pamiętasz, co mi zrobiłeś? Gwałciłeś mnie przez pół nocy dopóki nie zasnąłeś!
- WIEM! Obejrzałem potem moje wspomnienia, w myślodsiewni… Nie wiem, co mam powiedzieć… Jak mam cię przeprosić i przekonać cię, jak bardzo żałuję tego, co ci zrobiłem… - powiedział.
Harry przyjrzał mu się uważnie. Próbował wczuć się w człowieka, który pod wpływem alkoholu krzywdzi kogoś. On po tym, co się stało był naznaczony na całe życie. Jak miał to puścić w niepamięć? Jak miał o tym zapomnieć?
Och, nie martw się, nie miną dwa dni a zapomnisz.

A teraz jego oprawca stoi przed nim i próbuje go przepraszać i tłumaczyć się.
- Nie wiem czy możesz zrobić cokolwiek… - powiedział cicho spuszczając głowę. –To już i tak uważam za cud, że nie uciekam przed tobą z krzykiem. Może, dlatego, że mimo wszystko pamiętam, jaką rolę pełniłeś… I że byłeś przyjacielem mojej mamy… Nie sądzę żeby przyjaźniła się z kimś złym…
No widzisz, Lily, gdybyś sobie uważniej dobierała przyjaciół…

[Snape zwraca uwagę na topór Harry’ego, ten przyznaje, że zabijał nim ludzi]

- Czemu tak patrzysz? – Spytał Harry. – Przecież cały czarodziejski świat zrobił ze mnie mordercę już od momentu tej głupiej przepowiedni, Trelawney. Nie rób takich oczu.
- Co, ja?! - zdziwiła się Sybilla. - Ale przecież mnie tu wcale nie ma!
Trelawney wzięła przykład z Kolonasa Waazona i spada znienacka.

Taka jest prawda. Jak od ciebie wymagano szpiegowania, tak ode mnie wymagano popełnienia morderstwa. Co z tego, że w słusznej sprawie… Wiesz… Wcześniej o tym nie myślałem, ale po tym jak… Opuściłem Hogwart zacząłem analizować wszystko, co mnie spotkało. Czy to jest normalne żeby dziecku kazać kogoś zabić i jeszcze przekonywać go, że to najlepsze, co może zrobić? – Spytał nagle spoglądając mężczyźnie w oczy. – Nie wyobrażam sobie, że miałbym powiedzieć Tancredowi, kiedy skończy jedenaście lat: Masz zabić…
No ale sorry, kiedy Harry miał jedenaście lat, jeszcze nikt mu nic takiego nie mówił - poznał tylko historię swoich rodziców, dowiedział się, skąd ma bliznę i że Voldemort chciał zabić JEGO.
Wygląda też na to, że przez te siedem lat Harry zabił dokładnie jedną osobę - mordercę swoich rodziców i rzeszy innych porządnych ludzi. Trochę mikra ta trauma...

Severus przymknął oczy i westchnął. Nie mógł nie przyznać mu racji. Zrzucili całą odpowiedzialność za wojnę na barki dziecka.
A Zakon Feniksa siedział, popijał piwo kremowe i mówił “Ojtam, po co się ruszać z ciepłej chaty, Harry sam wszystko załatwi”. A Snape szpiegował Voldka, bo lubił.
Podglądał go ukradkiem, gdy ten się kąpał.

- I jak ja mam się czuć twoim zdaniem? Zostałem wykorzystany, jak tylko się dało… -powiedział Harry patrząc na niego smutno. – Może kiedyś ci wybaczę to, co zrobiłeś… Nie wiem… Może kiedyś… A teraz zostaw mnie… Muszę się wyładować… -powiedział wstając. Chciał jeszcze rozwalić kilka skał, a potem wrócić do zamku, ale wstając zachwiał się. Snape złapał go odruchowo i poczuł, jak chłopak sztywnieje i patrzy na niego przerażonymi oczami. Severusowi skojarzył się w tym momencie z płochliwym zwierzęciem, które rozpaczliwie szuka drogi ucieczki.
- P… Puść… - wydusił z siebie chłopak.
- Runiesz na ziemię. – Zaprotestował trzymając go dalej w pasie.
- Puść… - pisnął chłopak próbując się wyrwać. Severus wtedy zrobił to, czego nigdy w życiu pewnie nie zrobiłby dla nikogo. Po prostu przyciągnął bliżej chłopaka i przytulił go. Harry zesztywniał i zaczął mieć trudności z oddychaniem, ale mężczyzna go nie puszczał.
- Spokojnie… Oddychaj głęboko. To minie. – Mówił chłopakowi do ucha.
Harry rozpaczliwie łapał powietrze. Minęło dobre piętnaście minut zanim był w stanie stanąć na własnym nogach.
Terapia behawioralna czyni cuda!

