czwartek, 3 września 2015

296. Operacja Pustynna Bzdura, czyli stara flinta nie rdzewieje! (1/2)

Witajcie po wakacjach!

Z wakacji, jak wiadomo, przywozi się pamiątki. Czasem muszelki, czasem pocztówki, czasem klątwę faraona… A czasem opko. Tym razem  NAKWa wyłowiła z odmętów netu (raczej - z mętów) prawdziwe cudo, perłę drogocenną, czyli opko o przygodach żołnierzy z Legii Cudzoziemskiej błąkających się po Bliskim Wschodzie.
Jest tu wszystko, o czym marzymy - dużo przygód, mało sensu, urocza mieszanka wszystkich filmów, jakie Pisak swego czasu obejrzał i wszystkich gier, w jakie grał, zaś akcja toczy się mniej więcej wiadomo gdzie, ale za to zupełnie nie wiadomo kiedy. Dowiemy się, co się znajduje na przedmieściach Kairu, jaka broń jest najbardziej skuteczna w pustynnych potyczkach, jak rozbroić minę oraz jak bardzo podstępna jest podstępność talibów.
Przygotujcie się też na atak dzikiej ortografii i rozwydrzonego słowotwórstwa.

Salam alejkum! Indżoj!

Analizują: Kura, Jasza i Babatunde Wolaka.
Legia Cudzoziemska. Rozdział 1 "Nowy"
       
Transport ze "świeżym mięsem" właśnie dotarł do Kairu.
Od samego początku -  miejsce akcji jest totalnie z dupy wzięte, bo Kair pod władzą Francuzów ostatni raz był podczas ekspedycji egipskiej Napoleona. Czyli trzydzieści lat przed powstaniem Legii.
Natomiast przez dłuższy czas był pod władzą Anglików.
No właśnie, a czas akcji... Czas akcji sprawi nam jeszcze wiele niespodzianek.
Dlatego przyjmijmy, że czas akcji to jest NIGDY.

Gdy okręt przybił do portu, w mieście zaczęło wrzeć.
Nastąpił wyładunek zaopatrzenia i nowych rekrutów. Do małej grupy, składającej się z dziesięciu osób
Dziesięciu? To skąd to nagłe wrzenie?!
No wiesz, Kair, takie zapyziałe zadupie, każdy obcy budzi sensację.
Przybycie tych dziesięciu zachwiało równowagę demograficzną Kairu.

podeszli oficerowie wojsk brytyjskich, francuskich i hiszpańskich.
Złączeni byli jakąś przedziwną entente cordiale.
W sumie równie dobrze mogłoby to być NATO.

Głos zabrał wysoki, otyły reprezentant Francji. Nosił biało-niebieski kubrak, białe spodnie i czarne kozaki.
Musi był z niego jakiś degenerat, skoro nie wdział czerwonych spodni, które były chlubą wojsk francuskich.
http://forum.ioh.pl/graficzki2/1350165837_90880541.jpg

Mnie się wydaje, że koleś po prostu przebrał się za Napoleona. O, proszę - kubrak, spodnie, koza… tego, oficerki, wszystko się zgadza!
napoleon-bonaparte-painting-standing-1.jpg
http://www.americanheritage1.com/assets/images/military/napoleon%20bonaparte/napoleon-bonaparte-painting-standing-1.jpg

Oficer w kozakach… a może to był Kozak w  oficerkach? © Procella

Na ramieniu nosił torbę z amunicją a w ręku trzymał szablę.
Jak na razie, strój i sprzęt budzą skojarzenia z jakimś XIX wiekiem, nie?
A ta amunicja w torbie to do szabli? Bo o żadnej broni krótkiej Pisak nie wspomina.

- Witam, was rekruci w [poniekąd angielskim albo mameluckim] Egipcie. Zaraz dostaniecie przydział do korpusów.
Tylko dla porządku dodam, że korpus to kilka dywizji lub batalionów, czyli wiele tysięcy luda. Nie w kij dmuchał.

Na początek słówko wyjaśnienia. Tu nieistnieje słowo DEZERCJA ! - oficer krzyknął, jego bas przeraził nowo przybyłych, wszyscy cofnęli się krok wstecz - Zrozumiano ?!
Nikt mu niedpowiedział. Oficer nawet tego nieoczekiwał, zrobił krok do tyłu.
Sam przeraził się swoimi słowami.
Wskażcie mi armię, w której istnieje słowo “dezercja”.
W regulaminie dyscyplinarnym? To chyba w każdej.

Głos zabrał oficer Anglii.
Też służył u Francuzów.
Był nieco niższy od pozostałych żołdaków. Nosił czerwony kubrak i białe spodnie, nie nosił broni.
Jak Cudzoziemska, to cudzoziemska!
(o, ten to ewidentnie z XIX wieku)

- Podział jest prosty. Na lewo pójdą byli skazańcy, na prawo nie karani. Ustawić się !
Poszło szybko. Tylko jeden z obecnych ustawił się po lewej stronie.
Reszta wolała się nie przyznawać.

Był to niski, umięśniony mężczyzna o krótkich, czarnych włosach i brązowych oczach. Jego ciało pokrywały tatuaże.
Co było doskonale widać, gdyż zgodnie z XIX-wieczną modą chodził półnagi.

Po objaśnieniu paru zasad [i unikając kwasów] zabrano wszystkich do przypisanych korpusów. Mężczyznę prowadził trzeci, najwyższy oficer sił hiszpańskich.
Widać francuska Legia Cudzoziemska połączyła się z hiszpańską - ale co tam robią Anglicy?
Cudzoziemczą się.

Jego ubiór prócz kolorów nie różnił się od innych mijanych po drodze żołnierzy.
Znaczy, wszyscy wyglądali jakoś mniej więcej tak:
Militaria, Spain, 19th century. Uniforms of the Spanish infantry. Paris, Bibliothèque Des Arts Decoratifs


Wyróżniał go tylko kompletny brak włosów i silny zarost.
Znaczy - co? Był łysy, ale brodaty, czy może gładkolicy, ale z futrem na piersi?
Był włochaty wszędzie poza głową.

Zatrzymali się przed dużym, białym namiotem z okrągłymi otworami, imitującymi okna. W środku siedziało paru osobników, wszyscy przy ogromnym stole grali w pokera. Na widok gości wstali i zasalutowali.
- Zostawiam wam nowego towarzysza ! - oficer opuścił namiot w pośpiechu, lekko zmieszany.
Na widok stawek przy tym rozdaniu.
Chyba tak, bo do tego, że podwładni mu salutują, powinien być chyba przyzwyczajony…? A może on nieśmiały taki…
- Siadaj ! - machnął ręką jeden z graczy - Jestem Szrama. Rekrut ?
- Tak. Jestem Diego, niedawno przybiliśmy do portu.
- Widać, trochę się chwiejesz - zaśmiał się Szrama. Od razu było widać skąd otrzymał pseudonim. Posiadał dwie blizny na twarzy.
Stan posiadania widać było na twarzy. (Nie, nie “posiadał’, ale “miał dwie blizny”.)

Jedną zaczynającą się nad prawym okiem i kończąca się na policzku pod nim. Druga znajdowała się na lewej skroni i przebiegała aż do linii warg. - skąd pochodzisz ?
- Z Włoch, dokładnie z południa Sycylii.
Diego. Bardzo włoskie imię.

- Ach, macie tam piękne plaże. Poznaj resztę. Od lewej przedstawiam ci Sergieja, jego brata Iwana, mnie już znasz, dalej Joker, Vaas i Sokół.
Kompania wyglądała obiecująco, posiadała trzech rosjan, dwóch niemców, szweda i nowego włocha.
*wyobraża sobie kompanię jako postawną niewiastę, posiadaczkę siedmiu niewolników różnych narodowości*
Jakoś tak się przyjęło, że narodowości piszemy z wielkiej litery.
Dla równowagi masz tu mnóstwo pisanych wielką literą przymiotników.
Te narodowości małą literą to taki rosyjski akcent, a przymiotniki wielką - angielski. Faktycznie, wieża Babel.

Diego dosiadł się bliżej i poprosił o karty.
Najpierw powinien pokazać, czy ma pieniądze.