- Powinienem ci za to wbić nóż w plecy… - uświadomił mężczyznę.
- Wiem…, Ale nie zrobiłeś tego…
Nic straconego, tylko się odwróć...

- Nie potrafię cię zabić… Zrobiłeś mi krzywdę, a ja jednak nie potrafię się na tobie za to mścić… Czuję żal i nienawiść, ale nie żądzę mordu względem ciebie… - powiedział cicho patrząc na niego tymi swoimi zielonymi oczami.
Severus wyciągnął ponownie dłoń i tym razem udało mu się dotknąć twarzy chłopaka. Harry zmusił się żeby nie wzdrygnąć i nie odsunąć się, gdy palce mężczyzny dotknęły paskudnej blizny na jego twarzy, a potem zaczęły delikatnie pieścić jego policzek. Gdy dotknęły ucha odsunął się jednak.
- Idź już… - powiedział odwracając się. Usłyszał skrzypiący pod butami śnieg świadczący o tym, że mężczyzna tym razem odszedł.

[Po rozmowie ze Snape’em Harry ma sen erotyczny, budzi się z erekcją, co oczywiście zauważa jego synek, zadając mu mnóstwo krępujących pytań.]

Oczywiście potem musiał znieść masę dziwnych pytań Tancreda o „TĄ" konkretnie rzecz. Mały chciał koniecznie wiedzieć, co to było i dlaczego takie. Harry miał ochotę powiesić się. Jak miał wytłumaczyć dociekliwemu trzylatkowi, co to jest erekcja i skąd się bierze. Nieeeee… Zdecydowanie nie będzie z nim o tym teraz rozmawiał. W swoim czasie zamówi mu jakąś książkę i da do poczytania, bo sam wcześniej spali się ze wstydu zanim dojdzie do sedna sprawy.
Też mi filozofia… Mówi się: “To jest siusiak, ty też taki masz, tylko malutki, bo jesteś mały, a jak urośniesz taki duży jak tata, to i on urośnie”. Trzylatkowi więcej nie trzeba.
To był ten fragment Walkirii, po przeczytaniu którego najczęściej wychodziłam z domu, aby potłuc sobie skały. Głową.

[Harry udaje się do miasteczka, gdzie spotyka Weasleyów - zaprasza ich do kafejki, żeby opowiedzieć swoją historię. Tymczasem Snape też plącze się po mieście, snując różne rozważania…]

I jak tu z tego wybrnąć? Chociaż ostatniej nocy udało mu się jakoś uspokoić chłopaka tylko nieco ograniczając dotyk. Zadrżał nagle przypominając sobie ciało chłopaka przy swoim. Nie było takie, jak kiedyś. Teraz to był młody mężczyzna o pięknie zarysowanym szczupłym ciele. Treningi Walkirii musiały być mordercze skoro wyrobił sobie taką sylwetkę. A jeszcze ta czarna skóra… Idealnie opinała ciało chłopaka eksponując wszystko, na co powinno się zwrócić uwagę.
O tak?

Najwyraźniej ofiary doznawały tej odrobiny przyjemności przed egzekucją.
ŻEKURWACO
No, mogły mieć przynajmniej przedśmiertną erekcję na widok asasyna. Albo, w przypadku innych upodobań, ponapawać się czysto estetycznie.
*patrzy na okładkę Walkirii* No ja się chyba przenapawałam...

[Snape, próbując zerwać jakąś nieznaną mu roślinę, spada ze skały i skręca kostkę. Harry zastaje go siedzącego u wlotu jaskini prowadzącej do zamku]

Harry przebiegł przez jaskinię, a w głowie kołatały mu się sprzeczne myśli. Pomóc czy nie ? Obiecał pomóc, więc niehonorowo by się zachował, gdyby olał Snape'a. Ale Snape mu zrobił krzywdę! Ale przeprosił! Ale jaką ma gwarancję, że nic mu nie zrobi teraz? W nocy nie zrobił!
...w nocy?! A ja myślałam, że to był tylko sen erotyczny…?!

Miał ochotę krzyczeć! Nie wiedział, co powinien zrobić, ale obiecał… Ta jego gryfońska lojalność w stosunku do osób, którym coś obieca.

Wpadł na plac, gdzie siedziały smoki i gwizdnął na swojego. Poprawił szybko uprząż i po chwili byli już w powietrzu, a minutę później wylądowali koło zszokowanego Mistrza Eliksirów.
- Potter… Ty chyba nie chcesz ze mnie zrobić wytrawnego posiłku, dla tej bestii? –Spytał łypiąc na smoka.
Smok warknął wielce urażony, a Harry zamrugał oczami.
- Zwariował pan? On nie je ludzi. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Chodź tu bliżej Celeste… -mruknął do smoka, żeby ustawił się koło profesora. – No zapraszam. –Powiedział wskazując na grzbiet smoka. Smok tylko prychnął, ale mężczyzna stanowczo zaprotestował.
- Ty chyba nie myślisz durny bachorze, że ja na to wsiądę? –Warknął.
- BEZ ŁASKI! - powiedział Potter i odfrunął.