Przyjęto go jak swojego. Przed nimi stała [grzecznie dygając] wspólna służba [pokojówka, lokaj i kucharka] w korpusie zwiadowczym "Skorpion".
Korpus zwiadowczy… Czytelnicy, wyobraźcie sobie te tysiące ludzi ukrytych w krzakach i filujących przez lornetki.
Ech, Pisaku, zamarzyła Ci się wielka, epicka opowieść o Legii Cudzoziemskiej, a nawet nie chciało się sprawdzić, że jej “części składowe” nazywają się regimentami. (Chyba wiem, skąd Ci się to wzięło i co oglądasz.)

Dzisiaj mogli się zrelaksować i odpocząć. Jutro czekała ich niespodzianka.
To tak samo jak na obozie harcerskim. Najpierw zdobycie sympatii w zastępie, a potem to już tylko wycieczki, niespodzianki i przygody.

Po skończonej partii pokera i zwyciestwie Jokera zebrani położyli się spać.
- Diego ? - zapytał Szrama
- Tak.
- Witamy w Legii !
I już. Żadnego szkolenia, żadnych ćwiczeń kondycyjnych, którymi szczyci się Legia (to stąd pochodzi  słynne “maszeruj albo giń!”) - nic z tych rzeczy. Oficer odstawia rekruta do namiotu i gotowe. Witamy w Legii!
No cóż. Niedługo zobaczymy efekty tego systemu.

Legia Cudzoziemska. Rozdział 2 "Droga"
       
- Wstawać panienki! - krzyczał Szrama. - Ruszać się, nie mamy całego dnia!
- Chwila. Jest dopiero druga w nocy - Diego przetarł oczy patrząc na zegarek.
- Podnoś się leniu! - Sergiej i Iwan wylali na nowego wiadro zimnej wody.
Jak widać, Rosjanie wprowadzają Element Komiczny. Najśmieszniejsze jest oczywiście to, że dwóch facetów taszczy jedno wiadro.
Bo to była ciężka woda.

Wszyscy byli już na nogach, Vaas i Joker rozdawali ekwipunek. Nie było odprawy, (a po zarazę wysłuchiwanie dowódcy, jeszcze będzie trzeba wykonać jakieś rozkazy) od razu opuścili namiot i poszli w kierunku głównej bramy miasta.
Wiadomo, że nic nie wiemy o czasie akcji. Ale czy Kair ma bramy?
Ma i mury, i bramy, piękne, zabytkowe, tylko wszystko, kurnać, w środku miasta.


Ich celem było sprawdzenie drogi prowadzącej z Kairu, wzdłuż rzeki Nil aż do obozu Czapla, leżącego jakieś trzydzieści kilometrów dalej.
Pisak oczywiście wyobraża sobie tutaj wędrówkę przez dziką i bezludną pustynię, lecz niestety! w którąkolwiek stronę nie ruszyłby wzdłuż Nilu, wszędzie trafi na pola uprawne i miasteczka.
Chociaż w sumie… jeśli czas akcji to NIGDY, możemy przyjąć, że akurat wtedy za murami i bramami Kairu rozciągała się szczera pustynia.
WTEM! Wzdłuż Nilu rozciągnęła się pustynia, której tam nie ma od czasu faraonów, bo zawsze to był najurodzajniejszy rejon Egiptu.


Po drodze Diego i Szrama wciągnęli się w rozmowę.
Dzięki której poznajemy głównych bohaterów.
- Gadaj, za co siedziałeś?
- Trzy lata za ciężkie pobicie i potem rok za zabójstwo.
Wot intieriesno. A za podpalenie kosza na śmieci pewnie grozi czapa.

- Tylko tyle? - Szrama buchnął śmiechem - Ja dostałem dożywocie za handel bronią, morderstwa i dwie kradzieże.
- Dostałem propozycję nie do odrzucenia. Jeśli przeżyję rok tutaj jestem wolny.
Znaczy co, on uciekł z tego więzienia? Czy Legia przeprowadzała tam rekrutację? Bo jeśli odsiedział swoje i wyszedł, to JUŻ jest wolny.
Obstawiam drugą możliwość. Legia Cudzoziemska wyczesuje najgorszych zakapiorów  z więzień całego świata.

Towarzysz popatrzył na niego z ukosa.
- Otrzymałem to samo pismo.
- I jak ?
- Trzeci rok tu służę. Z własnej woli zostałem.
No coś ty? A myślałam, że podstawowy kontrakt z Legią to pięć lat.

- Rozumiem, jeśli mogę wiedzieć, co ukradłeś?
- A jak ci się zdaje. Miałem klienta na broń atomową więc pożyczyłem sobie dwie, małe głowice z moskiewskiego arsenału.
Wziął pod pachę i poszedł. Mówił, że odda.
ee35d4b1926fd26c798746ba2cdfd1a6.jpg

Broń atomową!
Więc to nie żaden XIX wiek a współczesność!
Za Wikipedią: “Obecnie zasady naboru zmieniły się i Legia nie przyjmuje już w swoje szeregi osób podejrzanych o poważne przestępstwa.”

A więc nie mamy barwnych mundurów, ale raczej takie:
hqdefault.jpg


Złapano mnie tydzień po transakcji.
- A reszta załogi?
- Mamy przed sobą długą drogę więc ci opowiem - poprawił pas z amunicją na plecach i zapalił cygaro - Od kogo zaczynamy?
- Może od tych co mnie wodą oblali.
- Siergiej i Iwan, synowie kwatermistrza. Urodzeni w wielkiej Moskwie, wychowała ich ulica.
Mama - anarchija, papa - stakan portwiejna...
Papcio był kwatermistrzem (chciałoby się napisać, że Armii Czerwonej, ale lata nie te).
Ależ jak to “nie te”, przecież czas akcji to NIGDY ;)
Iwan, starszy, utrzymywał brata z kradzieży i handlu narkotykami. Miał głowę do interesów, gdy go złapano młody Sergiej zrobił wszystko by wyciągnąć brata z paki.
W takim razie z tą jego “głową do interesów” nie było najlepiej.

Tak trafił do mnie, wszedł ze mną w układ, mianowicie po dwóch latach negocjacji wytargowałem wolność Iwana za dostawy broni do więzienia.
Czy ktoś to może rozrysować? Szrama wytargował zwolnienie Iwana - ale od kogo? Czyżby od rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości? Za dostawy broni do więzienia?!
Rozumiem, że Pisak tak bardzo, bardzo chciał stworzyć mrocznych bohaterów, ale jak się rozpędził, to padły mu obwody logiczne i mamy takie cuda-wianki.

Do tego czasu młody pracował dla mnie jako doręczyciel listów z umowami i żądaniami z zewnątrz.
To znaczy - że ktoś był wewnątrz. Ale kto i wewnątrz czego? Tyle pytań.

Po kolejnym roku spotkaliśmy się w jednej celi.
W końcu posadzili ich obu. To znaczy wszystkich trzech, bo Iwan już siedział.
Szrama, Iwan i Sergiusz w jednej stali celi.

Reszty się pewnie domyślasz.
O, tak - mruknęła Kura.  - Czytało się różne opka…

- Jak najbardziej - spojrzał ukratkiem [przez kratki] na rosjan, którzy rozmawiali z Sokołem - a ten między nimi ?
- Sokół? - Szrama nawet się nieodwrócił - To Szwedzki najemnik, syn jednego z drwali.
Ale nie tego, który był mężem jego matki.

Gdy się okazało, że ma naprawdę dobre oko poszedł do wojska. Był najlepszym, jak się okazało, snajperem w Europie. Zwykły żołd mu niewystarczał, chciał zarobić fortunę na zleceniach.
Tak, tak, znamy tę śpiewkę, możesz zrezygnować ze składek  i tyyyyle w kieszeni zostaje!

Został płatnym zabójcom [!], gdy raz niedostał wynagrodzenia zaczął polować na pracodawcę.
Płatny zabójcom - księgowy, który przelewa im wypłatę za wykonanie zadania.
Polowanie na pracodawcę - wyjątkowo zawzięta forma rozsyłania CV.

Na targowanie nie było mowy,
A tu Pisakowi skróciło się po prostu “Na straganie w dzień targowy”.

poprostu zastrzelił go z zimną krwią. Trafił do więzienia i tak jak my tutaj.
- A ci niemcy przed nami ?
- Ten z lewej, Joker. Mechanik, sanitariusz i saper wojsk niemieckich.
Mechanik i sanitariusz w jednym - pewnie naprawiał droidy dla wojsk Imperium.

Odwołali go za wysadzenie połowy swojego oddziału.
Gdyby wysadził cały, pewnie dostałby naganę z wpisem do akt.


- Co ?!
- To co słyszysz, założył kiedyś w Afganistanie pole minowe a dzień później, bezpiecznie w obozie pili. Na zajutrz musieli przejść ponownie przez teren ale przez kaca zapomniał, gdzie położył miny.
Przepraszam bardzo, ale co za idiota dowódca każe swoim żołnierzom spacerować po własnoręcznie wcześniej założonym polu minowym?!
(może niemiecki dowódca był talibem w przebraniu…)


Dobry z niego żołnierz, nigdy jednak niemówił za co siedział.
Bo nie za wysadzenie połowy oddziału, prawda?
A mać Gramatyka też się zdetonowała.

- Powiem wam - rzekł Joker podchodząc do przyjaciół - Skoro już rozmawiacie o mnie. Gdy opóściłem woja, pracowałem jako mechanik przy produkcji samolotów.
Montowałem im kułka.

Tam zarobiłem sobie na swój pseudonim. Byłek [góralem] kawalarzem, lubiłem podrzucać kumplom drobne petardy pod nogi.
Tak śmiesznie podskakiwali, mówię wam!

Do rzeczy raz przesadziłem i puściłem z dymem fabrykę [oj Joker, Joker, przesadziłeś z rozrywką], zamknęli mnie za dobry, niekontrolowany wybryk i jego konsekwencje. Siedziałem siedem lat zanim dostałem propozycję pracy tutaj - Joker oddalił się na stronę.
To jakaś podróba, ta Legia, do prawdziwej chętni pchają się drzwiami i oknami, i obowiązuje ostra selekcja - a tutaj sami szukają chętnych po więzieniach i jakichś zakazanych spelunach.
Widocznie ta Legia nie jest francuska ani hiszpańska - ona jest obiektywnie cudzoziemska, bo żadne państwo się do niej nie chce przyznać.

Diego i Szrama jeszcze przez chwilę obserwowali go z niedowierzaniem. Z tego stanu wytrącił ich widok Nilu. Piękna, szeroka rzeka obmywała ciepły piasek pustyni. W śród plaż rzucały się w oczy wysokie palmy, akacje i różne zwierzęta.
Oni są gdzieś koło Kairu, tak?

Oraz wśród plaż z pewną ilością zwierząt.

Postanowili rozbić obóz przy samej wodzie, na małym pagórku. Joker, Iwan i Vaas zajęli się połowem ryb, Sergiej korzystając z okazji uciął sobie drzemke a Sokół czyścił broń.
Zrobili sobie piknik w wielomilionowym mieście. Tys piknie.
Najlepiej w Mieście Umarłych, na grobowcach.

- A jaka jest historia Vaasa ?
- Podobna do innych. Urodził się w Berlinie, pracował w tamtejszej policji.
Co jest absolutnie podobne do historii Siergieja i Iwana, moskiewskich “dzieci ulicy”.
Oni też mieli jakiś tam kontakt z policją.

Podczas strzelaniny jego partner oberwał i zmarł na miejscu. Postanowił szukać zemsty na własną ręke. Dorwał zabójcę i usuną[ł] go ze świata. Następnie odwiedził jego rodzinę i kumpli, do więzienia trafił tylko na pół roku. Wyszedł z podpisanym pismem wstąpienia tutaj. Od początku pobytu prawie się nieodzywa, chyba gryzie go sumienie.
Jeśli nie wiadomo, kiedy dzieje się akcja, to przyjmijmy, że walczył z Grupą Baader-Meinhof. Albo i nie.

Rozmowę przerwał huk z broni Sokoła.
- Talibowie ! Kryć się!
Uuu, talibowie w centrum Kairu?
Pewnie imigranci.

Wszyscy pobiegi po broń i za najbliższe drzewa. Ze wgórza [!] zmierzała ku nim grupa konnych strzelców z głowami owiniętymi płótnem.
W tle za nimi majaczyła TARDIS.
To taka śliczna scena, prawie jak z Lawrence’a z Arabii, albo innego westernu, gdzie dzicy napadają ze wzgórza. Generalnie - miodzio!
Pamiętajmy, że mówiono już o broni atomowej, więc ci talibowie na koniach są z lekka anachroniczni.
Ale tylko z lekka, bo pamiętam jeszcze atak kawaleryjski NA talibów w roku 2001.

Sokół pierwszy podniósł swóją snajperke i celnie zrzucał napastników z siodeł. Zaraz po nim dołączyła się reszta, Joker i Vaas wyposażeni w AK-47 osłaniali Iwana, który niemógł doczołgać się do torby z granatami.
Brak spacji mu nogi plątał.
AK-47? A regulaminowy FAMAS przepity?
Przegrany w karty.

Siergiej przytoczony za pagórkiem
...ale dlaczego ktoś go tam przytoczył? Dobra, już nie pytam.

strzelał mając tylko pistolet, Szrama rzucił mu szybko swój karabin i sam sięgnął do torby po magnuma.
Jak się zamachnął, jak rzucił, to karabin poleeeciał prosto w ręce faceta leżącego za pagórkiem.

Talibowie szli w rozsypke, spłoszone wystrzałami ze strony rzeki wyrywały się [te taliby?], stawiając obcych w niekorzystnym świetle.
Alieny nilowe kurczyły się ze wstydu.
No weśpan, taka towarzyska kompromitacja.

Diego chwycił za długi, zwinięty bal płótna i odwinął stary, klasyczny muszkiet z wojny Napoleońskiej, rodzinna pamiątka.
E…
Ee…
Eee…
...żekurwaco?!
I on takie torobajdło, długie, nieporęczne, jednostrzałowe, wymagające skomplikowanego i czasochłonnego ładowania absolutnie nietypową amunicją*, targał ze sobą na misje? Ktoś mu w ogóle pozwolił używać nieregulaminowego wyposażenia?!
U różnych komandosów panuje duża swoboda w doborze sprzętu, w II wojnie światowej taki Jack Churchill (zbieżność nazwisk z Winstonem przypadkowa) co najmniej jednego Niemca ustrzelił z łuku. No ale Legia to jednak nie komandosi.

*) oraz ręcznego odlewania tejże amunicji...


- Oszalałeś! - krzyczał Vaas - To coś działa ?!
- Zobaczysz !
Pozostali legioniści zabili go śmiechem i tak skończyła się przygoda Diego z Legią Cudzoziemską.

Szybko wprowadził proch i kule, mierzył dokładnie. Nacisnąl spust. Ołowiana kula trafiła taliba prosto w serce, przelatując na wylot i zwalając go z konia.
Na wylot? Przypuszczam, że wątpię. Ołów jest miękki, a siła przebicia pocisku z początków XIX wieku nijak się ma do dzisiejszej.

Vaas zaniemówił. Po chwili konna grupa, rozumiejąc że nie ma szans wycofała się.
I w samą porę, bo Diego właśnie po wystrzale musiał przeczyścić lufę, przegryźć patron, podsypać prochu, załadować kulę, przybić stemplem...

Ekipa grupy "Skorpion" szybko się spakowała i ruszyła dalej.
I tyle ich widzieli.
Legia Cudzoziemska. Rozdział 3 "Czapla"
       
Aby nieryzykować drugi postój zrobili już w obozie.
Aby poczytać słowniki?

Nie była to, jak myśleli mała wioska otoczona prowizoryczną barykadą, lecz sporej wielkości forteca o grubych murach.
Omujborze. Francja faktycznie musiała jakoś cichcem-chyłkiem podbić Egipt, skoro stawiają sobie na jego terytorium takie fortece i nikt nie protestuje.
Zajmują squaty po wojskach Montgomery’ego.

Posiadała cztery posterunki dla artylerii oraz wysoką wieżę snajperską.
A cóż to za wynalazek “wieża snajperska”? Jeśli w pobliżu jest snajper, każdy wojak będzie odruchowo walić we wszystkie wysokie budowle.
Leciała mucha z Łodzi do Zgierza,
Patrzy, po drodze - snajperska wieża.
Na wieży snajper do wrogów łupie,
W dole pod wieżą trupek na trupie.
Mucha snajpera ugryzła srogo
Snajper cel zmylił i zamiast wrogom,
Własnym żołnierzom napędził strachu,
Gdy pułkownika posłał do piachu.