[Snape i Harry lecą na smoku; Snape - och jejku jejku! - musi trzymać się chłopaka. O dziwo, ten nie mdleje]

- Wszystko w porządku? – Spytał go Harry zerkając przez ramię. Severus już zapomniał, jak zielone były oczy chłopaka.
Pamięć ma dobrą, tylko krótką - przecież patrzył w te zielone oczy raptem poprzedniego dnia.
Przedtem przypadkiem spoglądał w zielone oczy prezesa Lokiego, który do tej pory szukał Donara na tym zadupiu.

[Snape trafia do “skrzydła szpitalnego” w zamku Walkirii; miejscowy medyk oznajmia, że nie będzie mógł chodzić przez trzy dni]

– Emerald. Idź do Falcona i powiedz mu, co się stało. Sytuacja nadzwyczajna.
Jeśli “sytuacją nadzwyczajną” dla tej bandy asasynów jest byle skręcona kostka...
Bo i tacy z nich asasyni, jak z wielbłądziej rzyci akordeon.

- A czy nie możecie mi po prostu podać eliksiru na takie zranienia? – Spytał Snape.
- Ach rozumiem! Pośpiech. -mruknął medyk. – Nie jestem zwolennikiem przyśpieszania gojenia, ale skoro się pan upiera to na jutro go przygotuję.
Eee… eliksir? Magiczny wywar przyspieszający gojenie, dobrze rozumiem? A co z tajemniczym górskim minerałem pochłaniającym magię?
Dlatego właśnie medyk potraktował ten pomysł z niechęcią.

[Snape zostaje sam w szpitanym pokoju, aż tu znienacka przyplątuje się Tancred]

- A może pan mi odpowie na jedno pytanie? – Spytał chłopiec patrząc na niego z nadzieją.
- Spróbuję… - powiedział Severus czując w sobie jakieś dziwne ciepło.
- No, bo tacie raz coś wyszło takiego dziwnego między nogami. I nie chce mi powiedzieć, co to. Ale to chyba bolało… To jest zaraźliwe? – Spytał chłopiec patrząc na niego ciekawsko, a mężczyzna poczuł, jak twarz zalewa mu purpura. Czy to dziecko właśnie spytało go o erekcję? Niech go Merlin ma w opiece! Jak on ma na to odpowiedzieć?
Oczywiście ze wszystkich rzeczy, o jakie dzieciak mógł zapytać obcego, przybysza z jakiegoś innego, dalekiego świata, pierwszą była erekcja.
To chyba miał być Element Komiczny.
To wy tu zostańcie, a ja nadal tłukę kamienie.
Szkoda, że Harry nie tłukł kamieni erekcją.

[Snape’a ratuje Harry, który wchodzi i przegania synka]

- Czy on pytał o… -spytał czerwieniejąc nieco.
Snape był w stanie tylko skinąć głową.
- Przepraszam za niego… On jak sobie coś wbije do głowy to będzie szukał odpowiedzi do skutku… - jęknął.
- Rozumiem… - mruknął, a Harry skierował się do wyjścia z pokoju. – Czy możemy później porozmawiać? –Spytał, a zielone oczy popatrzyły na niego pytająco. – Nie o… Wiesz, o czym…
Och jejku… to straszne słowo… nie jestem w stanie go wypowiedzieć… E… ere… ugh, nie mogę, duszę się!
Słowo, Którego Nie Można Wymawiać.
Sami-Wiecie-Co.
Tam, na dole.

- Mam wstręt do seksu. – Powiedział nagle, a Snape nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć.
- Utrudnia ci to życie? – Spytał po dłuższej chwili.
Nie, wcale, lajcik.
Czytałam ten komiks i zaprawdę powiadam Wam - gdyby mnie otaczały jakie stwory jak Harry i te całe Walkirie, to też bym się nabawiła wstrętu do seksu.

Dłuższą chwilę milczeli obaj. Severus nie wiedział, co miałby mu powiedzieć w związku z takim wyznaniem. Wiedział, że to on był winny zaistniałej sytuacji. Przez głowę przebiegła mu szalona myśl, że skoro on jest winny to może mógłby pomóc chłopakowi. Ta myśl była jednak tak niedorzeczna, że pokręcił głową z westchnieniem. Przecież Potter nigdy nie pozwoli mu się dotknąć.
- Czemu kręci pan głową? – Usłyszał głos chłopaka, który wyrwał go z zamyślenia.
- Miałem pewną głupią myśl…
- Pan? – Spytał z niedowierzaniem. – Myśl? Jaką?
- Że mógłbym ci pomóc odzyskać poczucie własnej wartości… - przyznał po chwili i zaczerwienił się nieco. Zaskoczony zauważył, że zielonooki pokrył się rumieńcem, ale nie uciekł z wrzaskiem.
Nie, to ja uciekam!
krol_lew.jpg

- Nie jestem pewien… - powiedział chłopak odwracając wzrok.
- Nie zmuszę cię… - obiecał mężczyzna. Czekał na decyzję byłego ucznia. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył, jak chłopak podchodzi bliżej, a potem siada na krawędzi łóżka obok niego.
- Spróbować chyba nie zaszkodzi… - powiedział ledwie dosłyszalnie.
Nie, serio, nie, przestańcie. “Odzyskiwanie poczucia własnej wartości” poprzez seksy z gwałcicielem… Mózgu, wracaj, gdzie lecisz, gdzieeeeeee....!!!
To chyba miało być na zasadzie wsiadania na konia, z którego się spadło.
CO.

- Jesteś pewien…? Biorąc pod uwagę, co ci zrobiłem… - zaczął, Severus, ale chłopak mu przerwał.
- Chcę spróbować… Nie mam nic do stracenia. – Powiedział odwracając ku niemu twarz z wymalowanym na niej uporem.
Miał na policzkach namalowane osiołki?
CO.

- Powiedz „stop", jeśli będziesz chciał przerwać. – Powiedział mężczyzna [zakładając mu knebel] dotykając delikatnie palcami jego policzka. Harry nie spuszczał z niego wzroku walcząc z przemożną chęcią ucieczki przed dotykiem.
„Dotykał cię już przedtem i nie uciekłeś… „ – powtarzał w myślach. –„Teraz nie zrobi ci krzywdy… Powiedział, że przestanie, jeśli będziesz chciał…"
Uspokajał się powoli. Poczuł, jak kciuk profesora dotyka jego dolnej wolny.
Jego dolna była wolna,
Jego górna była durna
Jego prawa - to zabawa,
Jego lewa spadła z drzewa
A środkowa niech się schowa!

Lekki nacisk i chłopak otworzył lekko usta. Dłoń dłuższą chwilę dotykała twarzy i ust.
Severus nie mógł oderwać oczu od warg chłopaka. Były pełne i miękkie. I tak kuszące. Nie odważył się jednak na pocałunek. Jeszcze nie teraz. Musi go najpierw oswoić. To zupełnie jakby oswajał dzikie zwierzątko. Powoli, kroczek po kroczku. Bez pośpiechu.


(Chciałam wkleić jakiś bardziej drastyczny obrazek z rzyganiem, ale uznałam, że opko jest wystarczająco obrzydliwe samo w sobie).

CO.
1394137913477.jpg
Przepraszam za monotematyczność komentarzy, ale stawiam na dobitne przekazanie komunikatu.

Ocknął się, gdy chłopak westchnął cicho przymykając oczy. Dłoń opuściła jego twarz sunął powoli wzdłuż szyi na ramię.
Rączka z Rodziny Addamsów?

Harry przełknął ślinę, ale nie zrobił żadnego gestu świadczącego o tym, że chciałby uciec. Póki, co trzymał swój strach w garści.
I nie tylko strach.

Mężczyzna pochylił się nad nim i musnął powoli jego usta. Harry jęknął cicho czując inne usta na swoich. To było takie inne od tamtych brutalnych pocałunków. Nigdy nie myślał, że Snape może mieć swoją drugą, delikatniejszą naturę. Długie palce nadal badały jego ciało. Jedna z rąk zsunęła się niżej i podążyła między obleczone w skórę uda chłopaka. Pogłaskała wnętrze jednego z nich, a biodra Harry'ego poderwały się w górę z głośnym jękiem,
Hm, u nas, mugoli, mówi się na to “pierdnięcie”.

jaki wyrwał się z jego ust.
...a to przepraszam.

Dobra, a teraz ujęcie na kominek, wyciemnienie i popatrzymy na młodego Harrisona Forda…
(tak, mam fetysz i nie zawaham się go użyć!)


W każdym razie Snejpuś za pomocą ustnej perswazji przekonuje Harry’ego, że kontakty międzyludzkie mogą być całkiem przyjemne.

Tymczasem chłopak otworzył swoje zielone oczy, które błyszczały od przebytego właśnie orgazmu. Chłopak popatrzył na niego przepraszająco.
- Nie dam rady cię dotknąć… Jeszcze nie… - powiedział, a Severus tylko skinął głową, chociaż w myślach klął szpetnie. Będzie musiał się potem sobą zająć.
Aaaaaa, raz widzianego nie odwidzisz...