Mężczyźni powoli weszli do środka przez małą bramę, za którą stały pierwsze umocnienia.
Bardzo awangardowe rozwiązanie. Z całą pewnością budowali to defetyści, którzy z góry zakładali wejście wroga do fortu.

Od razu w oczy rzuciły się białe namioty ustawione pod linią murów należące do wojska oraz pomniejszy, ceglany budynek pełniący rolę zbrojowni. W środku zbiorowiska stał słup z zatkniętą flagą Francji.
Legia cierpi na brak funduszy, skoro udało się wyciosać grube mury, a na pomieszczenia mieszkalne zabrakło już kasy i elitarne wojsko musi w namiotach spać.

Stał przy nim średniego wzrostu, czarny i łysy mężczyzna ubrany w biały lekarski kitel i brązowe spodnie.
W dalszej części opka nic nie wiadomo o tym, żeby łysy był lekarzem, więc podejrzewam, że Pisak po prostu nie odróżnia kitla od dżelaby.
W dalszej części opka w ogóle nie ma nic o łysym, a ja przypuszczam, że był to po prostu legionista… tym razem z okresu międzywojennego.




Powoli zbliżył się do grupy nowoprzybyłych.
- W czym mogę pomóc?
I poprawił plakietkę z imieniem przypiętą do piersi.

- Przybywamy z Kairu, po drodze napadli nas talibowie, mamy wam pomóc przy obronie - Szrama wystąpił przed szereg.
- A posiłki z miasta ?
Nie ma. Catering nie dojechał.
- Przybędą jak tylko dostaną więcej zapasów z Europy.
Serków brie też nie dowieźli.

- Dobrze więc. Rozgoście się.
Rozgosić się - rozsiąść pomiędzy Gosiami. Widać, że dowództwo zadbało o rozrywki dla żołnierzy!

Sokół od razu zabrał swoje rzeczy i poszedł na wieżę. Reszta została, postanowili rozbić namiot pod flagą.
Najlepsza miejscówka - na środku placu apelowego.

Wieczorem wszyscy usiedli przy ognisku, mieli dobry humor, zapraszali każdego chętnego do kręgu.
Nadal mam wrażenie, że to harcerskie ognisko, gdzie zaprasza się do kręgu, śpiewa znane piosenki i w ich rytm wszyscy się kiwają.

Właśnie kończyli jeść ryby, które udało się złowić podczas nieudanego postoju.
Humor im się poprawiał na myśl, że te ryby w pustynnym upale nieśli przez kilka godzin. I że mimo to, ktoś był chętny na cuchnące ścierwo.
Catering nie dojechał, kuchnia nie działa, każdy żywi się na własną rękę.
Rybiętami nadzianymi na patyk. Nie było nikogo, kto zarządziłby ugotowanie zupy rybnej, przecedzonej przez kolczugę?

Szrama wziął muszkiet Diega i dokładnie go obejrzał.
- Ładna broń, wygląda jak zabrana z muzeum - podał go Iwanowi i zapalił cygaro.
- Skąd to masz? - zapytał Sergiej - Ukradłeś ?
- Nie, to pamiątka rodzinna. Pamięta jeszcze wyprawę Napoleona na Moskwę i bitwę pod Waterlo.
Raczej pod water - clo. Chyba, że jakiś przodek - sycylijski bandyta, komuś go ukradł.
Na Moskwę szły z Napoleonem także wojska neapolitańskie, więc może praszczur Diega zarąbał muszkiet któremuś z nich.

A potem Diego rodzinną pamiątkę zabrał ze sobą do więzienia, potem na statek, potem z niemałą bambułą wstąpił do Legii, i tak sobie z tym wynalazkiem chodził tu i tam.
Co więcej, przerobił ją na składak chowany do kieszeni, bo wcześniej jakoś nikt nie zainteresował się, co to za tobół ze sobą taszczy.

Dobrze o nią dbano więc niedziwię się, że ciągle działa.
Wydawałoby się, że mafia sycylijska jest lepiej uzbrojona, niż w muszkiety z XIX wieku.
Sycylijczycy kochają tradycję.

Broń powędrowała przez ręce Jokera, Sergieja do Sokoła. Obejrzał on w skupieniu muszkę i kolbę, dla snajpera najważniejszy jest dobry celownik i mocna kolba, w razie odrzutu.
“W razie” sugeruje, że odrzut może wystąpić, lecz nie musi.
No pewnie, przy takim starociu. Nie ma strzału - nie ma odrzutu. A dla snajpera najważniejsze jest dobrze zamaskowane stanowisko. Simo Häyhä doskonale sobie radził bez lunety.

- Jaki kaliber tu wchodzi?
- Tu nie wsadzisz naboi - właściciel wyjął z torby prochownicę i ołowiane kule.
- I co dalej ?
Diego wstał i odebrał muszkiet koledze. Oparł go i wsypał nieco prochu, nastepnie przez lufe wrzucił kulę i dopchał ją patykiem.
Belejakim patykiem, znalezionym gdzieś po drodze.

Zrobił krok do tyłu i podniósł broń do ramienia. Szukał celu w który może trafić. Lampa naftowa pare metrów dalej była idealna.
Jasno świeciła, była dość duża i wisiała blisko.

Pociągnął za spust. Przedmiot rozleciał się na strzępy a [płonąca] nafta wyciekła na piach. Pokaz nagrodzono brawami.
Żołnierze docenili piękno płonących namiotów, a gdy do tego dołączyły jeszcze fajerwerki ze zbrojowni, zrobiła się zabawa na całego.

Czegóż tu nie ma! Z jednej strony głowice atomowe, z drugiej lampy naftowe, konni talibowie i gewera z dziewiętnastego wieku. Poprawna odpowiedź - nie ma sensu.


Po godzinie [podziwiania fajerwerków]  towarzystwo rozeszło się i wszyscy zasnęli.
Rano obudził ich dźwięk bębna.
To były czasy, gdy jeszcze nie wynaleziono trąbek - sygnałówek, ani nawet gwizdków.  

Żołnierze krzątali się po obozie, jedni biegli do [ruin] zbrojowni, inni już byli na murach.
Inni, widząc że tyle im zostało, legli Rejtanem przy wąskiej bramie prowadzącej do fortu.

Sokół dawno już stał na wieży wcelowany w jeźdźca na wzgórzu.
A ten jeździec jechał i jechał, skoro Sokół od dawna w niego mierzył.

Wiedział, że to nie poseł ani cywil. Niestrzelał by niesiać paniki.
Dlaczego nie “nieposeł”?
Ale dlaczego Sokół nie ostrzegł reszty wojska w fortecy?

A w ogóle, drogi Pisaku, czy nie uważasz, że insynuacja, jakoby żołnierze Legii Cudzoziemskiej wpadali w panikę na widok wroga, nieco im uwłacza? Nie? Aha.

Grupa Skorpion była już gotowa. Czekali na sygnał do otwarcia ognia.
Reszta żołnierzy w Czapli nie była gotowa. Ot, takie ciamciaki.

Nagle zza jeźdźca wyłonęli się kolejni wojownicy.
A to się ukryli za jego plecami, żartownisie!
A Sokół z wieży też ich nie zauważył…
(w sumie nie dziwne. Wyłonęli się - wyłonili z łona, znaczy, urodzili się tam na miejscu)
Dzieci Matki-Pustyni.

Każdy konno, ubrany w szaty owinięte pasami i z bronią w ręku. Ruszyli na fortecę pełnym galopem.
I wyglądali doprawdy, wspaniale.
lawrence-of-arabia-1962-002-long-shot-camel-horse-riders.jpg




Pierwszy strzał padł z wieży, kolejne huknęły niewielkie działa, za nimi reszta ludzi otworzyła ogień. Rozpoczęła się wymiana kul.
“Wymiana kul” to nie to samo, co “wymiana ognia”. Raczej widzę targowisko, gdzie handlarze pokazują sobie kule i dochodzi do wymiany.