[Snape dowiaduje się, że swego czasu Voldek próbował podporządkować sobie Walkirie]

- Voldemort? – Spytał medyk, gdy usłyszał to imię. – A tak… Był tu taki jeden… Morda straszna i nic tylko za kratki pasowała. Gość chyba lustra w domu nie miał, bo wyglądał koszmarnie. Ja nie wiem, gdzie ci jego poplecznicy mieli oczy.
Co ta władza robi z ludźmi; Palpatine też mocno zbrzydł, od kiedy został Imperatorem ;)

(przy okazji: szukając stosownego obrazka, trafiłam na taki. Chciałabym to zobaczyć!)


-Niemal splunął, gdy o tym mówił. – Zażądał, nie poprosił tylko ZAŻĄDAŁ rozmowy z Falcon'em po czym oświadczył, że od teraz on tu rządzi. Tak wściekłego Falcon'a jeszcze w życiu nie widziałem. Jak dopadł do broni i zaczął go gonić wespół z dziesięcioma innymi… Do tego wykrzykiwał za nim takie obelgi i przekleństwa, że słychać je było w całej okolicy. Gość chyba nie takiej reakcji się spodziewał, bo próbował się stawiać, ale tylko zaliczył kilka konkretnych ciosów. Odpuścił dopiero, jak Falcon wbił mu topór w ramię… -opowiadał, a Severus robił coraz większe oczy.
Logiczne wydaje się, że Voldek nie mógł miotnąć avadą, ponieważ blokował go ten tajemniczy górski minerał. Ale… zobaczmy, co będzie się działo za chwilę.

Dopiero teraz w pełni dotarło do niego w jak niebezpiecznym miejscu się znalazł. Medyk wprost mu powiedział, że gdyby nie prośba Harry'ego (czy też Emerald'a, jak nazywały go Walkirie) zabiliby go na miejscu. Był dla nich kimś kompletnie obcym i jego życie nie leżało w ich interesie.
Jasny gwint… Znowu miał dług wdzięczności u Potter'a.
Kuśki mu nie starczy, żeby te długi pospłacać.
To sobie przywiąże jakiś apostrof.

[Do Snape’a znów przychodzi Tancred i zaczyna się popisywać]

- Bo ten lisek jest magiczny. – Powiedział Tancred. – Umie różne rzeczy. Pokażę panu. – Powiedział i wyjął z kieszeni małą gumową piłeczkę. – Przynieś. – Powiedział do liska i ją rzucił, a lisek… Zniknął, pojawił się w drugim końcu pokoju łapiąc piłeczkę i pojawił się znowu na krześle oddając ją chłopcu.
(...)
A ja umiem tak. – Powiedział wyjmując kieszonki spodni kamyczek i po chwili zmienił go w kwiatek. Pięknie! W wieku trzech lat ten mały umiał transmutować coś takiego. Niepojęte! To dziecko musiało być geniuszem.
Jak widać, minerał pochłaniający magię działa nadzwyczaj wybiórczo.
Nawchłaniał się już wystarczająco i brakuje mu miejsca na magię generowaną przez Tancreda i jego liska.

[Harry ma Dylematy]

- Co ja mam mu powiedzieć? – Spytał w końcu zielonooki prostując się. – Jak ja mam powiedzieć własnemu dziecku, skąd się wzięło i dlaczego ma dwóch ojców? – Spytał patrząc na niego. – On się w końcu dowie… Jest zbyt dociekliwy…
-Może mu powiedz? – Spytał Snape.
-Oszalałeś? Od razu poleci wypaplać któremuś dziecku, dojdzie to do Falcon'a i jesteś martwy! Walkirie nienawidzą gwałcicieli… - parsknął patrząc na niego, jak na kompletnego wariata.
A, tego… nie można w takim razie sprzedać dzieciakowi jakiejś złagodzonej wersji?

- Jakby nie patrzeć to nie mijają się z prawdą… - mruknął Severus. – Zrobiłem ci krzywdę…
- A zamkniesz się w końcu? Jakimś masochistą jesteś czy co? – Nie wytrzymał w końcu Harry, a Snape popatrzył na niego kompletnie nic nie rozumiejąc. – Zrobiłeś mi krzywdę… Fakt! Po pijaku! Masz poczucie winy i to widać jak jasna cholera! Ale z łaski swojej przestań już przy mnie o tym mówić, bo się w końcu albo porzygam, albo tak ci przypierdzielę, że się nogami nakryjesz! Durnej mugolskiej terapii mi nie potrzeba! –Zakończył warcząc na mężczyznę.
Severus po raz pierwszy w życiu widział Potter'a w stanie bliskim furii. A wszystko wskazywało na to, że wkurzył chłopaka i to dość mocno skoro fuczał na niego i wściekał się.