Talibowie starali się otoczyć obrońców lecz Joker nieułatwiał im tego, biegał od posterunku do posterunku, rzucając granatami gdzie popadnie.
Raz we wroga, raz w swoich...

Siergiej i Iwan szyli do konnych z karabinów
“Szyć” w sensie “strzelać” stosuje się tylko do łuku i kuszy.

a Vaas cieszył się jak dziecko obsługując CKM.
Taka ładna, duża grzechotka!

Diego przykucnął przy nim i osłaniał go.
Czym, do cholery, tą swoją flintą starożytną?!
Własną sycylijską piersią.

Talibowie padali jeden za drugim, ranni byli tratowani przez spłoszone zwierzęta. Jeźdźcy nie dawali za wygraną, zeszli z koni i użyli ich jako tarcz. Kule sięgały także obrońców. Obóz Czapla bez wsparcia długo niemógł wytrzymać. Wróg sprowadził ciężki sprzęt. Na wzgórzu pojawili się żołnierze z RPG.
A potem ci z LARP-ów :P
(dobra, wiemy, co to RPG)

Rakiety uderzyły w bramę i posterunki. Zarządzono zejście z murów. Postanowiono bronić się pomiędzy barykadami za wejściem.
Przydało się myślenie o obronie wewnętrznej.

Napastnicy wycofali się za wgórze
Pisak konsekwentnie unika poprawnego zapisu “wzgórze” - pewnie dla zmylenia przeciwnika.
Pisak konsekwentnie unika poprawnego zapisu czegokolwiek. Pewnie też jest cudzoziemcem.

Odjechali zostawiając rannych i poległych by ich ciała zgniły i przywlokły zaraze.
Cudowna jest ta mieszanka współczesności, XIX wieku i średniowiecza, jaką produkuje mózg Pisaka <3
Czym mogli być zarażeni ci “talibowie”, aby mogli zarazić obrońców fortu? Chociaż u Bobkowskiego znajdujemy zdanie, że Francuzi to tchórze i mineciarze, ale przecież nie nekrofile!
Dlaczego napastnicy zdecydowali się wycofać akurat wtedy, kiedy nadszedł ciężki sprzęt, co mogło dać im przewagę - to już jakaś pilnie strzeżona tajemnica wojskowej strategii.  


Liczono straty. Zasoby ludzkie w dużej mierze nieucierpiały, czego nie można powiedzieć o amunicjii.
Nie zapominajmy, że poprzedniego wieczora Diego podpalił zbrojownię.

Zaczęto się zastanawiać co dalej. Głos zabrał Joker.
- Sprawa jest prosta, bierzemy worki i wysypujemy piasek. Wsypujemy trotyl i związujemy, łącze je przewodami i montuje zapalniki. Worki zakopujemy przed fortecą i czekamy.
Na Godota.


- Skąd weźmiesz tyle trotylu ?
Wszyscy spojrzeli na Szramę, jako handlarz bronią mógł się dogadać.
Z kim? Do dogadania się zwykle potrzebne są dwie strony…
(może z samym Wielkim Zaopatrzeniowcem?)

- Nic z tego, w tak krótkim czasie niezałatwie ci tyle trotylu ile byś chciał.
Trotyl mierzony na worki. To w głowie się nie mieści.
Ojtam, skoro Chmielewska mierzyła paliwo na wanny… (trzysta wanien ropy!)

- To sprzątnijmy ich dowódcę - zaproponował Sokół
- A wiesz, który to ?
Ten, nad głową którego świeci zielona strzałka!

Mężczyzna zamilkł i usiadł na miejsce. Musieli coś wymyśleć, czasu było mało a z nikąd pomocy.
Gramatyka też powiedziała, że palcem w bucie nie kiwnie.

- Iwan! Dawaj pomysł jeśli masz coś dobrego.
- A no mam. Joker zna się na medycynie a Siergiej ma w torbie trutke na szczury. Niech się przebierze i wykończy tamtych.
Zaiste, do podłożenia trutki niezbędna jest znajomość medycyny. Btw, trutka na szczury to akurat w tej sytuacji średnio się sprawdzi - działa z kilkudniowym opóźnieniem.

Pomysł był dobry. Bez zastanowienia przystąpili do realizacji planu. Znaleźli czyste ubrania jakie noszą przeciwnicy.
Szczęśliwym trafem przeciwnicy akurat zrobili wielkie pranie i wokół ich obozu wesoło furkotały sznury czystych ubrań.

Diego i Sergiej zapakowali trutkę. Joker był gotowy na misję.
Plan był równie chytreńki, co zasadzka na bagnach.
Legia Cudzoziemska. Rozdział 4 "Talib"


Idą wytruć przeciwnika, dostają się do obozu wroga i stają się niewidzialni.   
Nie spojleruj!   

Joker już od godziny myszkował po obozie wroga w poszukiwaniu okazji do sabotażu.
A to postukał kijem w deskę, a to wsadził głowę do jakiegoś namiotu i się rozejrzał. Zaglądał też do beczek, skrzynek i worków.

W między czasie Vaas i Sergiej przeszukiwali martwych, zabierali amunicję i broń.
Powiedzmy to jasno - obdzierali trupy nie bacząc na spacje.

Po pewnym czasie dołączył do nich Diego ze swym muszkietem. Udało im się znaleść jednego rannego taliba, leżał przygnieciony ciałem wierzchowca. Miał złamaną nogę więc pomogli mu wstać i zaprowadzili go do środka.
Nie wiadomo do środka czego, tak tajne to było miejsce.

Zapewnili mu pomoc medyczną i wyżywienie. Następnie przywiązali go do krzesła i podłożyli mu pod nogi dwa ładunki C4.
Bo jak rozwalać na strzępki, to lepiej najedzonego i wyleczonego.


- Powiesz nam to co chcemy wiedzieć? - Szrama rozmawiał z nim odwrócony tyłem a Vaas miał w pogotowiu kawałek deski.
Tak tylko delikatnie sugeruję, że może byś zapytał bardziej konkretnie? Bo wiesz, inaczej więzień może pomyśleć, że chcecie się dowiedzieć, co jadł na śniadanie...
- Niby jakiej to autentycznej i drogocennej informacji pożądasz? - pyta Klapaucjusz.
- Wszelkiej, byle prawdziwej - tamten na to. - Każda może się przygodzić na okoliczność życiową. [...] Gadajcie, co wiecie i umiecie, a ja sobie zapiszę. Tylko prędko!  Siadł obok beczki zbój Gębon, [...] i  czytał o tym, jak się wije arlebardzkie wiją [...] i jak wyprowadzić wzór na dostawę kąta podstawy wieloboku, ikoseadrem zwanego, i kto był jubilerem Fafucjusza, rzeźnika mańkuta Buwantów, [...] a także kto ma najmniejszą w Kosmosie pielownicę wzdłużną i dlaczego pchły smoczkotyłkie mchu jeść nie chcą, [...] i pomału diabli go zaczynali brać, bo już mu świtało, że wszystkie owe całkiem prawdziwe i ze wszech miar sensowne informacje zupełnie nie są mu potrzebne, gdyż robił się z tego groch z kapustą, od którego głowa pękała, a nogi drżały.  
Stanisław Lem: Cyberiada. Wyprawa szósta, czyli jak Trurl i Klapaucjusz Demona Drugiego Rodzaju stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać.      

- Nic niepowiem - szarpnął się i od razu oberwał w głowę.
- Powiesz nam to co chcemy wiedzieć?
- Nie licz na to - padło drugie uderzenie.
- Diego podaj muszkiet.

Mężczyzna usłuchał. Podał muszkiet Vaasowi, który chwycił go za długą lufę. Szrama jeszcze raz powtórzył pytanie, odpowiedziała mu cisza i splunięcie. Dał znak. Trzymający muszkiet zrobił zamach i kolbą roztrzaskał talibowi czaszkę.
No to go, kurnać, przesłuchali...
Muszkiet też już był do niczego.

A mogli dźgnąć bagnetem.

Krew trysnęła wysoko w gòrę i na boki, wszystko w promieniu dwóch metrów zabrudziło się krwią.
Musiał mieć naprawdę wysokie ciśnienie.
Na pewno przez ten plastik pod nogami. Jakby dostał nitroglicerynę, toby mu spadło.

Diego otarł twarz z drobnych kropel i odebrał broń. Ciało zostało zrzucone z murów. Grupie nie pozostało nic innego jak czekać.
Na bardzo Złych Towarzyszy Zamordowanego Araba.

Joker krzątał się między namiotami przeciwnika. Na zaczepki odpowiadał krótko i na temat.
- Co tu robisz?
- Szukam okazji do sabotażu.

Nikt nic niepodejrzewał, że między nimi biega niemiec w przebraniu.
Śpiewali sobie przy tym:
Bo taki głupi talib to ja sobie jestem
taki głupi, proszę państwa, że aż strach.

Cały czas szukał okazji do przeprowadzenia zleconego zadania. Sposobność znalazła się wieczorem, gdy większość obozu spała. Został złapany [wreszcie]  przez kucharza by pomóc mu w gotowaniu posiłków.
Kucharz gotuje po nocach, na zapas, a potem odgrzewajcie se sami.

Gdy tylko zbliżył się do garnków wyczekał chwilę, wyjął trutkę na szczury i wsypał zawartość. Następnie zwołał z kucharzem paru chłopców i rozdali jedzenie.
A najpierw obleciał cały obóz waląc w patelnię i wrzeszcząc: E, chłopaki, wstawać! Dodatkowa kolacja! Nie spać, nie spać, wpierdalać!


Nadszedł czas na ucieczkę, pieszo nie dałby rady. Postanowił ukraść konie. Zakradł sie do zagrody i zaczął rozwiązywać lejce pierwszego rumaka. Od strony namiotów rozległ się odgłos puszczanych wymiocin. Pierwsi ludzie powoli umierali, kucharz i medycy wznieśli alarm.
No raczej nie. Po trutce na szczury nie rzyga się ani nie umiera tak od razu.

Zamieszanie zostało dobrze wykorzystane, Joker dosiadł konia i skulił się w siodle. Poprowadził go między inne i przeskoczył nad ogrodzeniem. Minął oazę i skręcił na północ. Postanowił nowiny najpierw zanieść do sztabu w Kairze. Podczas myszkowania zdołał usłyszeć o nadchodzących posiłkach dla wroga.
No i niby wiem, że chodzi tu o posiłki w sensie wojskowym, ale wciąż mi się kojarzy ten catering.

Pognał na złamanie karku przez pustynię.

Legia Cudzoziemska. Rozdział 5 "Śmierć"
       
W Kairze od rana panowało duże poruszenie, wywołane przyjazdem Jokera.
Cały Kair przeżywał to jak stonka oprysk.

Dowódcy zebrali naradę, niewiedzieli o liczebności wroga więc nie mogli pozwolić sobie na błędy.
Chyba znów jesteśmy w XIX wieku - zero informacji, póki nie powrócą zwiadowcy, żadnych satelitów szpiegowskich, żadnej łączności… Kurde, w XIX wieku mieli przynajmniej telegraf!

Aż tu wtem! w sztabie zjawia się reszta drużyny, opowiadając, że fort jednak został zdobyty, a tylko im udało się uciec.
Los obrońców fortu Czapla wszyscy mieli w odwłoku.
Wytłukli ich, to wytłukli, na ch… drążyć temat. Ważne, że dowództwo ma dla naszych dzielnych chłopców nową misję.


- Wyruszacie do Jemenu - odpowiedział im oficer brytyjskich oddziałów Legii.-
Brytyjskich. Oddziałów. Legii.
Tak sobie tylko posiedzę i na to popatrzę.
Pisak pewnie sobie wyobraża, że każda narodowość ma w Legii odrębną strukturę administracyjną, coś na kształt domów w Hogwarcie.

Siedzi tam dowódca talibów, którego musicie zlikwidować, niejaki Achmed li Sada.
Achmed Li musiał mieć jakiegoś chińskiego przodka.
W dodatku Smutnego.
A jeżeli on jest Achmed przez “ch”, to obstawiam jeszcze Kaukaz albo Azję - jak mawiała moja nauczycielka - Sierotkową.

Rozmowę przerwały syreny ostrzegawcze. Na niebie pojawiły się nieoznakowane samoloty. Ludzie rzucili się w osłony i do budynków. Wróg zaczął bomdardować miasto.
Bomdardować - w Biurze Obsługi Mieszkańców czytać na głos powieści Stefana Dardy.


Pociski trafiały w budowle cywilne takie jak szkoły, szpitale, bary, przeciwnik dobrze zaplanował atak. Zerwał wszelkie zasady ustalone na konwentach.
W dupie miał Pyrkon, Falkon, Copernicon, a nawet, o zgrozo, Polcon!
Największym łamaniem zasad konwentowych było atakowanie barów.

Grupa Skorpion przeczołgała się do kanału pod miastem.
W siedemnastomilionowym mieście nie zwrócili niczyjej uwagi.
Wmieszali się w tłum.

Ostatni wskakiwał Sergiej lecz bomba spadła tuż za jego plecami. Rozległ się huk i błysnął ogień. Obecnych pod ziemią uderzenie wytąciło z równowagi, padli w ścieki.
Przede wszystkim wpadli w furię, bo “wytrącić z równowagi” znaczy “zezłościć”.
Wpadli w ścieki i się wściekli.
Wpadli we wścieki.

Po chwili do wody spadło to co zostało z Sergieja. Jego bezwładne nogi były oddzielone od korpusu i przypalone.
Widzę to!
Hannibal Lecter zaklął pod nosem. Pierwszy raz w życiu przypalił posiłek!

Iwan padł w szał, płacząc rzucał się po kanale i wrzeszczał.
Tak, tak… zachowanie godne Legionisty.
W dodatku członka elitarnej grupy złożonej z samych twardzieli i zakapiorów, co już swoje odsiedzieli po więzieniach w całej Europie.

Gdy próbowano go uspokoić odtrącał ich. Wkońcu padł na kolana tuż przy nogach brata.
Powiedzmy to sobie szczerze - wiele więcej z Siergieja nie zostało.

W pełnej rozpaczy wyjął pistolet i przyłożył sobie do skroni.
- Nie!
- Wybaczcie, obiecałem że nigdy go nieopuszcze.
Pociągnął za spust. Wszyscy zamknęli oczy. Iwan padł na ziemię, zalany krwią i ściekami.
Oklaski za potężną porcję epickiego patosu.

Szrama dał znać i ruszono dalej. Musieli uciec z miasta i dostać się do Jemenu.
Który znajdował się tyli-tyli za rogatkami.
Legia Cudzoziemska. Rozdział 6 "Kanał Suelski"
Mary-Suelski?
       
Kompania opuściła Kair, wychodząc kanałami we wschodniej stronie miasta. Wśród nich [tych kanałów] panowała cisza, żal po stracie przyjaciół i nieciekawa sytuacja przerosła wszystkich.
“Nieciekawa” to źle powiedziane.
Czy legioniści nie są przypadkiem szkoleni, żeby dawać sobie radę w najróżniejszych “nieciekawych” sytuacjach? Tak tylko pytam.
Oni w tym czasie byli na wagarach.

Dalej dowodził Szrama, który nie wiedział co robić.
Dlatego miotał się nerwowo od ściany do ściany i czasami wzywał mamusię.
Ale nie dał sobie odebrać dowództwa, co to, to nie!

Postanowili wykonać misję i dotrzeć do Jemenu. Zatrzymali się przy napotkanej oazie, nikomu niezbierało się na rozmowę ani na żarty. Po długiej ciszy głos zabrał Diego.
- Musimy dostać się do Kanału Suelskiego, dalej do Arabii Saudyjskiej i Jemenu. Wykonamy misję, śmierć Sergieja i Iwana nie pójdzie na marne.
W zasadzie, to się dzieje nie tylko NIGDY, ale i NIGDZIE.
Znamy i takich, co z Krakowa do Malborka jeździli przez Wołyń.

Spojrzeli po sobie, zajrzeli do kieszeni i toreb. Nie mieli jedzenia a amunicja kończyła się. Postanowili pozbyć się zbędnych ładunków. Zanim wyruszyli Szrama złapał Jokera za ramię.
- Zostało ci trochę trutki?
- Tak. Małe zawiniątko. A co?
- Wrzuć do wody. Oni znają położenie tych oaz, jeśli pójdą naszym śladem będzie po nas.
Mężczyzna usłuchał. Wrzucił resztę trucizny do wody.
Zatrucie źródła w oazie daje tę pewność, że ich śladem pójdą nie tylko “talibowie”, ale nad wyraz wkuropatwieni beduini również.