- Przestałeś robić z siebie w końcu męczennika? –Warknął nagle Potter.
- Nie robię z siebie żadnego męczennika! – Zaooponował profesor, a Harry wywrócił oczami.
- Taaa… Jasne! A to całe gadanie: Zrobiłem ci krzywdę itp.? Już daj temu spokój! Obaj wiemy, co się stało i nic tego nie zmieni, ale to twoje ciągłe gadanie o tym zaczyna doprowadzać mnie do szewskiej pasji! Weź sobie wbij w ten swój wypełniony recepturami na trucizny łeb, że ja nie chcę o tym więcej rozmawiać! Chcę o tym zapomnieć imbecylu!
-J ak śmiesz się tak do mnie odzywać durny bachorze? – Warknął mężczyzna i obaj zaczęli kłótnię wypominając sobie wszystkie stare niesnaski, jakie zebrały się za całe siedem lat i koegzystencji w szkole.
- W piątej klasie specjalnie zniknąłeś mi z kociołka eliksir, który akurat się udał! I nie nauczyłeś mnie oklumencji! I zawsze faworyzowałeś Dracona!
-A ty ukradłeś mi skórkę boomslanga! I po co zaglądałeś wtedy do myślodsiewni, durny bachorze? Wiesz, jak się czułem, wiedząc, że widziałeś mnie w samych gaciach?!

Wyzwiska i przekleństwa leciały, w co drugim słowie i medyk, który właśnie miał wejść i sprawdzić czy wszystko w porządku cofnął się i pobiegł do Falcon'a.
Kiedy przywódca Walkirii przybiegł pod drzwi pokoju, stało już tam kilku mężczyzn i chichotało słysząc kłótnię.
- Jak stare dobre małżeństwo. – Rechotali słuchając wyzwisk.
A wy z kolei, panowie, jak w podstawówce.

Harry szedł wściekły korytarzem. Zatłucze tego wrednego nietoperza! Jak on śmiał?
Uciszył go pocałunkiem! Harry otarł usta. To nie był taki pocałunek, jak poprzedniego wieczora. Ten był silny, stanowczy i dominujący. Od razu stanęła mu w pamięci tamta noc. Nie wytrzymał i po prostu uderzył profesora w twarz z otwartej dłoni.
Snape chyba czuje się zbyt bezpiecznie w tym zamku straszliwych zabójców… nie, wróć, on już po prostu wie, że to nie żadni asasyni, tylko Troskliwe Misie, zbierające po drogach wszystkich włóczęgów potrzebujących pomocy. Nie przychodzi mu też do głowy, że Harry mógłby stwierdzić “A pierdzielę dawne przyjaźnie mojej matki!” i jednak go zaciukać!
Eee tam, cała ta gadka o zabójcach to ściema, mająca na celu wyłącznie uczynienie Pottera bardziej mrocznym.
I pretensjonalnym, nie zapominajmy o pretensjonalności.

...
W końcu po tych dwóch dniach zapukał do pokoju mężczyzny i wszedł. Długą chwilę milczeli patrząc tylko na siebie.
- Przepraszam…- mruknął w końcu młodszy.
- Za co? – Spytał zaskoczony Severus.
- Za ten policzek… - mruknął nieco zawstydzony. – Nie powinienem tak tracić panowania nad sobą. – Przyznał.
- A ja nie powinienem zaczynać bolesnego dla ciebie tematu. – przyznał starszy.
Harry popatrzył w te czarne oczy.
Oczi cziornyje, oczi grustnyje… W każdym razie nie kończy się na namiętnych spojrzeniach i panowie znów lądują w łóżku… i następnego wieczora, i kolejnego… Wreszcie jednak Severus wraca do zdrowia.
Harry odprowadza go przez jaskinię do miasteczka, zwierzając się po drodze.