Bez amunicji mieli zerowe szanse w przypadku pogoni talibów.
Natomiast koczownicy, którzy nie będą mogli napoić swoich stad, będą ostoją humanitaryzmu i miłosierdzia.

Ruszyli przed siebie, postoje robili tylko w ciągu dnia, gdy słońce górowało. Szli w milczeniu i całkiem zmieszani.
Ciekawe, jaki stan ducha miał Pisak na myśli, gdy używał słowa “zmieszany”? Przecież to “zakłopotany”, “zawstydzony”, “speszony” lub “zażenowany”.
A teraz wyobraźmy sobie żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, którzy do akcji idą całkowicie onieśmieleni.
Szurają nóżką, rumienią się i cichutko szepczą “Z pewną taką nieśmiałością… chcieliśmy spuścić wam wpierdol!”.
Może zdali sobie sprawę, że występowanie w takim opku to sroga żenada.


Po drugim dniu marszu zobaczyli kilka, białych domów w cieniu palm. Nie wyglądało to obiecująco ale nie mieli wyboru.
Dlaczego? Przecież to mogło być urocze miejsce.
Byli antyamerykańscy i nie lubili białych domów.

Gdy zbliżyli się do domostw Vaas i Joker wyjęli noże z pochew i schowali je za plecami, Diego podniósł muszkiet i modlił się żeby proch w środku był już suchy,
E tam, nawet jak będzie mokry, to i tak flinta Diego może być zabójcza - przeciwnik umrze ze śmiechu na sam jej widok.

Sokół prócz snajperki nie miał nic, więc wrazie niebezpieczeństwa postanowił blefować [mam cały arsenał! Pięć czołgów i rakietę! Wszystko za tamtą wydmą!] a Szrama podniósł kamień, który leżał pod nogami i wyjął nóż z cholewy buta.
I tak, uzbrojeni po zęby, idą na spotkanie z Nieznanym...

Podchodzili ostrożnie, gdy snajper zrównał się z Diego zagadnął.
- Zostały ci jeszcze kule do tej broni?
Do muszkietu z XIX wieku, który roztrzaskali o głowę jeńca?!

- Tylko jedna i niechce jej tracić. - na jego twarzy malował się wyraz zażenowania.
Właśnie uświadomił sobie, że chyba nie trafił do Legii, tylko do jakiejś bandy przebierańców.

W nabitym muszkiecie siedział jedyny pocisk jaki posiadali, jednak był bezużyteczny jeśli proch był mokry.
I lufa wykrzywiona.

Szrama rzucił kamieniem w drzwi, rozległ się głuchy dźwięk drewna. Po chwili otworzyły się i zza progu wyjrzał siwy, podstarzały mężczyzna z rusznicą w ręku.
Wszyscy padli na ziemię jak popażeni
Popażeni - udziela ślubu prawosławnemu duchownemu. Tylko kto?


jednak człowiek niestrzelał, stał w progu i czekał.
- Sallam malejkum - opuścił broń.
- Malejkum sallam - odpowiedział Joker - Niech Allach ci pobłogosławi.
Raczej Malajkat, choć doprawdy nie wiadomo, dlaczego miałby to robić.
A może Malik? Ten z One Direction.


- Kto wy?
- Żołnierze legii cudzoziemskiej, oddział zwiadowczy Skorpion. Szukamy pomocy.
- Gość w dom.
W tym momencie z izdebki powinni wyskoczyć zirytowani pasterze i powinni zrobić im to, co zwykle robią trucicielom wody. Byłby koniec i trąba, i atomowa bomba.
Niestety, nic z tego.

Chatka na pierwszy rzut oka wyglądała skromnie, jedno małe łóżko, szafa, stolik, dwa krzesła, radio i coś w rodzaju lodówki.
A telewizora i talerza na dachu lepianki, żeby se odbierać Al-Dżazirę z satelity, nie miał?

Arab żył biednie ale widać po nim było, że dobrze mu się wiedzie.
Jak to mówią - ubogo, ale chędogo.

Powoli odchylił deski na podłodze i podniósł klapę piwnicy. Dał znać by weszli do środka.
Jak dzieci. Po prostu jak dzieci.
A jak weszli - wrzucił wiązkę granatów i zamknął klapę.

Dzwiwienie było ogromne,
bo tam były dziwy i dzwiwy
Za to nie było dziewic, więc chłopcy poczuli się zdeczka rozczarowani.

gdy zauważyli dobrze oświetlone pomieszczenie, pełne metalowych szaf i stojaków wypełnionych bronią.
Niezabrakło także ładunków wybuchowych, stała tam skrzynia wypełniona sianem i granatami oraz beczka z ułożonymi C4.
Zabrakło jedynie krztyny prawdopodobieństwa.

Mężczyzna zdjął kaptur.
- Mówią do mnie Żmija, zaopatruje legię w broń i amunicję.
Przemysł zbrojeniowy Francji poszedł w krzaki ze łzami.
Znowu ten outsourcing do krajów rozwijających się.


- Szrama - podał mu ręke - A to moi ludzie, musimy się dostać do Jemenu i odnaleść Achmeda li Sada.
- O, jak to miło, że pan o tym mówi! Zaraz zadzwonię do szwagra.

- Ciężko będzie, granice zamknięte.
A Jemeńczycy zbudowali nawet mur na pustyni, to ostatnio modne.
(na mapach część granicy pomiędzy Arabią Saudyjską a Jemenem określana jest jako “niezdefiniowana”)

Jedyne co mogę wam zaoferować to zapasy.
- I tak dzięki.
Podał im ciepły posiłek i potrzebną im broń.
Za darmo. Po prostu z czystego miłosierdzia prowadził coś w rodzaju Caritasu dla zagubionych wojskowych. Nad chatynką pewnie miał migoczący neon “Punkt Rozdawnictwa Broni i Ładunków Wybuchowych”.
Dlatego wiedzieli w które drzwi rąbnąć kamieniem.

- A masz coś do tego? - Diego pokazał muszkiet.
- Oczywiście, bierz tą [tę] torbę obok mojej rusznicy, jest tam proch strzelniczy i pasujące kule.
Tymi ręcami je odlewał je mój pradziad, dziad i ojciec! Mieli takie dziwne hobby.

Po spakowaniu grupa wyruszyła w drogę. Przed nimi dzień marszu.
Jeden dzień. Z Egiptu do Jemenu. Pieszo.
Teraz wiadomo, skąd się wzięło hasło “maszeruj albo giń”.

Do kanału dotarli pełni optymizmu, całą drogę przeszli bez zbębnych postoji i niespodzianek.
Zbębne postoji wystarczyły za wszelkie niespodzianki.
Zbębny postój - odpoczynek grupy wędrownych perkusistów.

Dobry humor udzielił się Jokerowi, który wciągnął Szramę w starą, niemiecką zabawę. Każdy chwyta granat i ściska "klamkę" jak nazwał to Joker. Następnie wyciąga zawleczkę i trzyma klamkę jak najmocniej, by niedoprowadzić do zapłonu. Przegrywa ten, który straci siłę w palcach i dopóści do wybuchu.
CO.

Niemiec był mistrzem w swoich stronach więc śmiał się gdy rosjanin stracił już trzy granaty, podczas gdy on dalej trzymał ten pierwszy.
Obaj stracili przy tym trzy życia, ale Pisak grał na kodach, więc mieli ich nieograniczony zapas i nie musieli niczego się obawiać.

Żarty się skończyły, zbliżali się do celu więc wyrzucili ładunki [czytaj - odbezpieczone granaty] i podbiegli do reszty. Przed nimi rozciągał się piękny widok sztucznego zbiornika
Znaczy, dotarli do Asuanu? Kanału nie nazwałabym “zbiornikiem”.

z brzegami, na których stały patrole talibów i beduini na tratwach. Zaczęło się kombinowanie nad przeprawą.
Pisaku. Już ty lepiej nie kombinuj.
Ci beduini na tratwach stali też na brzegu, zgadza się? No cóż, widocznie musieli wysuszyć tratwy.
Legia Cudzoziemska. Rozdział 7 "Sokół"
       
Leżeli na wzniesieniu tuż przed sztucznym zbiornikiem wodnym. Po obu stronach przeciwnik rozlokował patrole, funkcjonowały także tratwy, wodujące po środku.
Wodować to może statek/okręt spuszczany z pochylni stoczni. Chyba, że dzięki wyobraźni Pisaka mamy jakąś stocznię w Asuanie, która woduje tratwy wprost na środek zalewu. Z katapulty.