Chociaż moje życie nigdy nie było zbyt normalne. Zawsze wokół mnie było sporo zamieszania. Wiesz… - mruknął przechodząc z mężczyzną na „ty" – Momentami nienawidziłem faktu, że jestem tym słynnym Harrym Potterem. – przyznał ze smutnym uśmiechem.
Snape nawet nie mrugnął okiem. Słuchał tylko.
- Ciężko w to uwierzyć, prawda? – Spytał. – Przez całe moje dzieciństwo czułem się niechciany. Nie miałem przyjaciół. Dopiero, gdy dostałem list z Hogwartu poczułem się po raz pierwszy w życiu szczęśliwy. Ale wtedy też dowiedziałem się, że wszyscy wiedzą o mnie rzeczy, o których ja nie miałem pojęcia. To było strasznie wkurzające. A potem… Wiesz… Jak tak teraz na to patrzę to czuję po prostu wykorzystany…
- Wykorzystany? – Spytał Severus, a Harry pokiwał głową.
- Niejako przez wszystkich czarodziei… - powiedział smutno. – No, bo… Jak miałem się czuć? Byłem nastolatkiem, a tu rzuca mi się w twarz, że to ja mam pokonać Voldemorta. Muszę przyznać, że z Dumbledore'a jest niezły manipulator… Byłem dzieckiem… Potem nastolatkiem, a ślepo wierzyłem we wszystko, co mi mówił. Mam do niego ogromny żal, że pozbawił mnie tego, co powinno mieć normalne dziecko…
No paczciepaństwo, a mnie się zawsze zdawało, że Dumbledore próbował chronić Harry’ego najdłużej jak się dało, nie chciał pozbawiać go dzieciństwa i obarczać zbyt wielką odpowiedzialnością. No ale widocznie ktoś tu wie lepiej niż Rowling.

Nie mówię o śmierci moich rodziców, bo to zupełnie inna sprawa, ale to, że kazał mi kogoś zabić. Dlatego wstępując do Walkirii czułem się już mordercą.
No nie, nie przemawiają do mnie te jego użalania się nad sobą. Nikt nie kazał mu przecież zamordować bezbronnego ani nawet nie wysłał na wojnę, gdzie mógłby o żołnierzach przeciwnej strony myśleć, że to tacy sami chłopcy, wyrwani z rodzinnych domów, jak on. Zabił tyrana i wielokrotnego mordercę, zrobił to w walce, w której sam mógł zginąć. Zabił kogoś, kto mnóstwo razy próbował zgładzić jego. Serio, mieć wyrzuty sumienia z powodu akurat Voldka...

No… ja też bym miała wyrzuty, jakby się smutno popatrzył…

600full-ralph-fiennes1.jpg

Severus patrzył na chłopaka, jakby zobaczył go pierwszy raz w życiu. Tymczasem Harry mówił dalej:
- Największy jednak żal mam o to, że… Przecież czarodziei jest dużo więcej niż było popleczników tego szaleńca… Więc mogli zorganizować armię i dać sobie radę sami, a nie czekając tyle lat na małe dziecko, na którego barki wszystko zrzucili.
Ech, Harry, jak ty mało wiesz o funkcjonowaniu społeczeństwa…
Powinien jeszcze dodać, że za Voldemorta być może byłyby niższe podatki.
I porządek, i czysto na ulicach...

Przypuszczam, że poczuli wtedy cholerną ulgę… -dodał sarkastycznie i parsknął. – Czekali na gotowe zamiast działać. To mnie wkurza najbardziej. Że oczekiwali od dziecka czegoś takiego. – Dokończył i zamilkł.


[Tymczasem aŁtorka przypomniała sobie, że przecież Walkirie są groźnymi zabójcami i postanowiła pokazać je w akcji. Oto do miasteczka zbliża się banda rabusiów, Harry i pozostali biegną bronić przejścia przez góry]

- Nie możemy go tak zostawić! – Powiedziała Molly, gdy Harry zniknął im z oczu. – Musimy sprawdzić czy nic mu się nie stanie!
- Ale Harry kazał nam się schować… - powiedział niepewnie Artur. Przestał oponować, gdy żona zmierzyła go wzrokiem pełnym wyrzutu.
- Molly ma rację. – Zgodził się Remus. – Nie możemy go tak zostawić.
- Albusie…? – Artur popatrzył na starszego czarodzieja.
- Ach nie wiem, nie wiem… - powiedział. – Nie wiem czy możemy mu pomóc… Nasz magia nie działa tutaj zbyt dobrze. Ale może, chociaż z daleka popatrzymy czy nic mu nie jest?
A jakby co, to podlecę z ręczniczkiem, żeby otrzeć mu pot z czoła!

–Zaproponował, a Molly z zapałem skinęła głową i zanim ktoś zdarzył zareagować, już biegła po popcorn w stronę wylotu z miasteczka. Reszta szybko ruszyła za nią.
Molly dotarła na miejsce pierwsza. Zatrzymała się z boku, dość daleko by czuć się bezpiecznie, ale nie na tyle żeby nic nie widzieć. I to, co zobaczyła sprawiło, że jęknęła głośno.
Hermiona niemal krzyknęła, gdy stanęła obok niej i omiotła wzrokiem całą scenę rozgrywającą się przed jej oczami. Zerknęła kątem oka na Ron'a, który wyraźnie pozieleniał. Inni mieli podobne wyrazy twarzy.

Severus sam nie wiedział, co ma myśleć o tym, co zobaczył. Na rozmokłym śniegu leżało już kilkanaście trupów, których krew barwiła go na czerwono. A w samym środku tego wszystkiego stał Potter z toporem w ręku i bez wahania rozbił nim głowę najbliższego przeciwnika. Nie patrząc za siebie wyrwał go z rany zadanej martwemu już mężczyźnie
Znaczy, zamek Walkirii zaatakowały zombie, skoro Potter rani “już martwego”?

i od razu wbił go w kolejnego, który zamachnął się na niego z dużym nożem. Mężczyzna zacharczał gardłowo i padł martwy.
A wtedy Potter zaczął siekać go na plasterki.

[Zszokowani czarodzieje (a czego się właściwie spodziewali?!) uciekają do miasteczka]

- Na Merlina… - jęknęła Hermiona siadając na schodach najbliższego domu. Nogi przestały jej słuchać. – Harry… On… - powiedziała i rozpłakała się. – Co musiało się stać, że do tego doszło…? – ryczała.
Nikt jej nie odpowiedział. Nawet Albus nie wiedział, co ma na to powiedzieć. Pierwszy raz w życiu naprawdę nie mógł znaleźć żadnych odpowiednich na tą chwilę słów.
- Zabija z zimną krwią, tak jak go nauczono… - jęknął Remus.
- Wtedy jakoś nikt się tym nie przejmował. – Warknął nagle Snape, a wszyscy popatrzyli na niego. –Co się tak gapicie? Taka jest prawda. Wszyscy oczekiwaliście, że chłopak zabije Mrocznego Pana. Już wtedy musiał go zabić bez wahania.
- Boże… - jęknęła znowu dziewczyna. – Czyli to znaczy, że… - nie mogła skończyć.
- Taaaak… - mruknął Mistrz Eliksirów. – Społeczeństwo czarodziejów już dawno zrobiło z niego zabójcę.
Tak, a do zamku Walkirii trafił, bo społeczeństwo go zgwałciło?


Harry przyszedł do niego dopiero koło jedenastej w nocy, gdy udało mu się wyrwać od przyjaciół i uśpić synka. Oczywiście nikt nie wiedział, że przyszedł… Wszedł przez okno.
- Potter… - warknął cicho Severus. – Zdurniałeś do reszty?
Harry tylko zachichotał cicho.
- Powiedziałbym coś, ale lepiej sobie daruję. – Powiedział siadając na łóżku. – Jutro wracacie. – dodał.
- Nic nowego mi nie mówisz. – Powiedział sarkastycznie Snape.
Patrzyli na siebie w milczeniu dłuższą chwilę.
- Będziesz za mną tęsknił? – Spytał chłopak cicho.
AAAAAAAAAAAAAAAA!!!
http://www.brainleadersandlearners.com/wp-content/uploads/2011/04/100-reasons-to-run-from-lectures.jpg

No i panowie mają seksik na pożegnanie, który standardowo sobie darujemy.
I żeby było jasne:

1526149_10202411845111722_1495343245_n.jpg

A wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej przerażające? Ze istnieje ktoś, kto to napisał I uznał za na tyle dobre, aby dopisać drugą część ORAZ narysować i WYDAC komiks na podstawie tej historii. Ktoś nie tylko wymyślił opko o gwałceniu Pottera i wynikłej z tego miłości, ale też uznał to za tak genialne, aby spędzić nad tym tysiące godzin.


Słuchajcie, ale jest nadzieja, widzę światełko, ten tunel już się kończy! Wytrzymajmy! Wytrzymajmy!

[Zamiast papieroska są długie nocne rodaków rozmowy.]

- Wybaczysz mi kiedyś to, co było? – Spytał cicho.
- Jeśli zobaczysz kiedyś Tancreda w Hogwarcie to będzie znak, że ci wybaczyłem całkowicie. – powiedział i pocałował go.


Kilka lat później Severus siedział na swoim stałym miejscu przy stole prezydialnym w Wielkiej Sali. (...)
- Potter, Tancred. – A serce Severusa podskoczyło niemal do gardła, gdy chłopiec wziął od niej Tiarę Przydziału, ale zanim ją włożył zerknął na mężczyznę i mrugnął go niego, a potem szczerząc się powiedział:
- Witaj tato.
Minerwa niemal upuściła pergamin, gdy to usłyszała, a chłopiec spokojnie założył Tiarę na głowę.
Albus popatrzył migocącymi oczami na Severusa, który z całych sił starał się nie roześmiać ze szczęścia.
Jego kara jednak się skończyła…
I nasza też.
KONIEC



Z tajnego przejścia do zamku pozdrawiają śmiertelnie zmęczeni Analizatorzy. To opko wysssało całą naszą magię!
(a Maskotek przygotowuje całe wiadra eliksiru wzmacniającego)