Sokół miał idealną pozycję obserwacyjną. Reszta drużyny zastanawiała się co dalej.
- Poczekamy do nocy. - Szrama szkicował na piasku mapę terenu i wszystkie pozycje, które opisał snajper.
- A później?
- Zejdziemy zboczem, ominiemy talibów i wpław przez kanał.
Dawno temu Mojżesz miał różdżkę i rozstąpiło się Morze Czerwone. Ci będą płynąć wpław przez kanał *przepraszam* Suelski.
No właśnie. “Wpław przez kanał” nie wystarczy, jeśli pójdą dalej lądem, po drodze będą mieć półwysep Synaj, Izrael, a tam - jakoś wątpię, żeby ktoś ciepło przyjął bandę uzbrojonych legionistów. Potem jeszcze Jordanię i Arabię Saudyjską. Radziłabym za przykładem Mojżesza jednak przeprawić się przez morze. Na tratwie.


- A to co? - Joker wskazał palcem. Szrama przyłożył kompas.
- Sokół, dwadzieścia stopni na wschód od nas. Co to jest?
- Eee wieżyczka z CKM.
- Kurwa. Dużo ich?
- Cztery tu i dwie po tamtej stronie.
- Ty ciemniaku - Joker wyrwał patyk dowódcy - rysowałeś do góry nogami.
Nie, po prostu ty siedzisz z niewłaściwej strony.
Kupa śmiechu. Z przewagą kupy, oczywiście...

Wybuchnęli śmiechem, nawet Vaas, który uchodził za niemowę. Niemiec szybko narysował prawidłowy obraz terenu. Teraz wszystko się zgadzało. Mieli do pokonania cztery wieżyczki, niewielkie ogrodzenie, kanał, dwie kolejne wieże.
Po prostu quest nr 150.

Zaczekali do zmierzchu, zchodzili powoli, kierowani przez snajpera by niespotkać wroga. Szli "ławą" i zatrzymywali się w wyznaczonych miejscach. Pierwszy stanął Diego, który obserwował dwa najbliższe posterunki. Dalej stanął Vaas by go osłaniać i Szrama wpatrzony w molo z zacumowanymi tratwami.
Niezależnie, czy mamy na myśli kanał Sueski, czy Asuan, wyobrażenie “mola z zacumowanymi tratwami” budzi we mnie nerwowy chichot. Dlaczego, do cholery, te tratwy, czy cywilizacja arabska nie dochrapała się przynajmniej żaglowych łódeczek?!

Joker niezatrzymywał się aż do samej krawędzi zbiornika. Wiedział co ma robić, uprowadzić tratwę i powoli przepłynąć na drugi brzeg. Powoli zarzcił linę i przyciągnął środek transportu.
Dobra. Zarzucił lasso na tratwę i ją przyciągnął. Nie wiem, w jakie gry gra Pisak, ale zbyt wiele czasu im poświęca.
Pewnie w Code of Honor. Choć nie, w opisie gry mowa jest o “odwzorowanych z wielką precyzją mundurach, uzbrojeniu i ekwipunku Legii Cudzoziemskiej”. Współczesnej, nie tej z połowy XIX wieku.


Po wejściu na nią położył się na deskał i powoli przeciągał rękami po wodzie.
Deskał - nawóz tak wysuszony i stwardniały, że można z niego budować różne rzeczy.

Przyjaciele cały czas obserwowali go w skupieniu. Sokół postanowił zejść do nich i znaleść się bliżej drugiego brzegu.
Bo oni już tam byli? Już przepłynęli?

Gdy schodził nadepnął na coś co wyglądało na płaski kamień. Momentalnie stracił trzeźwość umysłu [mówiąc po ludzku - zgłupiał], stał właśnie na prostej minie przeciw piechotnej.

Postanowił nieruszać się z miejsca i dać znać reszcie. Wycelował laser w kierunku Szramy i dał sygnał.
Jasssne, laser. Taki chirurgiczny, do precyzyjnych operacji.
E, raczej taki wskaźnik z czerwonym światełkiem, którym się drażni kota. Swoją drogą, to kolejna rzecz, po trutce i najbardziej spektakularnym przykładzie - muszkiecie Diego - która najwyraźniej materializuje się z powietrza, bo wcześniej nie było o niej ani pół wzmianki.

Z początku dowódca nie wiedział o co chodzi [bo był pewny, że ta czerwona plamka to cel snajpera], z czasem zrozumiał ale było za późno.
Bezdomny Kot Pustynny oszalał, polując na czerwone światełko.

Joker już leżał po drugiej stronie, prosto pod wieżą z karabinem. Jako jedyny znał się na minach.
Wiemy, wiemy...

Po krótkiej wymianie znaków, Vaas i Diego dołączyli do towarzysza a Szrama podczołgał się do Sokoła. Niewyglądało to ciekawie. Czujnik nacisku migał na czerwono, modlili się żeby niezrobiło się zielone.
Oczywiście, mina przeciwpiechotna, w dodatku prosta, ma migający czujnik, żeby łatwiej było sobie z nią poradzić.
Powinien być też wyświetlacz z dużymi cyframi, odliczający czas do eksplozji.
Ja eksploduję, jak jeszcze raz zobaczę to “nie” pisane łącznie z czasownikami.
A to już dowód na udział Czechów w tej całej pseudo-Legii.

Powoli rozsznurował mu buty i wsypywał piasek z kamieniami. Gdy obuwie było pełne dioda dalej świeciła na czerwono.
???
Rozumiem, że chciał “oszukać” minę takim sposobem, jak Indiana Jones mechanizm strzegący posążku w peruwiańskiej świątyni, ale jakim cudem:
a. wsypał piach do butów faceta, który wciąż miał te buty na sobie,
b. zmieścił w tych butach kilkadziesiąt kilogramów piachu?

Sokół poszedł przodem [na bosaka], pech chciał, że trafili na taliba. Podniósł się alarm. Od strony wzgórza słychać było beduinów a w około talibów.
No i było zatruwać te studnie?!
Jednych od drugich dało się rozpoznać po repertuarze, bo talibowie wydawali okrzyki bardziej religijne, a beduini - obelgi o charakterze ogólnym.

Rzucili się do ucieczki, nie było czasu na tratwy, wskoczyli do zimnej wody i płynęli wpław. Wróg ostrzeliwywał ich ze wszystkich stron [nadliczbowymi sylabami], Diego i Vaas osłaniali ich a Joker pomagał im wyjść. Nagle kule świstnęły tuż przy jego uchu. Złapał się za głowę, puszczając Sokoła, który wtoczył się w błoto. Niezdążył wstać a u jego stóp wylądował granat. Huk i rozpryk metalu.
Rozpryk metalu - kiedy pierdzisz na melodię “Bück Dich”.

Ułamek sekundy i błyski kolejnych granatów i rac. Mężczyzna padł na błoto ociekający sporą ilością krwi i z oderwanymi kawałkami ciała.
Widzicie te ociekające kawałki ciała? Ja też nie mogę oczu oderwać.

Nikt się nie ruszył.
Pisakowi skończyły się nie tylko dodatkowe życia ale i punkty ruchu.

Przeciwnik otoczył zwiadowców, pochłąniętych w rozpaczy. Stracili już trzech ludzi i dostali się do niewoli.
I takim oto cliffhangerem kończymy dzisiejszy odcinek. Stay tuned!


Załoga NAKWy bardzo się cieszy, że jej nic “pochłąnęło” i w dobrej formie wraca po wakacjach. Nie takie fale grafomanii nas zalewały.
Z Legii Cudzoziemskiej pozdrawiają Was: Jasza z tratwą chwyconą na lasso, Kura rzucająca się wpław przez Morze Czerwone i Babatunde Wolaka z wiadrem ciężkiej wody

oraz Maskotek bawiący się muszkietem z XIX wieku.